Dwie sprawy

Polecamy8 czerwca, 2016

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Dzieje się tyle, że nie wiem o czym pisać w pierwszej kolejności, ponieważ praktycznie każdego dnia wydarzenia sypią się, jak ów piasek z rozdartego worka Grzesia. Z braku miejsca odniosę się więc do dwóch wydarzeń, całkowicie odmiennych od siebie i – być może, a w zasadzie na pewno – o bardzo zróżnicowanej wadze gatunkowej.

Zacznę od zdarzenia lżejszego, co nie znaczy, że mało ważnego. Otóż przeczytałem kilka dni temu w tygodniku „Przegląd” (z 23-29.05.br.) felieton znanej wrocławskiej literatki Agnieszki Wolny-Hamkało, która opisuje swoją niedzielną rodzinną wycieczkę (samochodem) do Wałbrzycha, aby nacieszyć się spektaklem „Schubert”, granym na scenie Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu. Nie będę opisywał tego, co Pani Wolny Hamkało napisała. Niech przemówi sama:

„Wałbrzych jest pusty jak dekoracja po zejściu ekipy filmowej z planu. (…) Wspinamy się ciemną uliczką przez 15 minut i nie spotykamy nikogo. Z zimnych bram czuć charakterystyczny odór amoniaku. Dopiero w jakimś podwórku słychać śmiech: dwoje dzieci bawi się w piaskownicy. To wszystko. Intuicyjnie szukamy jakiegoś centrum, jakiegoś miejskiego totemu w postaci kościoła, ratusza, albo chociaż fontanny. Bo każde miasto ma takie umowne serducho. Jest: plac, fontanna, Żabka i kilka ławek. (…) Wypijam piwo (…) szukamy teatru.”

Okazało się, że autorka felietonu pomyliła się, ponieważ sztukę „Schubert” grano w Starej Kopalni. Jedzie więc tam za samochodem reżysera Marcina Liber i na szczęście zdążają jeszcze przed rozpoczęciem. Ale zanim zasiądą na wykupionych miejscach, muszą jeszcze raz zetknąć się z ponurą wałbrzyską rzeczywistością:

„(…) wsiadam posłusznie do auta i jedziemy maleńkim konwojem pod kopalnię. Jest niesamowicie. Parkujemy pod jakąś starodawną maszyną na wielkim porośniętym perzem placu. Reprezentujemy jedyne auto, które tam parkuje. Wokół cała groźna, bujna natura, która sprawia, że do Wałbrzycha, tego mrocznego miasteczka, wyglądającego jak dziwna multiplikacja wielu małych miasteczek, zawsze chętnie się wraca. (…) Wracamy drogą przez pola. Rzepak kwitnie wściekle i znów jest psychodeliczne.”

Czytając ten opis Wałbrzycha zastanawiałem się, czy ja mieszkam w nim, czy być może to tylko taka moja psychodeliczna projekcja. Bo widzę go całkiem inaczej. A tak naprawdę, to odnoszę wrażenie, że szanowna literatka w Wałbrzychu chyba nie była i dlatego zwracam się do pana prezydenta Szełemeja z apelem, aby panią A. Wolny-Hamykało do naszego miasta zaprosił i aby tę wizytę uczynić dla wałbrzyszan atrakcyjną, organizując wycieczkę, której przewodnikiem będzie ona sama, by jej uczestnikom pokazać trasę owej peregrynacji do teatru i Starej Kopalni. Pierwszy się na taką imprezę zapisuję.

Druga sprawa dotyczy planowanych hucznie przez opozycję (w tym KOD) obchodów 25 rocznicy pamiętnych wyborów w dniu 4 czerwca 1989 roku. Rządzące PiS rocznicę tę – jak zwykle – raczej przemilczy, więc daję mu spokój. Nie mogę natomiast przejść do porządku dziennego nad tym, co z rocznicą ową wyprawia przede wszystkim Platforma Obywatelska i jej propagandowa tuba, czyli Gazeta Wyborcza. Otóż środowiska te zapowiadają huczne obchody tejże rocznicy (a nawet marsze jakoweś), w GW pojawiają się wspominki tamtego dnia, jak również liczne komentarze i analizy. I cóż z tego wynika? Ano to, że 4 czerwca 1989 roku tak zwana demokratyczna opozycja odniosła niezwykłe zwycięstwo, wygrywając wybory parlamentarne, przez co wredną komunę odesłano na śmietnik historii. A jak to się stało, zapyta ktoś, kto ma krótką pamięć, albo się zbyt późno urodził. Stało się tak, że obywatele wzięli i zorganizowali wolne wybory, po czym poszli do urn i odnieśli znakomitą wiktorię, nie przymierzając, jak Jagiełło nad wrażym Krzyżakiem i Sobieski nad Turczynem pospołu. I kiedy pan były prezydent Komorowski znów (jak od lat) rozpocznie swoje rocznicowe czary mary, kiedy media sprzyjające PO, KOD i Nowoczesnej, zachłysną się wspomnieniem tego Wielkiego Zwycięstwa, ja, skromny mieszkaniec Wałbrzycha, chciałbym przypomnieć tylko kilka faktów, które ci świętujący wstydliwie (???) wycierają z przestrzeni publicznej pamięci.

Otóż, aby do wyborów w dniu 4 czerwca 1989 r. doszło, musiał najpierw Generał Jaruzelski, przy pomocy wiernych mu współpracowników (gen. Kiszczak, premier Mieczysław Rakowski, minister Stanisław Ciosek, Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller i wielu innych) doprowadzić do obrad Okrągłego Stołu, gdzie następnie przez długie dni uzgadniano „wygląd” przyszłej Polski. I aby to zrealizować, musiał W. Jaruzelski i Cz. Kiszczak, wraz z M. Rakowskim zagrozić, że zrzekną się wszystkich partyjnych i państwowych funkcji, aby partyjny beton w KC PZPR przełamać i do rozmów z opozycją doprowadzić. Do rozmów tych ludzie tzw. ówczesnej opozycji (z Lechem Wałęsą na czele) niezbyt się palili i dopiero trzeba było nacisku Kościoła, aby do nich w ogóle doszło. Ale to dzięki tym okrągłostołowym ustaleniom, to dzięki reformatorom z PZPR, te pierwsze wolne wybory miały miejsce, o czym dzisiejsi politycy z PO, Nowoczesnej i KOD nie chcą jakoś pamiętać i liczą na bardzo krótka pamięć Polaków. Niestety (dla nich, oczywiście), ja pamięć mam bardzo dobrą.

Pamiętam, że czerwcowe zwycięstwo nie było tak oszołamiające. Bo przecież zgodnie z ustaleniami, rządząca koalicja (PZPR, ZSL i SD) miały zagwarantowane w przyszłym sejmie 299 miejsc, czyli stanowiliby 65% większość parlamentarną. Pozostałe mandaty poselskie w liczbie 161 (35%) zostały przeznaczone dla kandydatów bezpartyjnych. Natomiast sławetna „lista krajowa” dotyczyła tylko 39 miejsc poselskich, które przypadać miały członkom władz PZPR, ZSL, SD, „Pax”, UChS, PZKS i PRON. Ich wybór nastąpiłby w przypadku nieskreślenia ich na listach, co niestety (dla nich) się nie udało i nawet w zagranicznych ambasadach wszyscy zostali skreśleni. A przecież w tych ambasadach nie pracowali członkowie solidarnościowej opozycji, więc jakie to ich zwycięstwo? Dzisiejsza prawica powinna raczej dziękować za to członkom PZPR, którzy w ambasadach tych pracowali, bo partyjna nomenklatura nie przewidywała takich miejsc pracy dla bezpartyjnych i dla ówczesnej opozycji.

Dzień 4 czerwca winien zatem być obchodzony jako wspólne święto dawniejszej władzy (PZPR) i dzisiejszej opozycji (PO, Nowoczesna, KOD), albowiem zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami Zgromadzenie Narodowe wybrało gen. Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta, który osoba swą gwarantował, że wprowadzone zmiany polityczne nie zostaną przez partyjny (PZPR) beton zerwane. A takie obawy były niezwykle mocne. Prawdziwe zaś zwycięstwo dawnej solidarnościowej opozycji przyniosła zdrada – 17 sierpnia 1989 roku – ZSL i SD, które zerwało koalicję z PZPR przez co umożliwiło powołanie rządu Tadeusza Mazowieckiego. Czy w III RP każda zdrada musi być tak hołubiona?

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,