Konstytucja TAK, wypaczenie NIE

Polecamy22 marca, 2016

bohun bartkiewicz Mam problem z PiS, bo z jednej strony podobają mi się zapowiedzi polityki gospodarczej, jaką ma zamiar prowadzić prezes Jarosław (zniesienie śmieciówek, obowiązkowe umowy o pracę, finansowanie służby zdrowia z budżetu, industrializacja, likwidacja bzdurnej reformy szkolnictwa byłego ministra Handkego, opodatkowanie banków i innych obcych podmiotów gospodarczych, czy wreszcie uszczelnienie systemu podatkowego), a także ponowne włączenie Prokuratury Generalnej w struktury Ministerstwa Sprawiedliwości. Funkcjonowała ona tak przez lata, do czasu kiedy rządząca koalicja PO-PSL funkcje te rozłączyła, aby zrzucić z siebie odpowiedzialność za totalny bałagan powstały w organach ścigania, aby jednak – jednocześnie – bałagan ten utrzymywać, albowiem – tak sadzę – w mętnej wodzie większym rybom łatwiej znaleźć schronienie. Dlatego, od momentu wyłączenia prokuratury spod nadzoru państwa, politycy PO bez przerwy podkreślali, że oni na to, co się w sferze ściągania przestępstw dzieje, nie mają absolutnie wpływu. Bo od tego jest samodzielna prokuratura, na którą rząd nie ma żadnego przełożenia, co było oczywiście bardzo cynicznym kłamstwem. Ponieważ prezes Jarosław postanowił zakończyć ten chocholi taniec, PO i Nowoczesna, jako zaprzysięgli obrońcy konstytucji i demokracji, gromko zawołali, że prezes znów się na demokrację zamachnął. I jakoś nie zwracają uwagi na to, że w Konstytucji RP o prokuraturze nie ma ani słowa, a więc nie jest ona jednym z filarów demokracji (przypomnę: trójpodział władzy), co już samo z siebie w sposób nie budzący wątpliwości wskazuje, że jest częścią tzw. egzekutywy, czyli organem sterowanym i nadzorowanym przez rząd, odpowiedzialnym m.in. za bezpieczeństwo państwa i jego obywateli. Tak samo jak policja, której przecież nikt z podległości ministrowi spraw wewnętrznych nie chce wyrywać, aby ją w pełni, wzorem prokuratury, usamodzielnić.

Z drugiej jednak strony, projekty ustrojowe „Nowej Polski”, jakie prezentuje narodowi prezes Jarosław, budzą mój stanowczy sprzeciw, co zapewne przynajmniej trochę uspokoi red. Andrzeja Basińskiego. Otóż, przede wszystkim, nie podoba mi się bardzo „lisi” zamiar prezesa, dotyczący zmiany (zwanej z nadmierną emfazą „dobrą zmianą”) istniejącej do tej pory demokracji (jako ona była, taka byłą, ale była) na autokrację, czyli rządy prezesa i jego pomazańców, zawsze i wszędzie wszystko wiedzących lepiej, zwłaszcza, co dla obywateli jest lepsze. Tym wszystkim natomiast, którym będzie się wydawać, że to sami wiedzą lepiej, władza skutecznie pokaże, że to ona jednak rację ma i jak trzeba będzie, to i bacik na opornych jakiś zawsze znajdzie. Ponieważ prezes Jarosław nie dysponuje większością konstytucyjną, postanowił zatem zastosować taktykę faktów dokonanych, za pomocą których zamierza obejść wszystkie konstytucyjne zasady, jakie w państwie naszym obowiązują od 1997 roku. Nie będąc w stanie zmiany tejże konstytucji dokonać siłami PiS (plus przystawki), doprowadził do zablokowania Trybunału Konstytucyjnego, aby ten z kolei nie blokował mu wprowadzania niekonstytucyjnych ustaw, które mają za zadanie wprowadzenie autorytarnego systemu władzy. I tu się prezes Jarosław przeliczył, albowiem zapewne nie spodziewał się, że oto nagle wyjdą na ulice dziesiątki tysięcy obywateli, aby stanowczo przeciwstawić się tym autorytarnym zapędom, aby bronić wartości w tej konstytucji zapisanych. Przypomina mi to pierwsze strajki i manifestacje robotnicze z początku lat 80-tych XX wieku, kiedy tzw. klasa robotnicza (była kiedyś taka) i reszta społeczeństwa wystąpiła właśnie w obronie wartości socjalistycznego państwa, buntując się pod hasłem ”Socjalizm tak, wypaczenia nie”. Dopiero później „doradcy” robotników podpowiedzieli im, aby zmienić to żądanie na inne, ale to już osobna historia. Obecnie wystarczyło zamienić słowo „socjalizm” na „konstytucja” i wszystko jest tak jak wtedy. Tego się prezes nie spodziewał, a tu jeszcze Unia Europejska naciska, senatorowie i Departament Stanu USA pomrukują coraz bardziej niezadowoleni, a Komisja Wenecka wprost powiada, że prezes Jarosław łamie konstytucję, a jego wysłannik na funkcję prezydenta RP winien zaprzysiąc sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybranych legalnie przez poprzedni parlament. Mało tego, owa Komisja Wenecka wprost postuluje, aby desygnowana przez prezesa na stanowisko premiera, mało znana i nierozpoznawalna (wówczas) posłanka z PiS, wykonała konstytucyjny nakaz i zarządziła opublikowanie ostatniego wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie niekonstytucyjności „dobrej zmiany” w zakresie funkcjonowania Trybunału.

Akurat w tej sprawie trwa najbardziej zagorzała wojna na argumenty i pseudo argumenty. Ludzie prezesa jako najcięższy zarzut podnoszą, że Trybunał Konstytucyjny nie miał prawa obradować nad „dobrą zmianą” ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, bo – zgodnie z domniemaniem jej konstytucyjności – powinien dostosować się do jej przepisów, a więc wnieść ją na wokandę po kilku co najmniej latach, na czym przecież prezesowi najbardziej zależy. Głoszą przy tym gromko, a uparcie, że funkcjonowanie Trybunału Konstytucyjnego podlega wprawdzie przepisom konstytucji, ale też i ustaw. A przecież konstytucja – przekonują – stanowi, że Trybunał Konstytucyjny składa się z 15 sędziów i tylu sędziów winno orzekać, bo tak postanowił prezes w tzw. „ustawie naprawczej”. Przypomnę, że nie tylko Trybunał Konstytucyjny, ale i Komisja Wenecka nie pozostawiły na niej suchej nitki. Jednakże, zarówno prezes Jarosław, jak i jego najwyżsi rangą funkcyjni urzędnicy państwowi, a za nimi cała czereda pozostałych, nie są w stanie zrozumieć (albo tylko udają), zdawałoby się nadzwyczaj prostej rzeczy. Mianowicie chodzi o to, że w sytuacji kiedy Trybunał Konstytucyjny ma rozstrzygać o konstytucyjności nowej ustawy, regulującej na nowo zasady jego funkcjonowania, to w sytuacji rozstrzygania „we własnej sprawie” musi uczynić to w oparciu o konstytucję, albowiem jej stosowanie ma pierwszeństwo przed ustawami. Siłą rzeczy, badanie konstytucyjności musi więc przeprowadzić w reżimie ustawy „starej”, a ta stanowi, że w takim przypadku TK rozstrzyga w składzie 5 sędziów, przy czym za pełny skład uważa się co najmniej 9 sędziów Trybunału. Jak można się domyśleć, to ten przepis najbardziej uwiera prezesa Jarosława, bo sporne orzeczenie Trybunału wydało aż 12 sędziów, w tym dwoje powołanych przez PiS. Tylko ktoś wyjątkowo irracjonalny nie jest więc w stanie zrozumieć, że gdyby Trybunał oparł wyrok na nowej ustawie i orzekł, że jest ona niekonstytucyjna, to wyrok ten były z mocy prawa nieważny, czyli ta nowa ustawa nie mogłaby być nigdy rozpoznana. Czysta kwadratura koła. I o takie zapętlenie prezesowi Jarosławowi chodzi, albowiem zdaje się, że liczy na zmęczenie materiału. I mam nadzieję, że się mocno przeliczy.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,