Pokerszachy prezesa

Polecamy20 kwietnia, 2016

bohun bartkiewiczNie tak dawno zdrowo mi się oberwało od mojego już etatowego recenzenta i krytyka zarazem, Pana red. Andrzeja Basińskiego, kiedy pisałem o „geniuszu Jarosława Kaczyńskiego”. Oczywiście używając owego określenia korzystałem z prawa felietonisty, który na otaczającą go rzeczywistość ma prawo niekiedy spoglądać okiem złośliwego prześmiewcy. Oczywistym jest, że nie miałem żadnego zamiaru stawiać prezesa Jarosława w jednym szeregu z – dajmy na to – z Albertem Einsteinem, czy ze współczesnym mu Stephanem Hawkingiem, albowiem zamiarem moim było zwrócenie uwagi na niezaprzeczalny fakt, iż prezes Jarosław konsekwentnie i bezceremonialnie realizuje swój własny plan, w którym przewidział reakcje opozycji i UE, co mu pozwala na totalne ich lekceważenie.

Wracam do tematu, ponieważ „polityczny geniusz” prezesa ponownie się objawił, co spowodowało, że prezydent ponoć najpotężniejszego państwa na świecie, sam Barack Obama, został ograny jak naiwni bohaterowie, marnego zresztą filmu Olafa Lubaszenki „Sztos”. Aby w pełni tenże „geniusz” uzmysłowić należy nawet tylko pokrótce prześledzić kolejne ruchy w grze, jaką z opozycją (pośrednio z obywatelami) prezes Jarosław prowadzi. Mam wrażenie, że jest to praktyczne połączenie szlachetnych szachów z oszukańczym pokerem, bo w grze prowadzonej przez prezesa strategiczne planowanie szachisty, jak i kamienna twarz pokerzysty jest niezwykle istotne. A prezes mimikę niezbędną dla tych pokerszachów opanował w sposób zdaje się arcymistrzowski. Kiedy więc zbliżał się dzień, w którym (partyjna) podwładna prezesa miała jechać do Brukseli, aby przed Parlamentem Europejskim złożyć informację na temat kryzysu wywołanego w Polsce przez prezydenta, premierkę i parlament, czyli jednym słowem przez prezesa Jarosława, minister spraw zagranicznych natychmiast wysyła specjalne zaproszenie do Komisji Weneckiej, aby rozstrzygnęła po czyjej stronie sporu leży racja. I dzięki tej pokerszachowej zagrywce, będąca na funkcji premiera Beata Szydło informuje europarlamentarzystów, że nie ma specjalnie nad czym deliberować, bo sprawą zajmie się Komisja Wenecka, a jej orzeczenie będzie przedmiotem rządowych rozważań. Ufff … odetchnęli z ulgą europarlamentarzyści, a prezes Jarosław, tak jak znany z reklamy świstak, z uciechą wielką kolejną swą wygraną zawijał w sreberka propagandy. A jaki koń jest, każdy miał okazję zaraz później zobaczyć, kiedy okazało się, że Polska wstała z kolan i żadna obca siła najemna (czytaj: Komisja Wenecka) nie będzie prezesowi Jarosławowi mówiła, jak ma postępować. Kolejnym ruchem w tej grze była propozycja złożona prze prezesa Jarosława opozycji (parlamentarnej i tej spoza parlamentu, ale utrzymywanej z budżetu państwa), aby w imię utrzymania jedności narodu, podjąć dialog „o skutecznym rad sposobie”. Wspomniana opozycja na lep prezesa Jarosława dała się złapać, jak głodna miodu mucha i truchcikiem pobieżała, aby radzić, jak narastający kryzys rozwiązać. A przecież nie przypadkiem propozycja prezesa Jarosława padła akurat tuż przed rozpoczynającym się w Waszyngtonie szczytem bezpieczeństwa nuklearnego. O czym łacno przyszło się nam przekonać, kiedy tuż przed kolacją wydaną dla uczestników szczytu z całego świata, prezydent Obama zaczepił gdzieś z boku sali prezydenta Dudę, by zadać mu pytanie, „co tam panie w polityce”? Na co prezydent Duda odpowiedział mu w kilku zaledwie zdaniach, że „pisiory trzymają się mocno” i nawet zapoczątkowali dialog mający zmierzać do rozwiązania politycznego kryzysu. Ufff …. odetchnął uszczęśliwiony tą wiadomością prezydent USA i pośpiesznie oddalił się, aby z innymi głowami państwa spotkać się zgodnie z ustalonym planem kolacji. Na wieść o tym rządowe i inne okołopisowe media ogarnęło istne szaleństwo niewymownego szczęścia, bo oto, jak wieszczą, prezydent Obama z zadowoleniem zaakceptował koncyliacyjną postawę polskiego rządu. Rację ma przeto absolutną prezes Jarosław prawiąc, że w Polsce nie mamy do czynienia z jakimkolwiek prawnym kryzysem konstytucyjnym, a problem występuje jeno z politykami opozycji, której prezes właśnie zaproponował mediacje. Na te z góry zaplanowane pociągnięcia dał się nabrać, a więc w prosty sposób ograć nie tylko prezydent Obama, ale też ta zaproszona na rozmowy z prezesem Jarosławem polska opozycja, która nie zdała sobie sprawy, iż uczestnicząc w tych rozmowach zaświadcza bezpośrednio, że prezes Jarosław ma rację, iż o żadnym kryzysie prawnym nie ma co opowiadać.

A tak naprawdę jedynym podstawowym warunkiem podjęcia tych rozmów powinno być żądanie całej opozycji opublikowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie tzw. ustawy naprawczej dotyczącej funkcjonowania Trybunału, a także wydanie polecenia, aby prezydent zechciał zaprzysiąc wcześniej legalnie wybranych trzech sędziów Trybunału. To żądanie winno być warunkiem sine qua non, bez spełnienia którego żadne rozmowy prowadzone być nie mogą. Ale prezes Jarosław przewidział reakcję opozycji i taką kość do ogryzienia rzucił świadomie, z góry zakładając, że i tak realizować będzie tylko to, co sam sobie umyślił. Rzecz w tym, że opozycja jakby nie była świadoma, iż w sprawie stosowania prawa, na polskim gruncie prawnym, jakiekolwiek negocjacje są niedopuszczalne, bo zgodnie z obowiązującym porządkiem konstytucyjnym prawo MUSI BYĆ PRZESTRZEGANE, ponieważ w państwie prawa inaczej być nie może. Na tym opiera się demokracja, której zasady obce są systemom totalitarnym, w których prawo albo w ogóle nie obowiązuje, albo traktowane jest tylko jako parawan. W państwie demokratycznym każdy obywatel – niezależnie od jego pozycji społecznej, politycznej i materialnej – jak i każdy organ państwowy i jego funkcjonariusze, prawa muszą przestrzegać. Negocjacje powinny być zjawiskiem normalnym i pożądanym jedynie w kwestii uchwalania nowego prawa, czego przykładem niech będzie Konstytucja RP z 1997 roku, czy obowiązująca jeszcze ustawa z 1993 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Dopóki więc Konstytucja RP obowiązuje, ustanowiony przez nią system prawny musi być przestrzegany, ale i z tym problemem prezes Jarosław sobie poradził, doprowadzając Trybunał Konstytucyjny do pozycji „towarzystwa przyjaciół czarnej kawy”, którego zdanie prezesa Jarosława absolutnie nie obowiązuje, ani też nie ciekawi. Genialne w swej prostocie posunięcie. Nieprawdaż?

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,