Zamachowcy

Polecamy7 kwietnia, 2016

bohun bartkiewiczOstatnio znów głośno o zamachach terrorystycznych, w wyniku których giną zupełnie przypadkowi ludzie, albowiem nadmiernie liberalna i poprawna politycznie Europa nie ma odwagi powiedzieć wreszcie basta i zaprowadzić drastyczne porządki, gwarantujące nam bezpieczne życie w naszych własnych ojczyznach. Terror nie jest wynalazkiem XXI wieku, bo akty terroru zdarzały się od zarania dziejów, ale nigdy, tak jak w XX i XXI wieku, nie był kierowany na zabijanie zupełnie przypadkowych i niczego winnych ludzi. Nigdy jego zasadniczym celem nie było wywołanie strachu i paniki w całych społeczeństwach, tak jak dzieje się to obecnie na naszych oczach. Dzisiejsi terroryści – a zwłaszcza ci spod znaku islamu – mają jeden cel, a mianowicie zabicie jak największej liczby ludzi, aby w konsekwencji terroryzować ich strachem. I nie czynią tego dla samej przyjemności siania strachu, bo czynią tak z powodów ideologicznych, stawiając sobie za cel islamizację Europy. Ci którzy tego nie dostrzegają i udają, że miliony obcych mentalnie i kulturowo, niechcących się asymilować „najeźdźców”, to tylko masy biednych uchodźców wojennych, to nikt inny, jak zwykli zdrajcy, stawiający wyżej niż bezpieczeństwo rodaków swą chorą ideologię liberalnej poprawności politycznej. Czas nareszcie zdobyć się na odwagę i powiedzieć im głośno, islam no pasaran. Mamy prawo żądać, aby wszyscy ci, którzy chcą żyć razem z nami i między nami, uznali bezwzględnie nasze prawa i szanowali nasze tradycje i obyczaje, a ci, którym to nie odpowiada, muszą wracać do siebie. I taka reguła postępowania winna być stosowana w stosunku do wszystkich „gości”, nawet w sytuacji, kiedy oznaczałoby to ograniczenie ich praw. Ktoś powie zaraz, że głoszę szowinistyczne i niedemokratyczne idee, więc wszystkim takim radzę, by odpowiedzieli sobie na pytanie: w imię czego musimy się teraz godzić na ograniczania naszych praw? Czy nie w imię naszego powszechnego bezpieczeństwa, czego bez obecności obcych czynić nie musielibyśmy? I taka jest brutalna prawda.

Jak na razie wszyscy nasi specjaliści od „terroru i bezpieczeństwa” uspokajają nas, że w Polsce akty terroru nie grożą, że sytuacja jest monitorowana, a więc wszystko jest OK. Chociaż niektórzy wyrażają obawy – myślę, że mocno uzasadnione – iż pewne realne zagrożenie może pojawić się w trakcie zbliżającego się szczytu NATO w Warszawie i zlotu młodzieży na spotkanie z papieżem w Krakowie. Bardziej obawiam się tej drugiej imprezy, bo ma w niej wziąć udział ponoć ponad dwa miliony pielgrzymów z całego świata, wśród których pojedyncze „samotne wilki” bez trudu się na miejsce zlotu dostaną. A odróżnić ich będzie bardzo trudno, ponieważ nowa taktyka ataków terrorystycznych zezwala (ba, wręcz nakazuje), aby ci, którzy w przyszłości będą dokonywać zamachów, całkowicie wtopili się w środowiska, w których przebywają. Mają przyjąć i eksponować swoją rzekomą europejskość, co ma się przejawiać nie tylko wyglądem, ale wiarą chrześcijańską i obyczajami niewiernych. Zostanie to im, jako bojownikom Allacha, w rezultacie wybaczone i po zamachach trafią prosto do Seraju pełnego dziewic. Oni mają być po prostu nieodróżnialni, a jest to dla nich tym łatwiejsze, że się w Europie urodzili i wychowali, bo ich rodziny mieszkają tu od trzech – czterech pokoleń.

Takimi właśnie niczym się niewyróżniającymi w środowisku, byli dwaj nieletni zamachowcy, którzy 1 kwietnia 1985 lub 1986 roku (dokładnie już nie pamiętam) odpalili bombę pod ówczesnym Rejonowym Urzędem Spraw Wewnętrznych (dzisiejsza Komenda Miejska Policji) w Wałbrzychu przy ul. B. Chrobrego, który mieścił się w budynku obok dzisiejszego Banku Zachodniego. I niech nikogo dzień 1 kwietnia nie myli, bo nie był to żaden tam jakiś niemądry dowcip. Ładunek z zegarowym systemem odpalania, ukryty chyba w reklamówce, został umieszczony na terenie parkingu przy komendzie. Właśnie w tym miejscu zaparkowała milicyjna „nyska” z której wysiadło kilku funkcjonariuszy milicji, zwiezionych z rejonów, w których pełnili służby patrolowe. Ledwie zdążyli przejść kilka metrów i wejść do środka budynku, kiedy powietrzem targnął potężny wybuch powodujący całkowite zniszczenie tego pojazdu. Tylny jego most wraz z kołami został wyrzucony w górę na kilka metrów i naprawdę wiele szczęścia mieli pasażerowie przejeżdżającego akurat autobusu MPK, że ten kawał żelastwa w niego nie uderzył. Oczywiście o jeszcze większym szczęściu mogą mówić owi funkcjonariusze, którzy – gdyby przyjechali w to miejsce minutę później – na przeżycie raczej niewielkie mieliby szanse. Pamiętam, jak na drugi dzień z całym wydziałem kryminalnym WUSW i RUSW, klęcząc przez kilka godzin na okalających budynek komendy trawnikach, przeszukiwaliśmy je centymetr po centymetrze, aby odszukać i zabezpieczyć odłamki. Najwięcej szczęścia miał kierowca naszej służbowej „wołgi”, który odnalazł najbardziej istotne części zapalnika i mechanizmu zegarowego, co miało zasadnicze znaczenia dla ustalenia sprawców tego terrorystycznego zamachu. Zostały powołane dwie grupy operacyjne. Jedna w wydziale kryminalnym WUSW, w skład której wchodzili nie żyjący już Jurek Konarzewski i Franek Korbal oraz ja. Drugą grupę powołano w wałbrzyskiej Służbie Bezpieczeństwa, która działała niezależnie od naszej. Koordynacją działań zajmował się zastępca naczelnika wydziału kryminalnego major Jerzy G., a ze strony SB naczelnik jednego z wydziałów major Józef K. Bez nadmiernego zarozumialstwa muszę stwierdzić, że to nasza milicyjna grupa była o niebo skuteczniejsza i to nam udało się, chyba po kilku tygodniach, „namierzyć” i zatrzymać dwóch sprawców, czyli uczniów jednej ze świebodzickich szkół średnich, którzy – wobec zebranych przez nas twardych dowodów – bardzo szybko do zamachu się przyznali. Jak wyjaśnili, powodem ich działania była chęć zemsty na funkcjonariuszach milicji, którzy jakiś czas wcześniej przyłożyli im pałkami podczas jakiejś solidarnościowej zadymy w wałbrzyskim Rynku, gdzie znaleźli się zupełnie przypadkowo. Nasz profesjonalizm został doceniony przez majora Józefa K., który tylko naszą grupę zaprosił osobiście na „małą imprezę” do restauracji w milicyjnej bursie w Szczawnie Zdroju, którą w całości sfinansował z własnej kieszeni. Wspominam o tym, bo był to chyba taki jedyny akt terroru w Wałbrzychu, a może i nawet na Dolnym Śląsku, a jego sprawcy absolutnie niczym się spośród swych kolegów i sąsiadów nie wyróżniali. Bo zamachowcy skuteczni, to tacy, o nic nie podejrzewani i niech to będzie takie swoiste moje memento.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,