Terroryzm po polsku

Polecamy14 czerwca, 2016

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Mocno intryguje mnie sprawa wrocławskiego „bombera”, studenta III roku inżynierii mechanicznej na wydziale chemii Politechniki Wrocławskiej, a więc – zdawałoby się – człowieka inteligentnego. Zanim zrealizował swój zamiar, długo się do niego przygotowywał, więc cały czas zastanawiam się, dlaczego swoją bombę umieścił w jaskrawożółtej torbie? Przecież nawet już absolwenci szkoły podstawowej wiedzą co to jest monitoring miasta, a tenże „terrorysta” zachowywał się tak, aby był jak najbardziej zauważalny, czyli łatwy do namierzenia, umożliwiający szybki sukces policji. Coś mi tu nie gra i zastanawiam się, czy nie ma to aby jakiegoś związku z wprowadzeniem w życie tzw. ustawy antyterrorystycznej, którą społeczeństwo przyjęło bardzo nieprzychylnie.

Przypomina mi się sprawa rozmieszczenia – 20 października 2005 r. – trzynastu atrap ładunków wybuchowych na ulicach Warszawy, tuż przed drugą turą wyborów na urząd prezydenta RP (23.10.2005), które – jak wiadomo – wygrał Lech Kaczyński. Ówcześni „warszawscy terroryści” swoje ładunki oznaczyli łatwo dostrzegalnym napisem „nie dotykać”, chyba tylko po to, aby – tak jak tą jaskrawożółtą torbę – szybko zlokalizować. Pierwszego terrorystę, a w zasadzie jego atrapę, zatrzymano 4 listopada 2006 roku, a więc rok po zdarzeniu, co zostało okrzyknięte wielkim sukcesem policji. Następnych sprawców (siedem osób) zatrzymano 11.11.2009 r. na gorącym uczynku, kiedy podkładali kolejną atrapę na ul. Senatorskiej w Warszawie.

Z następnym zamachem, a w zasadzie jego zamiarem, mieliśmy do czynienia w przypadku Brunona K. ps. Doktor, który ponoć zamierzał wysadzić budynek polskiego Sejmu w czasie jego sesji z udziałem prezydenta i premiera (przypomnę: Bronisława Komorowskiego i Donalda Tuska). Został zatrzymany 9 listopada 2012 roku. Z dostępnych informacji prasowych wynika, że w zasadzie miał tylko taki zamiar (opowiadał o tym swoim znajomym), a – zgodnie z polskim kodeksem karnym – sam zamiar nie jest karalny. Aby można było postawić mu zarzuty karne, wskazano, że utworzył grupę przestępczą o charakterze zbrojnym, w skład której, poza nim, wchodzili trzej agenci ABW i jeden tajny współpracownik tych służb. Zgodnie z polskim kodeksem karnym, karalne jest samo członkostwo w takiej grupie, bez konieczności dokonania jakiegokolwiek czynu zabronionego. Jednakże przed sądem stanął sam Brunon K. (również chemik). W toku śledztwa nie odnaleziono ani broni, o której posiadanie był oskarżony (35 sztuk), ani transportera opancerzonego, jak również materiałów wybuchowych, które miały być użyte w zamachu. I tylko na marginesie dodam, że sprawa ta wybuchła zaraz po tym, gdy rządzący (PO-PSL) zapowiedzieli wprowadzenie zmian w ustawie o ABW, które odbierały tej służbie uprawnienia śledcze. Proces, który rozpoczął się 28 stycznia, trwa do dziś i w zasadzie nikogo już nie interesuje. Ciekawe dlaczego?

Lecz nie tylko w III RP mieliśmy do czynienia z polskimi terrorystami, bo tacy występowali również w czasach PRL. Przypomnę te najważniejsze. Nieudany zamach na I sekretarza KC KPZR Chruszczowa i I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułkę, przeprowadzony 15 lipca 1959 roku w Zagórzu, obecnej dzielnicy Sosnowca. I również nieudany zamach na Gomułkę, przeprowadzony w tym samym mieście 3 grudnia 1961 roku. Sprawcą ich był (wpadł po drugiej próbie) Stanisław Jaros (elektryk), skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 5 stycznia 1963 roku. Kolejny (tym razem udany) akt terroryzmu miał miejsce 6 października 1971 roku w Opolu, dokonany przez dwóch pracowników naukowych tamtejszej Wyższej Szkoły Pedagogicznej, którzy w auli tej uczelni podłożyli, a następnie odpalili ładunki wybuchowe. Na szczęście nikt nie ucierpiał. 7 października w auli tej miała się odbyć uroczysta akademia z okazji Dnia Milicjanta, w trakcie której miano wręczać nagrody i odznaczenia funkcjonariuszom tłumiącym protesty na wybrzeżu w grudniu 1970. Wybuch, który przypadkowo nastąpił o godz. 0:40, poważnie uszkodził aulę, małą część zasobów bibliotecznych oraz bufet. Wyleciał w powietrze dach auli i zapadła się podłoga. Sprawców: Jerzego i Ryszarda Kowalczyków (obydwaj doktorzy fizyki) zatrzymano po pięciu miesiącach. Jerzy Kowalczyk skazany został na karę śmierci, a Ryszard na 25 lat pozbawienia wolności. Wyroki te wzbudziły protesty wśród niezależnej opinii publicznej w Polsce (wiadomo, zamach był na funkcjonariuszy MO i osób z ekipy rządzącej, a więc rzec można, że dozwolony) i w krajach zachodnich. Petycję, w której domagano się złagodzenia kar dla braci podpisało 6 tys. Polaków, w tym ludzie kultury, sztuki i Kościoła. Działania te m.in. spowodowały, że władza ustąpiła i 19 stycznia 1973 roku Rada Państwa wydała akt łaski zamieniając Jerzemu Kowalczykowi wyrok kary śmierci na karę 25 lat więzienia. W kolejnych latach obydwaj zostali warunkowo zwolnieni z więzień: Ryszard w 1983 r., Jerzy w 1985 r. Obecnie, w demokratycznej i kochającej prawo i sprawiedliwość III RP, owi terroryści traktowani są jako bohaterowie walki z „komunistycznym terrorem”. Na marginesie dodam, że straszny musiał to być terror, na co wskazują losy wyroków tychże zamachowców. Następny zamach miał miejsce 19 kwietnia 1979 r. gdy nieznany do dzisiaj sprawca zdetonował dwa ładunki wybuchowe pod pomnikiem Lenina w Nowej Hucie. Eksplozja była tak potężna, że w pobliskich domach wyleciało kilkaset szyb. Sam monument ucierpiał jednak niewiele. Uszkodzeniu uległa jedynie pięta. Dokonywania zamachów bombowych planował też dzisiejszy poseł z PO Stefan Niesiołowski, który w 1970 roku wymyślił akcję podpalenia muzeum Lenina w Poroninie i wysadzenia pomnika twórcy komunizmu. Jednakże Służba Bezpieczeństwa wpadła na trop organizacji („Ruch”) i aresztowała jej członków. Założyciel i liderem tej organizacji (Stefan Niesiołowski) został skazany na siedem lat więzienia.

Także Wałbrzychu mieliśmy przypadek skutecznego zamachu terrorystycznego, dokonanego w połowie lat 80-tych XX wieku, przez dwóch młodych mieszkańców Świebodzic. Jego sprawców udało się nam (grupa w składzie kpt. Jerzy Konarzewski i kpt. Franciszek Korbal i por. Janusz Bartkiewicz) ustalić i zatrzymać. Zamach ten polegał na odpaleniu bomby własnej konstrukcji (odpalonej za pomocą czasomierza), podłożonej pod milicyjną „nyskę”, stojącą na parkingu ówczesnego Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych przy ul. B. Chrobrego, czyli dzisiejszej Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu. Ale o tym na łamach Tygodnika DB 2010 już pisałem.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,