Być pisarzem

Polecamy29 czerwca, 2016

SONY DSC 

 

 

 

 

 

Minął rok odkąd pojawiłem się w Tygodniku DB 2010 jako stały felietonista. Sprawiam mi ogromną przyjemność to, że mogę podzielić się swoimi refleksjami z Czytelnikami wałbrzyskiej gazety, zwłaszcza że jestem praktycznie i emocjonalnie związany z tą ziemią już od ponad pół wieku, a idea Aglomeracji Wałbrzyskiej jest w moim przekonaniu jedną z najcenniejszych inicjatyw. Poczytuję sobie za zaszczyt, że sąsiaduję w gazecie z tak znakomitymi felietonistami jak Janusz Bartkiewicz i Andrzej Basiński. Cenię sobie wysoce to, że naczelny gazety nigdy jeszcze nie ingerował w moje pisanie, ani nie narzucał mi treści felietonów.

„Pisarz to człowiek, któremu pisać jest trudniej, niż wszystkim innym ludziom” – napisał Tomasz Mann. Ile trzeba było lat spędzić przy biurku nad białymi, niezapisanymi arkuszami papieru, by stały się one książkami rozchwytywanymi przez czytelników na całym świecie? A ile czasu na medytacje, by w końcu dojść do powyższej sentencji?

Ponieważ pisać jest mi coraz trudniej, wniosek nasuwa się sam – chyba jestem pisarzem. Ale od razu proszę Czytelników posądzających mnie w tym momencie o megalomanię, poczekajcie z tym osądem do końca tego felietonu.

Być pisarzem, to było moje marzenie od dziecka. Zrodziło się wtedy, gdy do moich rąk trafiła książka nie byle jaka, a mam ją do dziś i skrywam jak talizman, choć to książka, którą dzisiejsza Święta Inkwizycja, zwana dla niepoznaki IPN-em, skazałaby na spalenie na stosie. To jeden z pierwszych powojennych podręczników do nauki języka polskiego, wydany w 1946 roku przez Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych w Warszawie, a nosi tytuł „Nie rzucim ziemi… Czytanka do użytku kursów dla dorosłych na Ziemiach Odzyskanych”.

Wbrew temu, czego można by się spodziewać, nie jest to książka przesiąknięta do reszty ideologią komunizmu, wręcz odwrotnie można by się z niej uczyć patriotyzmu, szacunku dla mowy ojczystej, dla wielkich twórców polskiej literatury. Poczesne miejsce w niej zajmują i Mickiewicz, i Słowacki, i Sienkiewicz, i Żeromski, i Maria Konopnicka i wielu jeszcze innych znanych pisarzy polskich. Są to oczywiście wypisy, które – jak pisze we wstępie wydawca – mają służyć „jako pomoc nauczycielowi kursów dla dorosłych w doborze odpowiednich tematów. Które czytanki nauczyciel wykorzysta jako materiał pomocniczy dla siebie, a które przeznaczy bezpośrednio dla słuchaczy – zależeć będzie od jego uznania i stopnia przygotowania zespołu”.

W słowie wstępnym odwołuje się wydawca do wspaniałej postaci księdza Karola Miarki, naczelnego redaktora najpopularniejszego na Górnym Śląsku w II połowie XIX wieku polskiego pisma „Katolik”, który – jako pierwszy – zaszczepił w sercach i głowach Polaków poczucie wspólnoty narodowościowej z Polakami w zaborze rosyjskim i austriackim oraz wolę walki o niepodległość i powrót do Macierzy. Nosi to w historii nazwę – Odrodzenie narodowościowe Polaków na Górnym Śląsku. Motto książki stanowi wiersz Leopolda Staffa, „Mowa ojczysta”, zaczynający się od słów: „Bądź z serca pozdrowiona, ojczysta, święta mowo”.

Nie będę się rozwodził na temat treści książki, jest ona przebogata w teksty lub wycinki tekstów literackich i publicystycznych, najlepsze wiersze i pieśni patriotyczne, są też fragmenty przemówień i artykułów prasowych o charakterze politycznym. Jest rzeczą jasną, że idea przewodnia książki wynika z sytuacji politycznej ówczesnej Polski, a powrót Ziem Zachodnich do Polski, uznają jej wydawcy za spełnienie się sprawiedliwości dziejowej.

Książka ta znalazła się w moich rękach, gdy byłem w czwartej – piątej klasie szkoły powszechnej. Uczyłem się z niej czytać i to czytać ze zrozumieniem, czego tak brakuje dzisiejszym politykom. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie wiersze „Boże coś Polskę” Feliksa Felińskiego (Tak, był ten wiersz w tym podręczniku, bo znalazło się w nim prawie wszystko, co było w podtekście antyniemieckie), „Śmierć Pułkownika” Adama Mickiewicza o wodzu powstańców – Emilii Plater, „Pozdrowienie z Tatr” Kazimierza Przerwy-Tetmajera, „Oj, śliczna ta ziemia, to nasze Mazowsze” Teofila Lenartowicza, „Daremne żale” Adama Asnyka, „Koncert Jankiela” z „Pana Tadeusza”, którego fragmenty znam jeszcze na pamięć. Był cały „Janko Muzykant”, czytany przeze mnie wielokroć i zroszony łzami, była „Pieśń o żołnierzach Westerplatte” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, a także „Co mi tam troski” Władysława Broniewskiego. I – jak można się spodziewać – książkę zamyka nieśmiertelna „Rota” – Marii Konopnickiej.

 

Z tej książki zapamiętałem ustęp opowiadania Zofii Kossak-Szczuckiej ”Mazur z zagranicy”, w którym Greta, mała dziewczynka z Mazur, zaśpiewała w śląskiej gospodzie zamiast „Ich habe einen Garten”,  polską piosenkę:

 

„Stoi najmilejsy, gdzie roza przekwita,

Tam jego najmilsa w złotej księdze cyta

Lubenko, lubenko, uchyl mi okienko,

Co jesce obace, gdzie twoje ocenko.

W okienku stojała, śneptuskiem kiwała,

Wróć się, mój namilsy, bede cie kochała…”

 

Do dziś jeszcze nie doszedłem do tego, co znaczy mazurskie „śneptuskiem”, ale bardzo mi się to słowo spodobało. Nie próbuję dochodzić, czy ma ono coś wspólnego z chusteczką haftowaną, a zwłaszcza z nazwiskiem znanego polityka, które u wielu dziś rządzących wywołuje dreszcze.

Przyszedł później czas na czytanie wielu innych książek, ale ta pierwsza zapadła na długo w pamięci. Te dziecięce, a potem młodzieńcze kontakty z literaturą miały wpływ na całe moje życie, choć – jak łatwo się domyśleć – dawne marzenia o powtórzeniu drogi Żeromskiego lub Reymonta spaliły na panewce. Zawód nauczyciela pochłonął mnie bez reszty, potem był epizod działalności samorządowej, lata prysły jak bańka mydlana. I wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że przecież coś z tych marzeń się spełniło. Jestem pisarzem, ale takim, jakim nazwał Sienkiewicz bohatera swego opowiadania „Szkice węglem” Zołziółkiewicza – pisarzem prewentowym. Rzeczywiście specjalizowałem się w ostatnich latach, bo taka była konieczność, w pisaniu pism urzędowych, protokółów zebrań, sprawozdań, przemówień, odpowiedzi na krytykę prasową.

Potem przyszło pisanie do gazet o mojej ziemi wałbrzyskiej, do otwartego cztery lata temu mojego blogu internetowego „Tu jest mój dom”, pisanie książek z najważniejszą i najobszerniejszą p.t. „Wałbrzyskie powaby”, a równolegle stałych już felietonów w wałbrzyskiej audycji radia „Złote Przeboje”, no i oczywiście w Tygodniku DB 2010.

A ponieważ pisanie przychodzi mi coraz trudniej, to chyba, idąc za złotą myślą Tomasza Manna –  mogę się uznać co najmniej pisarzem – felietonistą. I co Wy na to, moi wspaniali Czytelnicy?

Stanisław Michalik

Tagi: ,