Smutne refleksje

Polecamy14 czerwca, 2016

SONY DSC

 

 

 

 

 

 

Pisałem o tym w 2012 roku a teraz uważam za niezwykle ważne, aby o tym przypomnieć:

Był uosobieniem sztuki, był jej alter ego. Był też natchnieniem niezliczonych mas Polaków, którzy zjednoczeni pod sztandarem „Solidarności” znaleźli w tym ruchu swoje ideały. Jego muzyka i Jego śpiewanie były jak balsam na skołotane serce, przynosiły ulgę, ale też niezapomniane wzruszenie i najszczersze łzy. Tak samo jak Jacek Kaczmarski, ukochany przez ówczesne młode pokolenie Polaków, odszedł od nas – Przemysław Gintrowski. Pieśniarz i kompozytor, współtwórca „Murów”, nieformalnego hymnu Solidarności – zmarł w sobotę 20.10.2012 r. w wieku 61 lat.

– Każdy człowiek, gdy przychodzi na świat, ma w sobie potrzebę pewnej estetyki, czegoś, co nie jest li tylko biologią naszego życia. Jedni tę potrzebę rozwijają, a drudzy wręcz przeciwnie – zabijają. Bez sztuki żyć się nie da. Jestem o tym głęboko przekonany – powiedział w niepublikowanej dotąd rozmowie z Tomaszem Barańskim z PAP w 2003 roku.

W tej rozmowie Przemysław Gintrowski czuł rozczarowanie do tego, co się w Polsce dzieje:

– Myślałem, że Polska jest krajem ludzi mądrzejszych. Dziś potrzeba nam solidnej klasy politycznej. Nie stanowią jej na pewno ci pseudopolitycy, którzy uprawiają prywatę kosztem Polski. 50 lat komunizmu zabiło też w nas etos pracy. Jako społeczeństwo nie potrafimy pracować.

Był Gintrowski tytanem pracy, tak go wspominają ci wszyscy, którzy mieli zaszczyt z nim się zetknąć i poznać bliżej. Dawał z siebie wszystko w czasie koncertów. To nie było zwykle śpiewanie, to było wykładanie duszy i wyrywanie z serca wszystkich najgłębszych uczuć. Jego twórczym ideałem był Zbigniew Herbert, najwybitniejszy nasz poeta współczesny. Do jego tekstu dorabiał muzykę i śpiewał je na koncertach.

Nie będę rozpisywał się więcej o Przemysławie Gintrowskim. Możemy o nim przeczytać w Wikipedii i poszukać w internecie. Chcę wykorzystać tę okazję, by wspomnieć jeszcze jednego idola czasów „Solidarności”, człowieka związanego z naszą ziemią wałbrzyską, a ściślej z Głuszycą. Nazywa się Natan Tenenbaum.

O Natanie miałem okazję pisać już wiele razy. Ostatnio z powodu jego śmierci. Ale dobre wspomnienia o Natanie to jest nasz głuszycki obowiązek. Dlatego pozwalam sobie po raz któryś wypunktować kilka szczegółów jego życiorysu:

Natan Tenenbaum – satyryk, poeta, z wykształcenia archeolog śródziemnomorski. Dzieciństwo i młodość spędził w Głuszycy. W latach sześćdziesiątych XX w. zasłynął jako autor tekstów warszawskiego STS-u i „Hybryd”. Publikował utwory w „Szpilkach”. Kilka tekstów związanych z „wydarzeniami marcowymi” ukazało się anonimowo w paryskiej „Kulturze”. Od 1969 roku przebywał na emigracji w Szwecji, gdzie m.in. prowadził w Sztokholmie polski kabarecik literacki „Krakowskie Przedmieście”. W czasach „Solidarności” jego wiersz „Modlitwa. O wschodzie słońca”, z muzyką Przemysława Gintrowskiego cieszył się dużą popularnością. Był śpiewany przez samego Przemysława, a także Jacka Kaczmarskiego i Jacka Wójcickiego w krakowskiej „Piwnicy pod Baranami”. Poza występami w Szwecji, autor wielokrotnie występował w Polsce, szczególnie po roku 1988, m. in. w kabarecie Jana Pietrzaka „Pod Egidą”, w gdańskim klubie „Żaczek” i w krakowskiej „Piwnicy pod Baranami”. Znane są dwa tomiki jego wierszy: „Chochoł i róża” z 1992 oraz „Imię Twoje Rzeczy Pospolitość” z 1997 roku.

Natan Tenenbaum był gościem Centrum Kultury w Głuszycy w 2002 roku. Miałem okazję z nim rozmawiać, darował mi swój tomik wierszy „Imię Twoje Rzeczy Pospolitość” z autografem. Trzymam go sobie pod ręką jak najcenniejszy talizman.

Tak się składa, że nie ma wśród nas ani Przemysława Gintrowskiego, ani Jacka Kaczmarskiego, ani Natana Tenenbauma. Nie słychać nic o Andrzeju Garnczarku, o którym pisałem w ostatnim poście na mym blogu. I – co najsmutniejsze – odnosimy wrażenie, że ich trud, że ich wszystkie nadzieje, że ich życie poszło na marne. Zdeptał je Jarosław Kaczyński, a wraz z nim cały PiS. Zaciera się świadomie i perfidnie znaczenie i rolę jaką odegrali w zwycięskim ruchu „Solidarności”. Zaciera się ich ideały, bo nie służą obecnej klasie politycznej, która uznała, że metody z czasów PRL-u są najlepszym sposobem sprawowania władzy.

 

***

 

O polskim sarmatyzmie napisano już wiele. Trzeba wracać do tego tematu, bo jest taka potrzeba, zwłaszcza w związku z tym, co się u nas obecnie dzieje.

– Święty Jan Ewangelista mawiał: „Dziateczki, kochajcie jedni drugich” – a ja wam to mówię, a raczej wymówię, że tak nie robicie. „Kochamy Ojczyznę” – mówicie, a między sobą w ciągłych swarach! Piękna to miłość, ojczyzny ziemię kochać, a z jej mieszkańcami się wadzić? – cytat z kazania księdza Marka 4 listopada 1769 roku w kościele Ojców Bernardynów w Kalwarii z udziałem całej świty ówczesnych możnowładców wspierających konfederację barską.

To tylko jeden z interesujących wątków z historycznej książki „Pamiątki Soplicy”. Znajdziemy w niej 25 opowiadań znakomitego gawędziarza Seweryna Soplicy, cześnika parnawskiego, które zebrał i opracował do druku nieco później żyjący cioteczny wnuk po mieczu Radziwiłła Panie Kochanku, po kądzieli Tadeusza Rejtana – Henryk Rzewuski.

Podobnie jak w słynnych „Pamiętnikach” Jana Chryzostoma Paska, mamy w tej książce z życia wzięty, realistyczny i wymowny obraz ówczesnej szlachty polskiej, przenikniętej do szpiku kości sarmackim duchem sobiepaństwa i prywaty. Wszyscy wiemy z lekcji historii do czego to doprowadziło. Ale o upadek olbrzymiej Rzeczpospolitej od morza Czarnego do Bałtyckiego skłonni jesteśmy winić wszystkich innych, najczęściej naszych zaborców – Rosję, Prusy i Austrię, byle tylko nie siebie samych. Dokładne prześledzenie losów Polski od konfederacji barskiej do targowickiej może przyprawić o ból głowy i żołądka. Aż dziw bierze, że nikt temu, co się działo na skutek wewnętrznej, ustawicznej, destrukcyjnej wojny o władzę nie potrafił postawić tamy. Bo to był świat w każdym calu stanowy. Rządził nim egoizm warstw posiadających, które na swój użytek wykształciły prawa i obyczaje, normy moralne i reguły życia codziennego im właśnie służące. Liczyli się tylko „ dobrze urodzeni”, osoby herbowej kasty, „błękitnej krwi”, reszta to masa poddanych, wprawdzie już nie niewolnicy, ale wasale całkowicie zależni od swych mocodawców.

Skąd my to dzisiaj znamy? Czy w obserwacji współczesnej sceny politycznej nie widzimy z tamtym światem wyraźnych paranteli?

Rzetelny dziedzic nie obciążał nadmiernie poddanych. Ktoś musiał przecież mieć siły i motywację by pracować na dobrobyt powiatowych urzędników i bajeczne fortuny senatorów. W ograniczonym do „urodzonych” świecie panowała równość. Mówi się o niej nieustannie, powtarza do znudzenia, zachłystuje się nią szlachecka „gołota”. Nobilitacja tej równości (dziś byśmy dodali do tego – wolności i demokracji) przynosiła namacalne korzyści, pozwalała sterować masami wyborców pod dyktando własnych interesów. Złudność ówczesnej równości szlacheckiej razi każdego myślącego obserwatora tak samo, jak złudność naszej upartyjnionej demokracji. Dawniej pozwalała ona wyższemu stanowi czerpać korzyści i apanaże, a dziś służy wąskiej grupie „arystokracji politycznej”, rozgrywającej między sobą swe polityczne boje o władzę, a więc o płynące stąd zaszczyty i pieniądze.

Kariera Soplicy, który wspina się od zaścianka do zasobnej egzystencji na kilku tłustych folwarkach, jako najpierw pokojowiec Ogińskich, potem pełnomocnik sądowy i klient Radziwiłłów, zawsze uległy i posłuszny, padający do nóg, ściskający za kolana swoich dobrodziejów i protektorów, przypomina kariery wielu naszych polityków, zależnych od liderów partyjnych. Seweryn Soplica, typowy sarmacki warchoł i gawędziarz, jest klasycznym przedstawicielem mas szlacheckich ówczesnej Nowogródczyzny. Wszystko, co o nim wiemy, da się odnieść do środowiska, w którym żyje, które go ukształtowało i któremu pozostaje wierny. W przeciwieństwie do współczesnych „Pamiątkom” młodych romantyków, takich jak Zan, Mickiewicz, uważa on swój zastany i dobrze rozpoznany świat za wspaniały, nie widzi potrzeby „by ruszyć z posad bryłę świata”. Pomaga mu w tym ugruntowany światopogląd Polaka – katolika. Nic więc dziwnego, że był najgorętszym propagatorem konfederacji barskiej, a jego bohaterami stali się dwaj jej uczestnicy, chłop Pawlik, eks-rozbójnik, ustylizowany na Wołyńskiego Janosika oraz niczym legendarny Bogdan Chmielnicki, Kozak Sawka, pod komendą którego przyszło mu służyć.

Nieskomplikowana mądrość życiowa, zawarta w maksymie: „czyj się chleb je, tego bronić trzeba”, stanowiła główną wskazówkę postępowania Sopliców wobec Radziwiłłów. I nie było to efektem cynizmu, czy wyrachowania. Gmin szlachecki, choć w teorii i we własnym mniemaniu na zagrodzie równy wojewodzie, w praktyce uważał magnata za istotę nieporównywalnie wyższą, szczerze go uwielbiał i równie szczerze ubierał w wyimaginowane cnoty.

Czy trzeba szukać ze świeczką przykładów w naszym współczesnym świecie politycznym takiego płaskiego wazeliniarstwa? Tylko że dziś nie da się powiedzieć, że nie ma w tym cynizmu i wyrachowania. Ale współczesny ogół wyborców niewiele się różni od sarmackiego. Tak samo jest bezkrytyczny i łatwowierny, ulega zbyt łatwo propagandowym sztuczkom bilbordów, medialnym trikom i sloganom. Niestety, w obecnie funkcjonującym systemie wyborczym jest zdeterminowany w najlepszym przypadku na wybór mniejszego zła, a w gorszym – na wybór pomiędzy dżumą i cholerą. Nie będę się rozwodził o ordynacji wyborczej, dokumencie perfidnie ułożonym przez naszych wybrańców, którzy okazali się na tyle inteligentni, by zbudować fundamenty do swojej nieusuwalności (aż do śmierci). Przykro mi, ale wszystkie słowa krytyki, apele i postulaty pod adresem posłów i senatorów są przysłowiowym uderzeniem grochem o ścianę. Pokąd nie będzie zmian, które przekonają wyborcę, że jego głos się liczy (dlatego trzeba brać udział w wyborach lub referendach), potąd zapewnienia o naszej demokracji nie przestaną być haniebną spuścizną sarmackiej, potem zaś PRL-owskiej przeszłości.

Z czasów Rzeczpospolitej szlacheckiej wywodzi się hasło – idea sprawujących władzę: Polska nierządem stoi! I tak się składa, że powróciło ono w całej swej okazałości. Paraliż Trybunału Konstytucyjnego, a w dalszej kolejności całego wymiaru sprawiedliwości, nieliczenie się z głosem opozycji sejmowej, z akcjami protestacyjnymi na ulicach miast, oskarżanie ludzi broniących wolności i konstytucji o rebelię antyrządową, wszystko co nam zgotowała partia wodzowska o absurdalnej w stosunku do tego co robi nazwie – Prawo i Sprawiedliwość, jest lustrzanym odbiciem anarchii i bezprawia czasów Rzeczpospolitej z końca XVIII wieku. A czym to się skończyło nie trzeba chyba przypominać…

Nie próbuję rozwijać dalej tego tematu, felieton prasowy nie jest najlepszym miejscem na tego rodzaju dywagacje. Na temat Rzeczpospolitej szlacheckiej mamy obecnie mnóstwo interesujących książek. Zdumiewające jest to, że wciąż nie potrafimy z naszej historii wyciągać sensownych wniosków.

Stanisław Michalik

Tagi: ,