Rzecz o policji

Polecamy26 lutego, 2016

bohun bartkiewiczAle się porobiło. Nowa władza rozpoczęła, zapowiadane w kampanii wyborczej, porządki dotyczące policji i prokuratury, być może już niedługo zajmie się wymiarem sprawiedliwości, bo przecie i prokuraturą i sprawiedliwością rządzi pomazaniec prezesa Jarosława, swego czasu osobliwie nazwany przez Leszka Millera. A sprawy policji coraz pewniej dzierży w ręku kolejny zaufany prezesa, czyli Mariusz Błaszczak, tak że prezes Jarosław – rzec można – coraz większą władzę zaczyna realnie sprawować. Aby jednak nikt już tym panom nie zarzucił, że dopuszczać się będą naruszania prawa, w prościutki, wręcz dziecinnie prosty, sposób ograli tych nieudaczników, co to się przez osiem lat nie mogli do nich się dobrać, za nieortodoksyjne podejście do praworządności w latach 2005 – 2007. Aby wszelakim oponentom i przeróżnym legalistom obecnie i w przyszłości buzie zakneblować, prezes Jarosław – bo niewątpliwie nic się bez jego zgody nie dzieje – polecił uchwalić ustawy, które wszystkie służby specjalne, policję i prokuraturę uczyniły organami wykonawczymi poszczególnych polityków, legalizując to wszystko, co do tej pory w działaniach organów bezpieczeństwa państwa było nielegalne. Proste? Proste! Można? Można! Tylko trzeba chcieć i mieć motywację. A tej prezesowi Jarosławowi nie brakuje. Ktoś zawoła: sorry, ale wiele z wprowadzanych rozwiązań ustawowych jest, a na pewno może się okazać, niezgodne z konstytucją! No i co z tego? Wcześniejsze nocne obrady doprowadziły do takiego zapętlenia Trybunału Konstytucyjnego, że jego wyroków i tak rząd, ani Sejm nie będą przestrzegać. I co? Zrobi im ktoś coś? Wojnę prezesowi Unia Europejska wypowie? Ok, przyznaję się: żartuję!

Natomiast nie do żartów i śmiechu jest to, co się ostatnio stało w policji naszej kochanej. Otóż najpierw wybrany nowy komendant główny Zbigniew Maj potwornie się wygłupił, pokazując światu gabinet swojego poprzednika, strasznie przy tym wydziwiając na to, że jest on na przyzwoitym europejskim poziomie pod względem wyposażenia. Dziwował się nawet bardzo, że były komendant lubi chodzić w czystych butach nie tylko do munduru, ale i do swojego cywilnego ubranka także. Straszne luksusy, bo umywalkę miał i suszarkę do tego, a na dodatek, jak jaki głupi, zamontować kazał sobie system antypodsłuchowy. Straszliwe fanaberie. Zaraz potem publicznie ogłosił, że funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji podsłuchiwali co najmniej 80 dziennikarzy, a kierownictwo BSW KGP wysłał do roboty w komisariacie na Dworcu Centralnym w Warszawie i w innych komisariatach stolicy, aby się policyjnej roboty wreszcie nauczyli. Tym ruchem zaskarbił sobie moje uznanie, ale krótko ono trwało, ponieważ ledwie dzień, czy dwa, po tym, jak wyrzucił ze stanowisk niektórych komendantów wojewódzkich (w tym z Wrocławia, na którego złożyłem w prokuraturze zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa niedopełnienia obowiązków służbowych), sam się musiał ze stanowiskiem pożegnać. Teraz okazuje się, że dosyć dziwne były kulisy jego zadziwiającego awansu ze stanowiska zastępcy Komendanta Wojewódzkiego Policji w Gdańsku na Komendanta Głównego Policji. Początkowo broniłem go w gronie znajomych (w tym byłych funkcjonariuszy), albowiem zanim zaczął „komendantować” znamienitym był gliniarzem, mogącym pochwalić się dobrą, bo konkretną policyjną robotą. Ale im bardziej głośno o tym było, tym coraz mniej ciekawe wątki zaczęły się pojawiać i rzucać cień na jego przeszłość. Ktoś powiedział, że z cienia najtrudniej się wychodzi, bo nawet jak się wszystko pozytywnie wyjaśni, to tego cienia już się nie zmyje. Przykładem może być sprawa ordynarnego pomówienia w 2004 roku (pięć butelek wódki i 10 tys. zł pożyczki), którą w 2012 roku definitywnie wyjaśniono i Maja oczyszczono. Pozornie jednak, bo cień pozostał i tamte pomówienia zaczęły obecnie nowe życie. Trudno w takiej sytuacji udowodnić, że nie jest się wielbłądem, chociaż widać to gołym okiem. Nie mogę wykluczyć, że Zbigniew Maj ma rację twierdząc, że za tą całą rozdmuchaną aferą stoją ludzie z BSW, byli pupile jego poprzednika, który od 1999 roku służył w tej formacji, a następnie był jej głównym szefem. Jeżeli tak jest, to znaczy, iż policja sięga dna, albowiem w jej łonie funkcjonują jakieś dziwne koterie, które zdolne są do przeprowadzania, według swego uważania, wszelkich zmian na najważniejszych policyjnych stanowiskach. Z drugiej strony zastanawiam się, czy te wszystkie służby, których lejce trzymają ludzie prezesa Jarosława, nic nie wiedziały o rzekomej nieciekawej przeszłości kandydata na komendanta głównego, czy też minister Błaszczak wiedział, ale wolał mieć mocnego bata, aby go dyscyplinować. Żadna z tych wersji dobra nie jest, bo każda z nich świadczy jak najgorzej o służbach i ministerstwie. Może też być i tak, że wymuszenie (dobrowolnej) dymisji było karą za to, że Zbigniew Maj ośmieszył ministra Ziobro i kilku innych ważnych rządowych dygnitarzy, którzy gdzie mogli i kiedy mogli, łzy krokodyle ronili (w Polsce i zagranicą) nad marnym losem 80 podsłuchiwanych w czasach PO-PSL dziennikarzy. A tu nagle przeprowadzony przez prokuraturę audyt wykazał, że o żadnym takim podsłuchiwaniu nie ma mowy, albowiem nie znaleziono na to żadnego, nawet najmarniejszego, dowodu. Natomiast Z. Maj głosił zupełnie co innego, co ja sam w telewizorni widziałem i słyszałem. Jak było naprawdę? Chyba się nie dowiemy, tak samo jak nie dowiemy się o wielu innych sprawach, powszechnie zwanych aferami.

Muszę przyznać natomiast, że bardzo podobają mi się zamiary ministra Błaszczyka o wyprowadzeniu Biura Spraw Wewnętrznych ze struktur Policji i podporządkowania ich bezpośrednio ministrowi. Być może przyjdzie czas, że policja przestanie chronić tych funkcjonariuszy, których można śmiało nazwać „przestępcami w mundurach”, a których bezkarność rozzuchwaliła (vide: Wałbrzych) i być może nareszcie zaczną przebywać tam, gdzie dla przestępców miejsca są przygotowane. Dobrze też, w mojej ocenie, służyć prawu będzie Biuro Spraw Wewnętrznych w prokuraturze i jawności postępowań tam prowadzonych. Być może coraz mniej będzie również prokuratorów, którzy na wyczyny wspomnianych wyżej funkcjonariuszy (i ich „ślepych” przełożonych) patrzą z zamkniętymi oczami. Ale o tych sprawach, dziejących się na naszych oczach w Wałbrzychu, napiszę następnym razem.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,