Bez politycznej poprawności

Polecamy13 lipca, 2016

 

basinski felieton

 

 

 

 

 

 

 

 

Niedawno („Dla kogo piszę?”) pozwoliłem sobie na zilustrowanie pytaniami i odpowiedziami przewidywanych przeze mnie zachowań elektoratu PiS, akceptującego bez zastrzeżeń wszystko, co spycha resztę społeczeństwa ku głębokiej nienormalności, której skutki mogą na wiele lat wyrzucić Polskę poza grono krajów cywilizowanych i narazić na różnorakie niebezpieczeństwa. Tegoż elektoratu nie zniechęcają nawet jaskrawe kompromitacje i aberracje umysłowe jego przedstawicieli, ordynarne zachowania i poniżająca głupota, w której wyborcy PiS (ci poprzedni i nowi) zawzięli się na amen.

Jestem w stanie sobie wyobrazić Jarosława Kaczyńskiego (zwanego dalej oberprezesem) spuszczającego spodnie na partyjnym konwentyklu oraz pokazującego wszem i wobec gołą sempiternę, oczywiście z informacją, że adresatem tej ekspozycji jest opozycja, Donald Tusk lub cała Unia Europejska. Zarówno delegaci, jak i reszta pisowskiego wojska, zawyliby wtedy z podziwu dla ekspresji oberprezesa, deklarując mu pełne oddanie i naśladownictwo oraz podkreślając jego geniusz. Jeszcze nigdy w najnowszej historii Polska nie miała przywódców tak żałosnych, a zarazem przerażających, oklaskiwanych entuzjastycznie przez część żegnającego się z rozumem społeczeństwa. Ciągle jest to mniejszość jego ogółu, a to dlatego, że wśród pozostałych obywateli RP lokuje się pokaźna rzesza leniuchów, którzy postanowili na wybory nie chodzić, choćby mieli to przypłacić nieszczęściem swoim i bliskich. Powalający brak wyobraźni, ale może jeszcze nadejdzie otrzeźwienie. Reszta robi co może, by Biało-Czerwona zachowała dobre imię sprzed minionej jesieni. Jak długo się to będzie udawało?

Demokracja nie jest ustrojem idealnym, ale, jak podkreślało wielu budzących szacunek przywódców z Winstonem Churchillem na czele, nie wymyślono jeszcze lepszego. Co pewien czas dochodzi pod jej szyldem do gorszących ekscesów. Polska demokracja wykonała przed dziewięcioma miesiącami, a więc standardowym okresem ciąży, przewrót w tył ze staniem na rzęsach, a na koniec wywinęła jeszcze salto mortale. Rozumiem tych, co się zawiedli na poprzedniej władzy, przede wszystkim za niskie płace, rozumiem przeklinających swoją pracę na umowach śmieciowych, odbierających nadzieję na normalne życie i pogłębiających świadomość, że państwo o nich zapomniało. Wielu wyborców nie wiedziało, czym pachnie PiS, inni zapragnęli szalonego happeningu, by pokazać elitom środkowy palec, chociaż te ułomne elity zrobiły wiele dla wzrostu międzynarodowej rangi kraju, zwłaszcza w obliczu światowego kryzysu. Ale od 25 października minęło już trochę czasu, by zacząć się otrząsać z kubłów lodowatej wody wylewanej na społeczność przez skrzeczącą, pisowską rzeczywistość i wyciągać mniej lub bardziej twórcze wnioski. Jednak to nie działa. Jak w telewizyjnej reklamie: „A Vidaron nic!”. Najwyraźniej elektorat PiS cieszy się polskim poniżeniem, butą i bezczelnością nowych elit, mając w nosie łamanie prawa i ochoczo ogłasza pomieszanie zmysłów na skalę dotychczas niespotykaną, bo bardzo mu się ten stan podoba. Dlatego nie wiem, czego oberprezes i spółka musieliby się dopuścić, jaka gigantyczna kompromitacja i afera z ich udziałem musiałaby się wydarzyć, by sprowadzić na ziemię suwerena, który oszalał na haju. Obawiam się, że nie znormalniałby nawet jedząc codziennie korzonki i popijając octem. To upadek na skalę niebywałą. Polska hańba, która wyrosła z demokratycznych wyborów.

„Na razie przegrywamy ten mecz o Jutro, z własnej po części winy, samobója sobie strzeliliśmy, lekceważąc wybory, bo za mało nas poszło” – to słowa Janusza Rudnickiego, pisarza, które przytacza „Newsweek”. „Upraszczając, ryzykując i nadstawiając łba, powiem tak: lud nas tak urządził. Prosty lud polski i odłamy jakiejś polskiej inteligencji, robiącej mu populistyczną laskę, ale pies pogrzebany jest w ludzie. On głosował tak, jakby kraj był rzeczywiście w ruinie i nędzy. Wychodzi na to, że im lepiej, tym gorzej dla tej masy. Machnęli jej pięćsetką przed nosem, wrzucili do urny wyborczej ten ochłap i krzyknęli: aport! I po nas! (…). Tak, ja, polski inteligent, odcinam się od polskiego ludu. On ciągle jeszcze nie przejrzał na te kaprawe ślepia, bo jak wytłumaczyć tak wysokie wciąż notowania w sondażach? Już mi się nie chce udawać, żeśmy jak równy z równym. Mam go gdzieś i wolno mi, ponieważ on mnie, inteligenta, ma jeszcze głębiej gdzieś. Jakiś kompletny rozbrat, nie mamy nic wspólnego oprócz wspólnego języka, a i ten tak nas różni, że się właściwie nie rozumiemy”- mówi Rudnicki.

Podpisuję się oburącz pod jego opinią. Obecne władze i faktyczne 16-18 proc. wyborców, nie mogą sobie uzurpować prawa do pomiatania resztą, doprowadzania do degradacji naszego wspólnego dorobku i stawiania państwa na głowie jakąś chorą rewolucją. A czynią to z upojnym cynizmem. Nie mam najmniejszego szacunku dla ludzi zaślepionych władzą, której nigdynieoddanie im się marzy. Nie mam krzty zrozumienia dla tej części społeczeństwa, która po wpędzeniu reszty współobywateli w kłopoty po wyborach, co jeszcze można zrozumieć i wybaczyć, odwołując się do wcześniejszych argumentów (wspomniane śmieciówki), nie tylko, że nie przejrzała z czasem na oczy, to jeszcze szydzi z pozostałych i niebezpiecznie naciąga strunę. Nie tylko oberprezes i jego wazeliniarskie, zapiekłe otoczenie, które sponiewierało, naznaczyło i wykluczyło inaczej myślących, są polskim problemem i piekącym wstydem. Także przekleństwem jest wielbiący oberprezesa na drabince elektorat PiS. Za jego sprawą polska demokracja poniosła ciężką porażkę. Dlatego ani mi w głowie polityczna poprawność. W obliczu zabójczej dla Polski jazdy PiS, mówię: g…. mnie ta poprawność obchodzi. Za skierowane również pod moim adresem słowa: komuniści, złodzieje, rebelianci, zdrajcy, targowica, gorszy sort, odpowiadam: jesteście opętanym pospólstwem, burakami, mimo że macie w swoich szeregach ludzi wykształconych, zakompleksionym i zdewociałym, przerażoną nowoczesnym światem hordą ciemnogrodzian, gawiedzią przypominającą tych paryżan, którzy z dziećmi przychodzili pod gilotynę, z wrzaskami uciechy przyjmując kolejne spadające głowy. Dobro wspólne was nie obchodzi, wszystkich spoza waszego plemienia strącilibyście w niebyt, utopilibyście w kałuży. I dlatego jesteście niebezpieczni, i należy mieć się przed wami na baczności, robiąc wszystko, co legalne, by odsunąć popaprańców od władzy. Polska to nie tylko Podlasie i Podkarpacie, z całym szacunkiem dla rozsądnej części społeczeństw tych regionów. Żelazny elektorat PiS gotów jest oberprezesa uznać za świętego, ale miałem pewne nadzieje, w stosunku do tych spoza sekty, którzy go wsparli w wyborach. Niestety, zaraza się rozprzestrzeniła za przyczyną pospolitego przekupstwa. Nowi wyborcy PiS, wyrzucili z pamięci zbudowane w dużych ilościach żłobki i przedszkola oraz zapomnieli o korzyściach dla młodych matek, będących dziełem poprzedniej ekipy, która nie zasługuje tylko na opluwanie. Za 500 + i nowe obietnice oparte na majaczeniu, gotowi są wesprzeć nawet dyktaturę oraz prokuratorską samowolę. Wyborcom PiS zabrakło godności i odrobiny krytycyzmu. Zgodzili się być dobrze opłacanymi niewolnikami, podnóżkami prezesa, którymi on gardzi.

W felietonie „Uroki demokracji” (Newsweek) Zbigniew Hołdys pisze:

„Aleksander Smolar powiedział niedawno, że demokracja ma nieczyste sumienie. Demokratyczny system doprowadził do władzy wielu złodziejaszków i kłamców, durniów i awanturników, także morderców, ostatnio zamordystów w rodzaju Łukaszenki na Białorusi, Erdogana w Turcji czy Orbana na Węgrzech. Ci wybrani przez swoje ludy wodzowie wsadzają właśnie swoich wyborców do więzienia za słowa krytyki. Ta sama demokracja – i to jest straszne – wybrała Adolfa Hitlera. Już za samo to powinna zostać uznana za system niebezpieczny. I myślę, że pewnego dnia zostanie za taki uznana”. Tyle Hołdys cytujący Smolara.

Bezwzględną koniecznością jest obrona przed wynaturzeniami PiS. Obecnej opozycji jeszcze wiele brakuje, by im się przeciwstawić, znaleźć sposób na siebie i wybić na zjednoczoną siłę z dużym autorytetem, zdolną do pokierowania państwem i oczyszczenia pozostawionej przez oberprezesa i s-kę stajni Augiasza. Aby to osiągnąć, potrzeba rezygnacji z indywidualnych ambicyjek szefów poszczególnych ugrupowań, wspólnego, codziennego ich współdziałania i podejmowania razem decyzji (wydaje mi się, że z udziałem KOD-u jako filaru, który jednak powinien znaleźć inną formułę dla swojej działalności, by nowa władza się go bała). Opozycji potrzeba nieprzeciętnych przywódców, ludzi z charyzmą, jednolitego, dalekosiężnego i realnego, z żelazną konsekwencją wdrażanego programu przemian w każdej dziedzinie życia (żadnego populizmu w rodzaju „a my wam damy tysiąc na osobę!”), systematycznego przekazywania społeczeństwu prostych, ekonomicznych zasad, których przestrzeganie może przyczynić się do jego dobrobytu, nieustannego uzmysławiania, że patriotyzm to także dbanie o praworządność, praca dla kraju oraz codzienne obywatelskie obowiązki, a nie ciągłe rozpamiętywanie krwawiących ran, przegranych powstań, nurzania się w smoleńskim obłędzie i kretyńskie wstawanie z kolan. Rolą opozycji ma być też odbudowanie szacunku dla Unii Europejskiej, której jesteśmy członkami i dla naszych sąsiadów, oczyszczenie się z ludzi wcześniej skompromitowanych, z nagłaśnianiem takich przypadków, uporczywe nękanie władzy wskazywaniem jej nieprawości, zaniechań i niekonsekwencji. Potrzeba głośnego ośmieszania każdej jej bzdury. Bo śmiechem i kpiną można zabić.

Będzie to zadanie arcytrudne, być może nawet niemożliwe do wykonania w stosunkowo niedalekiej przyszłości, bo jak i czym zjednać sobie ludzi (poza stałym elektoratem PiS), którzy popierają łamanie prawa i deptanie konstytucji, oczekują nawet na zamordyzm władzy i będą przy niej trwali choćby tylko dla materialnych korzyści, nawet gdyby Polska miała stać się pośmiewiskiem świata? Ale próbować trzeba. Bo grozi nam opanowanie przez pisowską tłuszczę do końca świata i jeszcze dzień dłużej, wszystkiego, co się rusza, a nadejdzie czas, że sekta będzie próbowała się dobrać także do naszych myśli.

Stanisław Tym (znowu „Newsweek”) felieton „Przeczekam ich” rozpoczął w te słowa:

„Dziś rano, po dłuższych przemyśleniach, postanowiłem poważnie zadbać o swoje zdrowie. Powód jest prosty. Muszę doczekać, aż runą. A nie tacy się przewracali za mojego życia, więc mam nadzieje, że mi się uda”.

A zakończył takimi oto:

„Przeczekam ich. Umrę w niepodległej, tej rozpoczętej 4 czerwca 1989 r.”.

Pod nimi też podpisuję się oburącz.

Andrzej Basiński

Tagi: ,