Pamięć i szacunek

Polecamy10 sierpnia, 2016

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Powstanie Warszawskie jest pomnikiem naszej pamięci, a powstańcy naszym największym skarbem – powiedział 30.07.2016 r., podczas uroczystości poświęconych powstaniu w Warszawie, prezydent Andrzej Duda. Szkoda, że pierwszej części zdania nie rozwinął i nie powiedział, że jest to pomnik zbrodniczych ambicji jednych, niewyobrażalnego heroizmu drugich i niewyobrażalnego nieszczęścia trzecich. Bo Powstanie Warszawskie niejedną ma twarz. Bo jest to twarz nieodpowiedzialnych jego inicjatorów i grabarzy jednocześnie, twarz jego bohaterskich żołnierzy i twarz niesamowicie zmaltretowanej ludności. Twarz 200 tysięcy jego ofiar, w tym malutkich dzieci, które w czasie jego trwania nawet nie były świadome, że są Polakami i tylko z tego powodu muszą umrzeć. Umrzeć niejednokrotnie męczeńską śmiercią. Dziś młodzi Polacy powstańcze piosenki radośnie śpiewają na warszawskim placu Piłsudskiego, tuż przy Grobie Nieznanego Żołnierza, co transmitowała w programie I Telewizja Narodowa, czyli telewizja partii Jarosława Kaczyńskiego. Inni śpiewali je przed bramą główną Cmentarza Wojskowego na Powązkach.

Oglądałem ten koncert przez czas jakiś w Telewizji Narodowej i przyznam szczerze, że nie zdzierżyłem. Dla mnie było to widowisko przerażające. Owszem, piosenki te śpiewali warszawscy powstańcy, ale oni byli pełni zapału i wiary w to, że ich trud i poświęcenie przyniesie zwycięstwo. Śpiewali na przekór śmierci, na przekór niemieckim zbrodniarzom, którzy te wesołe piosenki słyszeć musieli. Jednak ich poświęcenie i patriotyczna żarliwość przyniosły tylko okrutną śmierć tysiącom mieszkańców stolicy, całkowite jej zburzenie, zniszczenie kulturalnego dorobku wielu polskich pokoleń i zatracenie kwiatu polskiej inteligencji. Ale oni mieli moralne prawo śpiewać, by podnosić siebie i cierpiących rodaków na duchu. Jednakże dziś, kiedy wiemy, jaką straszną hekatombę powstanie miastu i mieszkańcom przyniosło, kolejne rocznice tego wydarzenia winne być obchodzone w ciszy, powadze i smutku, bo nie należy do polskiej tradycji, do polskiej kultury, aby tańczyć i śpiewać na grobach dwustu tysięcy ofiar – rodaków. Czynić tego nie wypada nawet na grabach swych pokonanych nieprzyjaciół, albowiem obrzędy takie znane były w przeszłości wśród prymitywnej ludności wielu kontynentów. Dziś już nikt się tak nie zachowuje i na grobach wrogów również panuje cisza. Ale nie w IV RP, którą dziś rządzi obsesja wychowania nowej elity, nowego społeczeństwa, przez co odprawia się tego rodzaju gusła, aby wychować młodzież w przekonaniu, że dla ojczyzny chwałą jest umierać, a nie budować jej coraz lepszą przyszłość. I tłoczy się tym młodym w głowy przeokropne bzdury, kłamstwa lub co najmniej prymitywne półprawdy, które mają spowodować, że każdy, kto nie będzie chciał wojny, a wiadomo, że chodzi o wojnę z Rosją, traktowany będzie jak nieprzyjaciel, którego trzeba zniszczyć wszelkimi dostępnymi sposobami i środkami.

Wiem, że się narażę, ale coraz bardziej zaczyna mi to przypominać indoktrynację ukraińskiej ludności Podola, Wołynia i Małopolski Wschodniej, jakiej zostali poddani przez działaczy OUN i UPA. Czym się to skończyło wiadomo, chociaż są tacy, którzy nie chcą o tym wiedzieć lub udają, że nie wiedzą. O Powstaniu Warszawskim napisano już wiele książek, rozpraw naukowych i artykułów prasowych, niekiedy bardzo polemicznych. Dla mnie jednak najbardziej do wyobraźni przemawia to, co mówi i pisze prof. Jan Ciechanowski, żołnierz AK, uczestnik powstania dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, autor jednej z najważniejszych książek o powstaniu, na stałe mieszkający w Wielkiej Brytanii. Przywołam niewielki fragment z jego wypowiedzi z 2014 roku, promującej polskie rocznicowe wydanie jego książki „Powstanie Warszawskie”, wydanej pierwszy raz w Londynie w roku 1971: „(…) Naprawdę Powstanie Warszawskie było zbrodnią na mieszkańcach Warszawy (…) decyzja o wybuchu Powstania (…) była zbrodnią wojenną, która woła o rozliczenie i napiętnowanie winnych, a nie świętowania kolejnej rocznicy. Doprowadzenie do wybuchu (…) było jednym z największych błędów popełnionych przez dowództwo Armii Krajowej. Ten zryw nie miał najmniejszych szans powodzenia (…) Przeciwko garstce słabo uzbrojonych bojowników, harcerzy, młodzieży i dzieci stały zaprawione w bojach jednostki SS i Wehrmachtu. To mogło się skończyć tylko w jeden sposób – masakra bojowników, ludności cywilnej i zagłada miasta. (…) 200 tysięcy ludzi zginęło, 500 tys. wygnano i skazano na poniewierkę. Miasto zrównano z ziemią.”

Natomiast ja pozwolę sobie zwrócić uwagę, że w czasie kiedy młodzi chłopcy i dziewczęta ginęli bezbronni w starciu z niemiecką potęgą militarną, żaden z głównych dowódców powstania nie poległ w walce z bronią w ręku. Jeden z nich – gen. Antoni Chruściel ps. Monter – tak zagrzewał do boju swych młodziutkich podkomendnych: „Kto nie będzie miał broni palnej, dostanie granaty, a dla kogo zabraknie granatów, niechaj bierze kamień do ręki, łom czy siekierę i tym zdobywa broń dla siebie.” Oczywiście nie muszę dodawać, że gen. Monter zmarł w zaciszu domowym w Waszyngtonie w 1960 roku. Tym, których z kamieniami, łomami i siekierami wysyłał na zaprawione w bojach i uzbrojone po zęby jednostki SS i Wehrmachtu, takich szans nie dał. Sam też na ich czele do szturmu nie poszedł.

Dla mnie te niedzielne obrzędy miały też bardzo osobisty wydźwięk. Oto w programie „Fakty po faktach” TVN24, red. Justyna Pohanke prowadziła rozmowę z płk. „Jurem,” jednym z bohaterów powstania, przyjacielem gen. Scibor-Rylskiego ps. Motyl. Opowiadał o tym, jak por. „Motyl” w połowie września 1944 r., kiedy podczas przeprawy zginał ich dowódca, przejął dowództwo nad kilkuset żołnierzami z 3 Dywizji Piechoty I Armii Wojska Polskiego generała Z. Berlinga. Żołnierze ci poszli w bój przez Wisłę, aby pomóc swym ginącym w walce braciom z Armii Krajowej, jednakże panu pułkownikowi „Jur” nie mogło przejść przez gardło, że to byli Polacy z polskiego wojska. Dla niego byli to żołnierze Armii Czerwonej polskiego pochodzenia. Bardzo mnie to zabolało, bo w szeregach 3 DP  walczył mój Ojciec, który w tamtym czasie został wysłany, jako łącznik sztabu tej dywizji z dowództwem desperacko walczących na Czerniakowie oddziałów AK. Mój Ojciec był polskim żołnierzem z polskiej armii idącej od wschodu, tak samo, jak Polakami byli polscy żołnierze polskiej armii idącej z zachodu. Po tej rozmowie przekonałem się, że nie tylko min. Macierewicz i IPN fałszują polską historię i obrażają Polaków, którzy bohatersko walczyli i ginęli w tej armii idącej od wschodu. Żyjący jeszcze powstańcy tak bardzo oczekują szacunku. Dlaczego więc nie szanują takich jak mój Ojciec? Mój szacunek do nich trochę zmalał. Więcej o Powstaniu na mojej stronie:

www.janusz-bartkiewicz.eu

Janusz Bartkiewicz

Tagi: ,