Coming out w oparach

Polecamy13 kwietnia, 2016

rr_studio_s13_wroclawNadeszła wiosna. Wiosna to czas zmian. Idąc z duchem czasu, albo – jak kto woli – modą, zdecydowałem się zmienić coś w swoim życiu. Postanowiłem więc… ujawnić się. Bo ileż można się ukrywać?! Rodzina i niektórzy znajomi o tym wiedzieli. Wiedzieli też sąsiedzi, bo wypatrzyli to i owo z okien. Od czasu do czasu ktoś rozpoznał mnie na ulicy, niektórzy nawet wytykali palcami. Pięć ostatnich miesięcy to był jednak prawdziwy koszmar oczekiwania. A gdy wreszcie wokół eksplodowała wiosna, w końcu i we mnie odezwała się matka natura. Wbrew przestrogom i zdrowemu rozsądkowi postanowiłem, że nie będę się już więcej ukrywał. Wiadomo, można użyć odpowiednich strojów maskujących. Można używać na przykład kominiarki, elastycznego komina, okularów zakrywających pół twarzy i innych tego typu gadżetów. Tylko po co?! W imię czego? Politycznej poprawności?! Nie, to nie dla mnie!

I tak oto „nadejszla wiekopomna chwiła”. Tak, jestem nim… Jestem, jak to określił lata temu jeden z moich kolegów po fachu, dzieckiem… dwóch pedałów. Nie, nie cudownym. Zwykłym. Tak, jestem zwykłym cyklistą. Na swoją obronę dodam tylko jeszcze, że nie jestem wegetarianinem. Tak na wszelki wypadek, by wyłamać się z marksistowskiego wzorca. A może po to, by umniejszyć swoją winę? Mam jednak świadomość, że dla wielu od tej chwili będę jak trędowaty, któremu ręki się nie podaje. Wszak nie od dziś wiadomo, że „wszystkiemu winni są Żydzi, masoni i cykliści”. Obawiam się też, że wielu Czytelników nie zrozumie…

Uff… ulżyło mi! A skoro już wszyscy o tym wiedzą, że jestem tym przeklętym rowerzystą, to napiszę co mnie boli. Nie, nie chodzi o zastane przez zimę mięśnie, które teraz wystawiane są na ciężką próbę. Nie chodzi też o tyłek, bo na szczęście mam siodełko, w dodatku wygodne. Ani o poobijane gnaty, gdyż do tej pory szczęśliwie unikałem bliskiego kontaktu z gruntem, czy inną przyrodą nieożywioną oraz ożywioną. Aczkolwiek z tą drugą różnie bywa i dlatego na podorędziu – poza obowiązkowym dzwonkiem – zawsze mam pompkę, którą – gdy potrzeba – odganiam czworonożnych amatorów moich kostek. Czasami przydaje się ona także do odganiania właścicieli tych spuszczonych bez smyczy i kagańców psów, którzy nie tylko werbalnie stają w obronie wolności swoich pupili. Albo kierowców samochodów, którzy po wymuszeniu pierwszeństwa przejazdu koniecznie chcą mi ręcznie wykładać przepisy ruchu drogowego.

Przemierzając w ostatnich dniach drogi Aglomeracji Wałbrzyskiej miałem okazję w praktyce poczuć się jak dziecko we mgle. Z tym, że nie była to mgła, a snujący się po okolicy, niczym bąk w galotach, dym. Siwy, śmierdzący, zatykający drogi oddechowe i gryzący w oczy dym. Bez względu na to, czy przemierzałem rowerem miasto, wieś, czy też łąki, pola, a nawet lasy, dym był wszechobecny! A to działkowcy palili co zgrabili, a to gospodarze rozstawali się z niepotrzebnym dobytkiem, a to wycinający przydrożne drzewa palili to, czego nie opłacało się im zabrać. I w końcu pojawiły się grille. Aromat podpałki w płynie z daleka zapowiadał biesiadę, a mnie widok uczestników ogrodowych bankietów, zajadających się uważoną w tych oparach kiełbasą lub kaszanką, przypomniał słowa starej piosenki, którą lata temu śpiewałem na obozach harcerskich: „płonie ognisko w lesie, wiatr smętną piosnkę niesie, przy ogniu zaś rodzina smażone dętki wcina”… Mógłbym jeszcze napisać, między innymi, o drogowcach ucinających sobie pogawędkę, a przy okazji blokujących samochodami ciężarowymi przejazd drogą z Sierpnicy do Bartnicy, czy o… rowerzystach jadących stadami lub parami, utrudniających przejazd innym, albo – na złość wszystkim – jadących szosą, zamiast biegnącą równolegle pustą ścieżką rowerową (jak to często ma miejsce na ulicy Uczniowskiej w Wałbrzychu, czy na obwodnicy Szczawna Zdroju), itp. itd.

Wiem, powinienem to wszystko traktować jako słuszną karę za to kim jestem i co robię, ale podchodzę do tego jak małpa, która całowała się z jeżem: nie ma przyjemności bez bólu. A przyjemność z jazdy rowerem jest ogromna: szum wiatru w uszach; od czasu do czasu pięknie pachnące lasy, pola i łąki; niesamowite krajobrazy; wyjątkowo radosny o tej porze roku śpiew ptaków; zmęczenie wyzwalające endorfiny oraz towarzyszące temu wszystkiemu uczucie wolności i niezależności. To ostatnie – w tych czasach – bezcenne!

Robert Radczak

Tagi: ,