Sześć truskawek

Polecamy29 czerwca, 2016

basinski felieton

 

 

 

 

 

 

 

 

Stresy i zmartwienia mają niekiedy siłę druzgocącą, częstokroć są na równi, a nawet górują nad dolegliwościami fizycznymi. Cywilizacja nas nie oszczędza i nieustannie testuje wytrzymałość homo sapiens. Co silniejsze jednostki wzmacnia to i hartuje, co słabsze degraduje i spycha w rozliczne tragedie. Pomijając w tym miejscu farmakologię, która wielu pomaga znieść egzystencję na tym padole płaczu, niemal każdy z nas wypracował sobie indywidualne sposoby radzenia sobie z brzemieniem czasami trudnym do udźwignięcia. Wielu zagospodarowało swoje oazy i enklawy, oddzielające ich od skrzeczącej rzeczywistości. Wiosna i lato dostarczają nam w tej mierze różnych możliwości. Sportowi kibice, do których się zaliczam, otrzymali w tym roku dodatkową sposobność oderwania się od trosk i przeciwności losu w postaci piłkarskiego EURO oraz igrzysk w Rio. Trzeba będzie naładować akumulatory dobrego samopoczucia, zakładając oczywiście, że biało-czerwoni nie dadzą plamy.

Pisałem kiedyś, ale powtórzę: nade wszystko przedkładam medytacje nad brzegiem Bałtyku, pod wydmami, naczęściej w godzinach późnopopołudniowych. Obserwacje morza po horyzont, rytmiczny grzmot lub pluskanie fal, sprzyjają spokojnemu osądowi rzeczywistości, która może okazać się normalną, dokonywaniu bez emocji bilansu zysków i strat ostatnich tygodni, planom na najbliższy i dalszy okres. Rybacy wciągający łodzie na brzeg, karawany nadmorskich spacerowiczów, odgłosy wydawane przez ptactwo, dźwięki gitar biwakującej młodzieży, zachodzące słońce – to wszystko koi mi nerwy i sypie okruchy nadziei, że to i owo da się jeszcze jakoś załatwić oraz że wyglądanie lepszych czasów nie musi być czekaniem na Godota. Czas upływa mi coraz szybciej, więc trudno takich obserwacji nie doceniać.

Na wałbrzyskim Podzamczu, w które zacząłem wrastać przed 35 laty, psychicznej rehabilitacji i odnowie służą mi spacery z psem. Długo w wędrówkach po osiedlu i wokół niego towarzyszył mi Kibic, a od kilku lat czyni to Maks, mający cos wspólnego z grzywaczem chińskim. Wędrówki po okalającej dzielnicę alei Podwale, mają swój urok. Czekam zwłaszcza na krótkie momenty, gdy nawet w pełni dnia zarówno od strony Książa, jak i z przeciwka, nie pokazuje się ani jedno auto, ani jeden motocykl i ani jeden autobus. Następuje chwila dzwoniacej w uszach, ale jakże cudownej ciszy. Za moment wszystko wraca do cywilizacyjnej, łomocącej normy. Takie jest życie.

Ostatnio w doniczce na naszym balkonie, po raz pierwszy pojawiły się wyhodowane przez żonę – wśród pelargonii, pnącego się dzikiego wina oraz innych kwiatów i roślinek – truskawki. Jest ich sześć i więcej nie będzie. Jeden z symboli dobiegającej końca wiosny. Oglądając je, myślę o tym i o owym, ale w sumie są to medytacje optymistyczne. Za kilka dni trzeba będzie truskawki skonsumować. Smak własnych owoców jest szczególny.

Andrzej Basiński

Tagi: ,