Kurza ślepota

Polecamy29 czerwca, 2016

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Usłyszałem 13.06.2016 r. w telewizorni, że najwyższe czynniki amerykańskie informują, iż sprawa „polskiej demokracji” ma być też przedmiotem jakichś rozmów, a na pewno zainteresowania ze strony prezydenta USA, podczas zbliżającego się szczytu NATO w Warszawie. Informacja ta została podana w kontekście rozmowy z prof. Jadwigą Staniszkis, która do jakiegoś czasu była bezgranicznie zakochana w Jarosławie Kaczyńskim i jego dworze, zwanym Prawem i Sprawiedliwością. Obecnie Pani Profesor nie znajduje słów oburzenia dla tego, co w ramach tak zwanej „dobrej zmiany” nadprezes III RP, czyli Jarosław Kaczyński, przez innych zwany już „Naczelnikiem Państwa”, z Polską wyprawia. Szczególne oburzenie Jadwigi Staniszkis wywołuje widoczne już gołym okiem postępujące, jak zakaźna choroba, ograniczenie wolności słowa. I to, według niej, razi nie tylko Europę, ale zwłaszcza Stany Zjednoczone, które m.in. wolności słowa uważają za jedną z opok demokracji. Bardzo mi się spodobały słowa prof. Staniszkis o tym, że zwłaszcza Niemcy są na te sprawy mocno uczuleni, ponieważ oni chyba najbardziej zdają sobie sprawę, jak kruche jest bezpieczeństwo demokracji, w której do władzy, drogą demokratycznych wyborów, dojść mogą siły, które stopniowo doprowadzą do jej demontażu i wprowadzenia rządów na wskroś autorytarnych. Pierwszym krokiem ku temu jest stopniowa likwidacja wolności słowa i prawa głoszenia poglądów, następnym – całkowite ubezwłasnowolnienie sądownictwa i podporządkowanie sobie organów ścigania, wojska i służb chroniących bezpieczeństwo państwa oraz obywateli. Ktoś powie, że w III RP demokracja ma się dobrze, albowiem wolność słowa funkcjonuje bez zarzutu, czego dowodem może być na przykład fakt, że słowa te piszę i czyta je być może, co najmniej, kilkanaście tysięcy wałbrzyszan. Fakt niezaprzeczalny, ale dostrzegam symptomy groźnego procesu. To przypadki brania za twarz tych dziennikarzy i wyznawców różnych poglądów, którzy z bardzo konkretnych powodów nie podobają się obecnej władzy. Co gorsza, oni nie podobają się też większości przedstawicieli środowisk opiniotwórczych, a więc wiodącej prym prawicowej prasie oraz takim samym dziennikarzom radiowym i telewizyjnym. Nieliczna, a w części rzec można, że niszowa prasa zaliczana do lewicy społecznej, również w zasadzie milczy i zastanawiam się dlaczego?

Ktoś powie, że przesadzam i być może w pewnym sensie będzie miał rację, ale nie do końca, albowiem pierwsze symptomy tego zagrożenia już się pojawiły. Bo jak inaczej oceniać przypadek aresztowania redaktora naczelnego czasopisma „Fakty i Mity” Romana Kotlińskiego (byłego księdza i posła na Sejm III RP), co miało miejsce 15.02.2016 r.? W dniu tym został zatrzymany pod zarzutem zlecenia zabójstwa swojej byłej żony, ale dziwnym trafem dokonali tego funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego Policji, którzy przez bite 11 godzin przeszukiwali biura redakcji tego czasopisma, zabierając twarde dyski z komputerów i dokumenty księgowe. Przecież formacja ta została powołana do zwalczania przestępczości zorganizowanej, czyli polskiej mafii, a pospolite zlecenie (jeżeli takie faktycznie miało miejsce) zabójstwa, to od zawsze domena służb kryminalnych. Warto również zastanowić się, co wspólnego z domniemanym zleceniem zabójstwa żony Kotlińskiego mieli inni dziennikarze tego tygodnika, którym zabezpieczono przy okazji twarde dyski komputerowe. Chyba, że mamy do czynienia z przypadkiem, kiedy w planowaniu zabójstwie udział bierze cała redakcja. Jednym słowem zorganizowana grupa przestępcza. I już tylko tak mimochodem wtrącę, że swego czasu podniosło się wielkie prawicowe larum, kiedy ujawniono informację, że tenże Kotliński śmiał mieć odwagę zatrudnienia w redakcji (jako palacza) jednego z zabójców ks. Popiełuszki. Prawdziwi Polacy uważali wtedy (i chyba myślą tak do dnia dzisiejszego), że zabójca księdza, po odbyciu zasądzonej mu kary, powinien wziąć sznur i się powiesić. A jeżeli tego nie zechciał uczynić, to winien zdechnąć z głodu. A w rzeczywistości jest tak, że wychodzący na wolność nawet wielokrotni zbrodniarze pracę gdzieś otrzymują, ponieważ znajdują się tacy, co wychodzących na wolność zbrodniarzy obejmują pomocą postpenitencjarną. Ponadto redakcja tego czasopisma znana byłe ze swego bezkompromisowego piętnowania wszelkiej patologii, jaka się pojawiała w polskim kościele katolickim. Bo tylko naprawdę szczery Polski Patriota święcie wierzy w to, że patologia tam się nie pojawia.

Innym przykładem ograniczania wolności głoszenia dowolnych poglądów mogą być przypadki skazania (31.03. 2016 r.) działaczy legalnie od wielu lat istniejącej na Górnym Śląsku (niszowej), Komunistycznej Partii Polski. Jej aktywiści zostali skazani zapropagowania ideologii komunistycznej na łamach pisma „Brzask” oraz na partyjnej stronie internetowej. Sprawa miała swój początek w 2013 roku, po donosie posła PiS Bartosza Kownackiego (obecnie sekretarza stanu w MON), ale wówczas prokuratura nie dopatrzyła się znamion przestępstwa i odmówiła wszczęcia postępowania. Cóż się od tego czasu zmieniło w ocenie działania tej partyjki? Odpowiem: władza.

Kolejna sprawa, to zatrzymanie 17 maja 2016 r. i aresztowanie Mateusza Piskorskiego, byłego posła „samoobrony” i prawej ręki Andrzeja Leppera, a obecnie lidera (niszowej), uznanej za prorosyjską, partii „Zmiana”. Postawiono mu zarzut szpiegostwa na rzecz Rosji albo Chin. Nie podobał się obecnym władzom za to, że jawnie głosił swoje poparcie dla polityki Putina w sprawie Krymu (tak jak ja), jak również sprzeciw wobec polityki NATO w stosunku do Rosji (tak jak ja). I chociaż to jemu osobiście takie zarzuty postawiono, to dokonano wejścia do siedziby partii, gdzie zabezpieczono dyski komputerów i tysiące rożnych akt partyjnych. Pierwszy to chyba przypadek w Polsce, aby działalnością szpiegowską zajmowała się cała partia…

Chyba jednak o co innego idzie. I dlatego pozwolę sobie na zakończenie odwołać się do wiersza niemieckiego pastora luterańskiego, Martina Niemöllera, napisanego w obozie koncentracyjnym Dachau w 1942 r.:

„Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem. Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą. Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą. Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem. Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.”

No właśnie. A my ciągle cierpimy na polityczną kurzą ślepotę.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,