Ulica Dworcowa

Polecamy18 maja, 2016

 

bohun bartkiewicz O absurdach naszego życia publiczno-politycznego pisałem w tym miejscu w ubiegłym tygodniu, ale temat jest jak rzeka szeroki, więc powrócę do  niego, bo warto. Czynię tak, bo „nie idzie zdzierżyć” – jak drzewiej mawialiśmy, kiedy ktoś bzdury opowiadał – kiedy słyszy się niesamowite horrenda  wygłaszane codziennie przez rozmaitych polityków, których fizjonomia zaczynie już niedługo śnić mi się po nocach. Jeszcze trochę, a zacznę budzić się  z krzykiem, a na dodatek zlany potem od stóp do głowy.

Nie dalej jak wczoraj (09.10.br.) przysłuchiwałem się przekrzykiwaniu dwóch przedstawicieli narodu, których do studia zaprosiła red. Justyna Pohanke z TVN24 („Fakty po faktach”), Poszło, jak zwykle, o Trybunał Konstytucyjny, a konkretnie o rozmowy, jakie z sędzią Andrzejem Rzeplińskim prowadził jakiś wysłannik prezesa Jarosława. Przypomnę w kilku słowach w czym rzecz. Otóż prezes Trybunału Konstytucyjnego A. Rzepliński został pisemnie wezwany przez ministra finansów, aby przed 13 maja raczył nie wypowiadać się publicznie o problemach tegoż Trybunału, bo właśnie 13 maja agencja ratingowa Moodys ogłosi aktualną ocenę wiarygodności kredytowej RP, więc wypowiedzi prezesa TK mogą interesom finansowym Polski mocno zaszkodzić. Odnosząc się do tego listu, zaznaczę tylko, że znani polscy publicyści, zarówno akt wysłania, jak i treść listu uważają za jakiś niewyobrażalny absurd. Plus dla mnie. Ale nie o to chodzi. Komentując sprawę owego listu, prezes Rzepliński poinformował, że nawiązał z nim kontakt ktoś, kogo nazwiska nie może wymienić, kto – twierdząc, że ma odpowiednie umocowanie od prezesa Jarosława – oferował się jako mediator w sporze o Trybunał Konstytucyjny. Na takie dictum ostro zareagował m.in. Adam Bielan, aktualny senator RP, który właśnie we wspomnianym wyżej programie „Fakty po faktach”, zarzucił prezesowi Rzeplińskiemu zwyczajne kłamstwo, albowiem – dowodził z błyskiem w oku – nikt się z prezesem TK nie spotykał. Nie ważne było, że A. Rzepliński mówił o rozmowie telefonicznej, a nie spotkaniu, bo ten tak oczywisty argument do głowy senatora Bielana nijak przebić się nie był w stanie. Twierdząc, że A. Rzepliński kłamie, A. Bielan poinformował telewidzów, że faktem jest, iż jakaś „osoba zagraniczna”, której nazwiska nie może ujawnić (sic!), zaoferowała swą pomoc w mediacjach pomiędzy prezesem Jarosławem, a prezesem Andrzejem, aby sprawy Trybunału do końca szczęśliwie pozałatwiać. Senator Bielan oświadczył, com na własne uszy słyszał, że „zgodziliśmy się na to”, a ponieważ w PiS zgodzić się „na to” może tylko jedna osoba, to naturalnym jest, iż dzwoniący do prezesa TK MUSIAŁ go poinformować, że dzwoni z upoważnienia prezesa Jarosława, albowiem – zgodnie z informacją przekazaną przez A. Bielana – osoba ta MUSIAŁA zostać o stanowisku prezesa Jarosława powiadomiona. Chodzi przecież o jakąś bardzo ważną w Europie personę, a więc gdyby nie miała – nawet ustnego pełnomocnictwa – to by do prezesa Rzeplińskiego nie dzwoniła. I kto tu kłamie i ośmiesza się w oczach społeczeństwa, panie senatorze Bielan? Ujawnienie tego zdarzenia bardzo mocno w PiS uderzyło, bo oto suweren dowiedział się, iż prezes Jarosław na jakieś tajne konszachty się zgadza, chociaż oficjalnie pokazuje swą niesamowicie pryncypialną twarz i takoż same stanowisko. Nie wiem, co będzie się działo, jak okaże się, iż tą „ważną osobistością z Zachodu” był – tfu, na psa urok – jakiś rodak kanclerki Angeli. Toć nie po to tak długo i głośno prezes Jarosław i jego najwierniejsi wojownicy prawili, że żadne wraże, obce siły w nasze polskie sprawy mieszać się nie mają prawa. A tu masz, despekt taki. I dlatego chyba senator Bielan tak absurdalne facecje prawił, nie zważając wcale, iż mocno ujmują jego powadze.

Kolejnym absurdem, tym razem sprokurowanym nam wspólnie przez POPiS (bo on nadal istnieje), jest tzw. dekomunizacja polskiej przestrzeni publicznej, a konkretnie ulic i placów, która nam uszykował PiS pospołu z Platformą Obywatelską. Zgodnie z przepisami ustawy, samorządy będą miały rok na usunięcie z przestrzeni publicznej nazw upamiętniających osoby, organizacje, wydarzenia i daty symbolizujące komunizm lub go propagujące. Prawda jak ważne to zadanie? Przecież władze i samorządy nie mają nic ważniejszego do roboty, nic pilniejszego do sfinansowania, jak wyprodukowanie tysięcy nowych tablic z nazwami ulic i placów, a także sfinansowania wszelkich innych kosztów (np. wymiana dowodów rejestracyjnych i innych dokumentów, w których podane są nazwy dekomunizowanych ulic i placów), do czego owa ustawa ich zobowiązuje. Zgodnie ze wskazówkami Instytutu Pamięci Narodowej, takimi symbolami komunizmu są np. licznie jeszcze patronujący ulicom i placom historyczne postaci ruchu socjalistycznego, który nigdy z komunizmem nie miał nic wspólnego, a zdarzało się bardzo często, iż mu się mocno przeciwstawiały. Jedną taką bardzo ważną osobowością z socjalistycznym rodowodem jest wielbiony przez Prawdziwych Polskich Patriotów marszałek Józef Piłsudski, od 1892 członek Polskiej Partii Socjalistycznej i jej przywódca w kraju, twórca Organizacji Bojowej PPS, który wprawdzie później (1919) z PPS wystąpił, ale za to w tym samym roku desygnował na pierwszego premiera II RP socjalistę Ignacego Daszyńskiego, twórcę i premiera socjalistycznego Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej (1918). Ponadto, dokonując w maju 1920 roku wojskowego zamachu stanu, uzyskał istotne i faktyczne poparcie nie tylko PPS, ale także Polskiej Partii Komunistycznej, której Komitet Centralny wzywał robotników do walki po stronie Piłsudskiego, przeciwko „faszystowskim rządom Chejno-Piasta”, czyli legalnie i demokratycznie wybranemu polskiemu rządowi. Będąc osobą szanująca obowiązujące prawo, publicznie zgłaszam wniosek do Pana Prezydenta Romana Szełemeja o usunięcie tej postaci, jako patrona wałbrzyskich ulic i placów. W ramach dekomunizacji tych miejsc, zgłaszam taki sam wniosek odnośnie Anatolija Dworcowa (1877 – 1958), komunistycznego aparatczyka i filozofa socjalizmu, bliskiego przyjaciela i współpracownika Lenina oraz Stalina. A. Dworcow był budowniczym linii kolejowej Leningrad-Kraków, która została ukończona w 1931 roku (czy aby nie po to, by sowieckie wojska mogły łatwiej Polskę najechać?) i na tę okazję wybudowana została stacja Kraków – Płaszów, a ulicę do niego przylegającą, nazwano ulicą Dworcowa. Dlaczego zatem w Wałbrzychu Dworcow ma być w dalszym ciągu patronem ulicy w wałbrzyskim Śródmieściu? Dlaczego PiS w tej sprawie milczy? Wzywam was do czynu!

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,