Nasze odwieczne paradoksy

Polecamy20 kwietnia, 2016

SONY DSCSłyszymy wszędzie: świat idzie z postępem, doświadczamy żywiołowego rozwoju cywilizacyjnego, jesteśmy coraz bliżej poznania tajemnic wszechświata. Zgadzamy się z tym wszyscy. Elektronika zrewolucjonizowała nasze życie codzienne. To co obserwujemy w marketach z mediami potrafi oszołomić, tak samo jak zdumiewający postęp w budownictwie, w komunikacji, w infrastrukturze komunalnej.

Gorzej jest w sferze społecznej, w mentalności ludzkiej. Na tym polu dominuje constans, jakikolwiek ruch do przodu wydaje się nieosiągalny.

W rozdziale piętnastym książki Andrzeja Sapkowskiego „Narrenturm” czytam o średniowiecznym mieście Świdnicy, co następuje:

„Jak każde większe miasto na Śląsku, Świdnica karą grzywny groziła każdemu, kto poważyłby się wyrzucać na ulicę śmieci bądź nieczystości. Nie wyglądało jednak na to, by zakaz ten egzekwowano przesadnie surowo, wręcz przeciwnie, widać było że nikt nic sobie z tego zakazu nie robi”.

I dalej autor książki maluje szkaradny obraz miejskich ulic tonących w błocie, brudzie, odchodach ptactwa domowego, psów, kotów, a nawet kwiczących wieprzy.

Od tamtych czasów minęło circa sześćset lat, świdnickie ulice są wyasfaltowane, chodniki i place wybrukowane, ale problem śmieci wyrzucanych przez ludzi gdzie popadnie pozostał niewzruszony, tak samo jak egzekwowanie zakazów dotyczących czystości miasta i terenów podmiejskich. Oczywiście dotyczy to nie tylko Świdnicy. Nie lepiej jest w Wałbrzychu i w całym regionie wałbrzyskim, a także w innych obszarach Dolnego Śląska i całego kraju. Wydaje się, że problem zapewnienia porządku i czystości, tak samo jak ochrona środowiska naturalnego przerasta możliwości administracyjne władz państwowych i samorządowych.

Obserwuję na co dzień co się dzieje w moim mieście wokół pojemników śmieciowych w związku z wprowadzeniem segregacji śmieci. Niestety, są wszędzie bezmózgowcy, nie waham się tak ich nazwać, którzy zwożą lub znoszą wszystko co popadnie, wyrzucając to wokół pojemników. Firma wywożąca zawartość pojemników tego nie ruszy, bo taką ma umowę z gminą. Gminy nie stać na sprzątanie non stop, nie tylko zresztą wokół śmietników, bo wszelkiego rodzaju opakowania, butelki, pojemniki można spotkać porozrzucane wszędzie. Najwięcej nad rzekami, w pobliskich zagajnikach, lasach, przydrożnych kępach drzew i krzewów. Nie stać gminy na egzekwowanie zakazów, bo do tego potrzebne byłyby odpowiednie służby porządkowe, monitoring elektroniczny i jasne przepisy prawa.

Niestety, wobec masowego zalewu opakowań i zwielokrotnionej ilości zużytych mebli, sprzętów domowych, odzieży, materiałów budowlanych, itp. jesteśmy po prostu bezradni i nieprzygotowani. Nie nadążają za tym wszystkim zmiany w świadomości ludzkiej, a od tego należałoby zacząć.

Podejrzewam, że za kilka kolejnych wieków, to co napisałem powyżej może znów posłużyć za argument potwierdzający formułowaną od lat tezę, że najtrudniej jest ucywilizować człowieka.

Ale znajduję maleńki promyk optymizmu. Znaleźli się w Wałbrzychu inicjatorzy niezwykle pożytecznej akcji obywatelskiego sprzątania miasta na Wiosnę, w tym roku – 9 kwietnia. Nasza gazeta – Tygodnik DB 2010 – gorąco zachęciła do tego i okazuje się, że apel nie poszedł na marne. W wielu dzielnicach, w parkach, na placach zabaw, na ścieżkach spacerowych pojawili się wspaniali mieszkańcy miasta z narzędziami i ochotą do zrobienia porządku. To jest rzecz godna szacunku i uznania, nie da się jej wycenić, bo obok efektów praktycznych pozostaje jeszcze ziarno zasiane w świadomości uczestników, a także obserwatorów. To nie jest tak, że to co publiczne, to już nie nasze, że nas to nic nie obchodzi, nich tym zajmuje się miasto. A przecież miasto, to my. To nie prezydent naśmiecił, a wiadomo że samorząd miejski ma na co wydawać publiczne pieniądze, niekoniecznie na ustawiczne sprzątanie. Ale to już jest osobny temat i myślę, że warto do niego wracać.

A teraz – dla poprawy intelektualnej wartości mojego felietonu  – posłużę się przykładem kolejnego paradoksu.

W którymś tam z kolejnych linków w facebooku przeczytałem dający wiele do myślenia aforyzm:

Ateista czyta Biblię i w nią nie wierzy, katolik nie czyta Biblii i w nią wierzy. Dlatego lepiej być ateistą.

Pomyślałem, że w czasach współczesnych najpewniej jest tak, że ani ateista, ani katolik nie czytają nie tylko Biblii. W ogóle z czytaniem czegokolwiek jest teraz coraz to gorzej, a jeszcze gorzej z czytaniem ze zrozumieniem. Wystarczy nam video i fonia. Po co męczyć oczy nad wolumenami Pisma Świętego, którego geneza, archaiczny język i wieloznaczność sentencji są równie zagadkowe jak życie na Marsie lub innych planetach. W telewizji nam powiedzą to co trzeba zrozumiałym językiem, albo puszczą panelową dyskusję na temat czytelnictwa Biblii z udziałem polityków, czyli ciągle tych samych, zużytych, skompromitowanych, jałowych gęb telewizyjnych, które nasycą rozmowę osobistymi aluzjami, przekrzykiwaniem się i sarkazmem.

W książce Sapkowskiego w tym samym rozdziale, o którym wspomniałem na wstępie jest opisane interesujące spotkanie w świdnickiej oficynie wydawniczej z tajemniczym przybyszem z Moguncji, bakałarzem uniwersytetu w Erfurcie, Janem Gutenbergiem. Ten będący przejazdem w Świdnicy uczony i wydawca książek, zdecydował się ujawnić zagadkę swego wynalazku. W toku rozmowy niemiecki wizjoner przekonywał, że stosując jego technikę drukarską można będzie w krótkim czasie wydrukować nawet tak olbrzymie dzieło jak Biblia:

„Bo wyobrazić sobie chciejcie, cni panowie, uczone księgi w dziesiątkach, a kiedyś, jakby śmiesznie to dziś brzmiało, może i w setkach egzemplarzy! Bez uciążliwego i wieki trwającego przepisywania! Mądrość ludzkości wydrukowana i dostępna!”

Ale wizja Gutenberga nie trafiła do przekonania świdnickich gospodarzy, a niejaki Szarlej wyraził to dobitnie:

– Cóż to, panie Gutenberg, nie wiecie co w tym względzie orzekli ojcowie soborowi? Sacra pagina winna być przywilejem duchownych, tylko oni bowiem są zdolni ją zrozumieć. Wara od niej świeckim gębom… Świeckim, nawet tym wykazującym szczątkowy rozum wystarczą kazania, lekcje, ewangelia niedzielna, wypisy, opowieści i moralitety. A ci całkiem ubodzy duchem niechaj poznają Pismo na jasełkach, miraklach, pasjach i drogach krzyżowych, śpiewając laudy i gapiąc się w kościołach na rzeźby i obrazy. A wy chcecie wydrukować i dać tej ciemnocie Pismo Święte? Może jeszcze przetłumaczone z łaciny na język ludowy? Żeby każdy mógł je czytać i interpretować po swojemu?

A dalej:

– Plunąwszy na dogmaty, doktryny i reformy – powiedział – stwierdzam, że jedno mi się podoba, jedna myśl cieszy mnie ogromnie. Jeśli waszmość swym wynalazkiem ksiąg nadrukujesz, to a nuż ludzie zaczną uczyć się czytać, wiedząc że jest co czytać. Wszak nie tylko popyt rodzi podaż lecz vice versa. Na początku było wszak słowo, in principio verbum. Warunkiem jest oczywista, by słowo, czyli księga, była tańsza jeśli nie od talii kart, to od gąsiora wódki, jako że to jest kwestia wyboru.

I w ten oto sposób uznali wszyscy obecni w świdnickiej oficynie, że wynalazek Gutenberga może okazać się epokowy.

Był – jak wiemy – epokowy. Do dziś trudno sobie wyobrazić nasze życie bez drukowanej książki. Ale jeszcze jeden wniosek się nasuwa z tej rozmowy. Otóż ten, że dziś – niestety – książka jest droższa i od talii kart i od gąsiorka wódki. Czyżby to było przyczyną, że generalnie nie czytamy Biblii?

Pocieszam się, że przynajmniej parę osób po przeczytaniu tego felietonu, ruszy szturmem do lektury Starego Testamentu. A jeśli nie do biblii, to przynajmniej do tomików wierszy Zbigniewa Herberta, bo akurat większość polskich bibliotek patronuje akcji pod nazwą „podróże z Herbertem”. Zaś na amatorów prozy czeka nasz nieoceniony powieściopisarz Henryk Sienkiewicz, który właśnie został uznany przez Sejm za patrona roku 2016. A więc bierzmy się za czytanie, to naprawdę przemiłe zajęcie. Zachęcam gorąco – czytanie nie szkodzi!

Stanisław Michalik

Tagi: ,