W poszukiwaniu prawdy

Polecamy2 marca, 2016

Jest wiosennie

odchodzi zimna zima

ściśnięci przy piecu

zamknęliśmy się w sobie

 

więc może już czas

odtajać zamarznięte serca

otworzyć usta

i zacząć mówić prawdę

 

w imię prawdy

ludzie ginęli na barykadach

słów prawdy łaknęli Polacy

jak kwiat dżdżu

w pielgrzymkach Jana Pawła II

 

odtajnienia prawdy

domagają się politycy

wszystkich opcji i nacji

 

prawda jest tylko jedna

grzmi falsetem ksiądz na ambonie

 

czy rzeczywiście jest

a może jej nie ma?

SONY DSC

Przejąłem się do szpiku kości odsłonięciem prawdy smoleńskiej. To przecież niemożliwe, by samolot z parą prezydencką, orszakiem najważniejszych osób w państwie, przywództwem wojskowym, ochroną i załogą statku powietrznego, mógł ulec normalnemu wypadkowi z powodu li tylko złej pogody i determinacji pilotów, by – mimo wszystko – zdążyć na zaplanowane uroczystości katyńskie. Uległem presji medialnej, bombardującej świadomość przeciętnego odbiorcy coraz to nowymi odkryciami. Każde z nich było jeszcze bardziej przekonywujące. Spisek Tuska z Putinem, wytworzenie sztucznej mgły, celowa dezinformacja pilotów tupolewa z wieży lotniska w Smoleńsku, kamuflaż Rosjan przy ekshumacji zwłok, próby zwalenia całej winy na Polskę. Trudno się dziwić, co parę tygodni poznawałem inną prawdę. Dziś wiem, że dalej jej nie znam. Ukaże się jeszcze wiele nowych prawd. Po latach być może znajdą się kolejni odkrywcy spod znaku PiS-u i IPN-u, którzy tak samo jak z katastrofą samolotu gen. Władysława Sikorskiego pod Gibraltarem, zaczną od nowa wyjawiać prawdę. Mam już tego dość, domagam się prawdy, jedynej prawdy, prawdy prawdziwej, lecz coraz bardziej dochodzę do przekonania, że je nie ma.

Od paru dni prawdę smoleńską przesłoniła w naszych mediach inna prawda. Tym razem chodzi o to, czy Lech Wałęsa w latach 70-tych był agentem bezpieki, a jeśli tak, to jaki miało to wpływ na zawarcie porozumień „okrągłego stołu”. Rzecz wybuchła ponownie w związku z ujawnieniem przez IPN dokumentów zagarniętych z szafy zmarłego generała Czesława Kiszczaka. I znów, jak ze Smoleńskiem, mamy do czynienia z kilkoma prawdami.

– Tradycja to u nas świętość, a obrzucanie łajnem bohaterów tradycję w Polsce ma długą. Agentem i zdrajcą był przecież Piłsudski, dlaczegóż więc agentem i łajdakiem nie miałby być Wałęsa? – pisze Tomasz Lis w „Newsweeku”.

Szef tygodnika nie ma wątpliwości, że w obecnej rozgrywce, nie tylko o zniszczenie Lecha Wałęsy chodzi. Celem ofensywy, którą obserwujemy, jest „napisanie na nowo całej niedawnej historii”.

– To proste. Wałęsa musiał się okazać agentem i zdrajcą, by uznać 1989 rok nie za koniec niewolenia, ale za jego nową odsłonę. I na tych gruzach zbudować IV RP, Polskę jedynie prawdziwą, czyli taką, którą rządzi pan Jarosław – napisał Tomasz Lis w najnowszym wydaniu „Newsweeka”.

Publicysta przypomina, że obecny prezes PiS był jednym z najbliższych współpracowników Lecha Wałęsy.

– W 1990 r. postanowił on użyć Wałęsy, by załatwić Mazowieckiego, Geremka, Kuronia i Michnika. Okazało się jednak, że Wałęsa nie chce być popychadłem Kaczyńskiego i wyrzucił go ze swojej kancelarii. Czym przesądził swój los – uważa Lis.

Bo to właśnie zaraz po burzliwym politycznym rozstaniu Lecha Wałęsy z braćmi Kaczyńskimi, na scenę wkroczył „Bolek”.

„Washington Post” i inne media, zamieściły na swych stornach internetowych depeszę agencji Associated Press, w której też zwrócono uwagę, że decyzja IPN, by „otworzyć te akta tak szybko i umożliwić dziennikarzom ich zobaczenie zanim zbadają je historycy, wzbudziła wielkie kontrowersje”.

– Obrońcy Wałęsy oskarżają władze o próbę zniszczenia dziedzictwa człowieka uważanego za jednego z największych bohaterów narodowych. Wiele osób broni go, w tym byli działacze Solidarności, którzy przypominają, że policja używała brutalnych metod, by zmusić krytyków reżimu do podpisywania zgody na współpracę, jako narzędzia szantażu w przyszłości, niezależnie od tego, czy współpracowali, czy nie – pisze AP.

Diametralnie inne zdanie ma Antoni Macierewicz, który w wywiadzie telewizyjnym twierdzi, że są osoby, które ostatnie 24 lata straciły na budowaniu systemu niesprawiedliwości społecznej, niszczyły istotę Solidarności, m.in. przez tworzenie mitu Wałęsy, które spychały na margines takich ludzi jak Anna Walentynowicz czy Jan Olszewski. Proszę się zastanowić, czy warto tracić czas na nieustannie przypominanie tych ludzi, którzy – dzięki Bogu – przegrali, a teraz koncentrują się na powtarzaniu kłamstw. Wraz z tymi kłamstwami, mam nadzieję, odeszli już do złej części historii Polski.

To, że jest duża grupa osób, która mówi: nie damy szargać dobrego imienia Wałęsy nawet jeśli akta są prawdziwe, nawet jeśli donosił, to się nie liczy dla Macierewicza i jego klasy politycznej.

– Polskę zmienili robotnicy W4, Polskę zmieniła Anna „Solidarność”, a nie ci, którzy współpracowali z komunistami, wspierali Kiszczaka – stwierdza Macierewicz.

Moją prawdą jest to, że w Smoleńsku miała miejsce katastrofa lotnicza spowodowana fatalną pogodą i błędami ludzi, dla których ważniejszym stał się cel polityczny lotu niż bezpieczeństwo pasażerów. Tak samo moją prawdą jest to, że Polska miała za mego życia dwa niepodważalne autorytety – Jana Pawła II i Lecha Wałęsę. Jeśli znaleźli się tacy katolicy, którzy mają czelność podważać autorytet naszego papieża, poddając w wątpliwość jego świętość, bo mógł w swoim życiu kierować się takim uczuciem jak miłość do kobiety (gdyby nawet tak było) i są również tacy polscy katolicy – patrioci, którzy są w stanie zdeptać autorytet człowieka uznanego przez cały świat jako symbol wolności i demokracji (gdyby nawet współpracował z UB, zanim stanął na czele strajku), to pytam: czy istnieje na świecie jakakolwiek nikczemność, której nie może dopuścić się człowiek, dzieło wszechmogącego Stwórcy? To bardzo gorzkie pytanie. Niestety, jestem jednak pewien, że nie trafi ono do świadomości tych malutkich stworków, które w dążeniu do władzy i profitów gotowe są na wszystko.

Stanisław Michalik

Tagi: ,