Tajemnice podziemi Wałbrzycha!

Polecamy18 sierpnia, 2016

stanislaw michalik

 

 

 

 

 

 

 

Mam przed sobą szczególnie ważny dokument, który przesłał mi swego czasu interesujący się od lat zagadką Gór Sowich emerytowany oficer Józef Piszczek z Wrocławia. Jest to zapis rozmowy z radzieckim uczonym – fizykiem, Gieorgijem Nikołajewiczem Florowem (Flerowem – 1913 – 1990), pracownikiem Instytutu Energii Atomowej im. I. Kurczatowa, dyrektorem Zjednoczonego Instytutu Badań Jądrowych w Dubnej. Rozmowy, która miała miejsce pod koniec 1983 roku w Warszawie. Nastąpiło to tuż po konferencji naukowej w Pałacu Kultury i Nauki. Bodaj przekazywano wtedy reaktor „Maria” innej placówce badawczej związanej z medycyną. Dzisiaj znamy już inspiratora wywiadu, który ukrył się pod kryptonimem J. R. Wiemy, że jest nim Jerzy Rostkowski, pisarz i publicysta zajmujący się m. in. niemieckimi badaniami nad bombą atomową w czasie wojny, a pełny tekst rozmowy wraz z szerokim komentarzem opublikował on w swojej książce „Podziemia III Rzeszy”. Natomiast do rozmowy doszło dzięki wstawiennictwu prof. Zdzisława Szymańskiego z Instytutu Badań Jądrowych w Świerku, ojca polskiej szkoły teoretycznej fizyki jądrowej z Uniwersytetu Warszawskiego. Prof. Szymański namówił rosyjskiego kolegę „po fachu” do tej rozmowy, bo jak twierdził „nikt nie wie tak dużo o niemieckich badaniach naukowych, jak G. N. Florow”. A oto wierny zapis rozmowy, odtworzony na podstawie notatek:

 

G.N. Florow – (do dziennikarza JR prowadzącego wywiad) Czemu interesujecie się niemieckimi badaniami atomowymi?

JR – Bywam u nas na południu Polski w Górach Sowich, w okolicach Wałbrzycha, tam są podziemne sztolnie z okresu wojny i krążą legendy o tym, że Niemcy zaczęli tam jakieś badania naukowe, a ja przecież wiem, że nie mieli bomby atomowej. Pogłoski te jednak występują tak często, że temat mnie zainteresował, a pan Szymański mówi, że wy Gieorgiju Nikołajewiczu wiecie na ten temat wszystko.

GNF – (śmiech) – Nikt nie wie wszystkiego, bo Niemcy dużo dokumentów i materiałów doświadczalnych poniszczyli, a też dużo zabrali sojusznicy, Amerykanie. A gdzie byliście w tych górach, koło Waldenburga?

JR – Chyba wszędzie, w Głuszycy, w Walimiu.

GNF – Chwila, chwila, używajcie niemieckich nazw. Ja tak pamiętam, polskich nie znam.

JR – To muszę je sobie przypomnieć: Wüstegiersdorf, Ludwigsdorf, Wüstewaltersdorf, Dörnau.

GNF – A w miejscowości Rudolfswald byliście?

JR – Rudolfswald, to chyba Sierpnica. Oczywiście byłem.

GNF – Sierpnica? No nie wiem. W dokumentach ja potem chyba inną polską nazwę widziałem, coś od drzewa – Modrzew chyba. Powiedzcie co tam było?

JR – Na południowy wschód od wsi, niedaleko, jakieś półtora kilometra takie sztolnie wykute w skale więźniowie budowali.

GNF – To się zgadza. (Zgadza się rzeczywiście – w 1945 roku ta wieś nosiła nazwę Modrzewki – JR) W 1945 roku nasze wojsko tam było. Ciekawe rzeczy stamtąd przywieźli.

JR – Jakie wojsko? Przecież armia poszła dalej…

GNF – Armia tak, ale mieliśmy takie oddziały specjalne.

JR – Smiersz.

GNF – Smiersz, sporo wiecie (uśmiecha się) – Szymański dobrze o Was mówił. W Rudolfswaldu i gdzie indziej był wywiad naukowy – no naukowcy w mundurach, ale nie podlegli NKWD.

JR- Współpracowaliście z nimi Gieorgiju Nikołajewiczu?

GNF – Nie, z nimi nie, dopiero w Moskwie raporty czytałem.

JF – Jak to dopiero w Moskwie, to nie byliście na Dolnym Śląsku po wojnie?

GNF – Na Dolnym Śląsku nie, nie byłem (waha się), ja byłem tylko w Waldenburgu.

JR – Czy możecie mi powiedzieć, co żeście tam robili – Wy, najlepszy radziecki fizyk atomowy?

GNF – (śmieje się) Takich komplementów mi nie mówcie, ja nie dziewczyna. Wielu lepszych ode mnie było. I u nas, choćby Igor Kurczatow, a i u Niemców, jak się okazało.

JR – Jak to u Niemców? Więc to prawda z tą niemiecką bombą atomową?

GNF – Prawda i nieprawda – to zawsze się ze sobą miesza (milczy dłuższą chwilę). Ile lat minęło, trzydzieści osiem chyba, no dobrze – opowiem Wam, pytajcie.

JR – Powiem szczerze, nie wiem, o co mam pytać. Wiem za mało. Jak było w Rudolfswaldu, co tam były za ciekawe rzeczy, o których mówiliście?

GNF – Rudolfswald to inna historia. Tam wojsko badało i o tym mówić nie mogę.

JR – A w Wałbrzychu byliście?

GNF – W Waldenburgu byłem, ale tuż przed powrotem z Niemiec do Moskwy.

JR – Po co jechaliście do Niemiec, czy możecie opowiedzieć?

GNF – Mnie tam Stalin i Kurczatow wysłali. Meldunki były, że Niemcy badania atomowe prowadzą. Pojechałem tam jako przedstawiciel Ministerstwa Maszyn Lekkich. Okazało się na miejscu, że Niemcy byli bardziej zaawansowani w tych badaniach niż można było przypuszczać.

JR – Przekazywali Wam informacje?

GNF – Informacje i wyniki badań, różne miejsca pokazywali, i dlatego w Waldenburgu się znalazłem.

JR – Pokazywali coś w Wałbrzychu?

GNF – Nie, w Waldenburgu nie, ale dowiedziałem się, że w Dreźnie wywiad trzymał niemieckiego naukowca, fizyka, który mi opowiadał o tajnych badaniach w Waldenburgu, to go wziąłem i pojechaliśmy, ale wiedział zbyt mało.

JR – Jak to za mało?

GNF – Widzicie, Niemcy mieli dużo badawczych grup. Mój Niemiec pracował w instytucie drezdeńskim podległym Ministerstwu Poczty, tylko raz był w Waldenburgu instalować urządzenia, bo tamten ośrodek podlegał SS.

JR – Zaraz, zaraz, pogubiłem się. SS mogło prowadzić badania, ale Ministerstwo Poczty? Co poczta ma wspólnego z badaniami naukowymi?

GNF – (śmieje się) Takie czasy były, przecież mówiłem. Nikt by się nie spodziewał atomu w Ministerstwie Poczty i (śmiech) jak u nas też w Ministerstwie Maszyn Lekkich.

JR – Ale Wasz Niemiec, ten fizyk, pracował w Wałbrzychu.

GNF – Jego instytut przekazywał część urządzeń dla SS i on tylko pomagał w instalacji, ja to laboratorium chciałem koniecznie zobaczyć, ale nic z tego nie wyszło.

JR – Niemcy wysadzili?

GNF – Wysadzić chyba nie wysadzili, bo to pod samym miastem było, tylko on trafić nie mógł. Był tam tylko raz. Samochód, który go wiózł z dworca kolejowego długo jeździł po mieście i Niemcowi droga się pogubiła. Później wjechali na teren kopalni i zwieźli go pod ziemię. Dwa dni tam siedział, pracował, jadł i spał pod ziemią. Jak skończył, to znów samochód powoził go po mieście, zanim dotarł na stację. I dlatego ze mną Niemiec niczego nie mógł znaleźć.

JR – Ale przecież kopalń w Wałbrzychu nie jest tak dużo, nie mógł poznać otoczenia, budynków?

GNF – Jeździłem z nim długo, namawiałem, straszyłem, nic nie dało. On mówił, że wtedy, gdy był pierwszy raz, też się bał. Mówił, że wszędzie pilnowali ludzie SS, określił ich jako „ostrych”, mówił że mieli takie dziwne znaczki przy mundurach, jakich wcześniej nie widział.

JR – Mówił coś o tym, co było w kopalni?

GNF – Tak, mówił, że z kolegami zawiózł tam cyklotron, ale okazało się, że to drugi, bo jeden już tam był. Oni zamontowali ten drugi. Opowiadał, że kopalnię specjalnie dostosowano. Były wózki, stoły, wszystkie konieczne urządzenia, a na wejściach śluzy i wartownicy. On wejść nie mógł, bo nie miał specjalnej przepustki.

JR – Czy opowiadał o podziemnym laboratorium atomowym, uwierzyliście mu Gieorgiju Nikołajewiczu ?

GNF – Uwierzyłem. Mówił o drobiazgach, które znał nasz wywiad. Oni tam mieli w tej kopalni pod ziemią łączność telefoniczną z całymi Niemcami. Była podobno telewizja. Tak, ja mu uwierzyłem, on nie miał potrzeby kłamać, za to była wtedy kula.

JF – Nie szukaliście dalej tej kopalni ?

GNF – Jak to nie szukaliśmy? Jak można było nie szukać? Ja już nie, ale nasi długo szukali. Mieli niemieckie plany kopalni, chodzili z polskimi górnikami. Na nic było. Nie znaleźli, a kilku zginęło.

JR – Zawał był jakiś w kopalni?

GNF – Nie zawał, tylko Niemcy pracujący z Polakami w kopalni potajemnie podkładali miny. To i przestali szukać.

JR – I Niemcy mieli bombę atomową?

GNF – Ja Wam na to pytanie nie odpowiem, ale historia może da odpowiedź. Oni mieli znacznie więcej niż mogliśmy się spodziewać.

 

Przytaczam zapis tej niezwykle interesującej dla nas rozmowy, bo wydaje się ona nie tylko autentyczna, ale odkrywająca nieznane dotąd karty historii próbnych badań jądrowych prowadzonych przez Niemców w podziemiach Wałbrzycha. Potwierdza w całej rozciągłości hipotezy tych badaczy tajemnic Gór Sowich, którzy twierdzą, że region wałbrzyski w planach strategicznych III Rzeszy miał odgrywać rolę decydującą, jako zakonspirowane miejsce badań i produkcji najnowocześniejszych rodzajów broni. Miały one odwrócić losy wojny. Najprawdopodobniej właśnie to zadecydowało, że Wałbrzych nie znalazł się w zasięgu zmasowanych ataków bombowych, tak jak Wrocław, zresztą zarówno ze strony niemieckiej jak i aliantów, a wyzwolenie miasta przez armię radziecką odbyło się niemal bez użycia broni.

Natomiast cytowana rozmowa ma w sobie wiele zagadek. Nie wiemy której kopalni dotyczy. I czy rzeczywiście chodziło o kopalnię. A może to był kamuflaż, a laboratorium znajdowało się w innym miejscu w ukrytych podziemiach? Możemy tylko „wróżyć z fusów”. Dziwić może, że takie miejsce nie zostało odkryte po wojnie, że Niemcom udało się całkowicie zamaskować podziemne kopalniane laboratorium. W swojej książce Jerzy Rostkowski, na podstawie osobistych badań i dociekań, wskazuje prawdopodobne miejsca takich laboratoriów, m. in. w centrum miasta pod Górą Parkową, a także na początku Sobięcina, tam gdzie dziś znajduje się galeria handlowa. Zainteresowanych tematem zachęcam do interesującej książki „Podziemia III Rzeszy. Tajemnice Książa, Wałbrzycha i Szczawna-Zdroju”.

Stanisław Michalik

Tagi: ,