Co jest w życiu ważne

Polecamy24 lutego, 2016

basinski felietonOd pewnego czasu oglądam w telewizji cykliczny program „Życie bez wstydu”. Jego bohaterami są ludzie doświadczeni przez los różnymi fizycznymi ułomnościami, spowodowanymi między innymi przez tragiczne wypadki. Ich twarze, ciała, stały się brzydkie, a nawet obrzydliwe i odpychające. Jest to dla tych osób źródłem nieustannego cierpienia i kompleksów, bardzo utrudniających, a nawet uniemożliwiających im normalne życie i międzyludzkie kontakty. Ale szukają sposobów przełamania traumy i podejmują walkę o to, by żyć bez wstydu. Widz towarzyszy im (podziwiam te osoby dodatkowo za umożliwienie kamerze podążania ich śladem) od pierwszej wizyty u lekarza specjalisty, poprzez kolejne zabiegi i operacje, mające wyeliminować lub chociażby złagodzić problem. Nie ukrywają łez i momentów załamania. Ale trzeba zobaczyć ile radości, ile szczęścia i euforii dają im nawet najmniejsze efekty leczenia, nawet drobna poprawa, by sobie uświadomić, jak ważny jest wygląd bez upokarzających defektów. Oglądając postępy w ich usuwaniu, cieszę się wraz z bohaterami programu, bywa, że z łezką w oku…

Wiele jest w naszym życiu spraw ważnych, decydujących o tym, czy uważamy się za ludzi szczęśliwych, czy za tych, których marzenia, oczekiwania i potrzeby zostały chociażby częściowo zaspokojone. Zwykle do pełni szczęścia ogromnej części rodzaju ludzkiego sporo brakuje, ale natura tak to pomyślała, że często zadowalają nas pojedyncze sukcesy i osiągnięcia. Jak śpiewał w latach mojej młodości Wojciech Skowroński: „Ja to się cieszę byle czym”. Wielokrotnie nawet światełko w tunelu, krótki błysk słońca w naszym życiu, drobna, ale dobra nowina, niwelują ciężar przygniatający nas i zakłócający sen, ponawiany systematycznie z nastaniem świtu i towarzyszący w ciągu dnia jak ciężki plecak. Takim trudnym do udźwignięcia balastem są przeróżne dolegliwości ciała i duszy, choroby w rodzinie, niepowodzenia w pracy lub jej brak, oddalający się – mimo wytrwałej wędrówki – cel lub świadomość dobiegania końca życiowej podróży oraz tęsknota za tym, czego już nie doświadczymy. To „oczywiste oczywistości”, jak rzecze klasyk.

Jak by tego było mało, wielu bierze na swoje barki to, co rzuca na nie polityka. Od co najmniej kilku lat jest to ciężar szczególnie dojmujący, czasami nawet rujnujący stosunki rodzinne i sąsiedzkie, sprawiający, że przyszłość staje się niepewna, a nawet przeraża. Mamy pecha żyć w czasach, kiedy małemu, nie tylko posturą, człowiekowi, zachciało się przemożną siłą złych emocji i pomysłów zdruzgotać istniejący porządek, zapewne bardzo jeszcze ułomny, ale godny naprawy przez ludzi mądrych i życzliwych ludziom, a nie przez jednostki nawiedzone i przeżarte żółcią. Nasze społeczeństwo zostało w efekcie takich działań dotknięte rozkładem, który może postępować przez wiele lat. I wielu przyłożyło (i jeszcze przyłoży) do tego rękę. Chyba, że jakieś szczęśliwe zrządzenie losu wcześniej przegoni demony. Na razie w mrokach kolejnej miesięcznicy, na żałosnym podium – drabince, lekko upiorna mała postać wykrzykuje zapowiedź kolejnych niepokojów, bo bez nich jej egzystencja jest niemożliwa.

Byłbym szczęśliwy, gdyby, podobnie jak we wspomnianym na wstępie programie, oszpecony chory trafił nareszcie do lekarza rokującego nadzieje na zagojenie się ran. Odnosi się to do obu stron polskiego gniewu. Ale chyba jestem idealistą…

Z Panem Januszem Bartkiewiczem spieramy się od pewnego czasu na tych łamach, prezentując opinie i poglądy, przez jednych przyjmowane, a przez drugich odrzucane. Taka jest zdrowa kolej rzeczy. To dla mnie zaszczytny „fechtunek”, bo mój (zgadzam się z Autorem – nie jest tu zasadne słowo „adwersarz”) interlokutor szermuje konkretnymi argumentami i prezentuje ciekawe spostrzeżenia.

Ale jeśli tego rodzaju pojedynek może się okazać destrukcyjny, gotów jestem od niego odstąpić, bo nie odczuwam żadnej satysfakcji, gdy czytam, że niektóre fragmenty mojej pisaniny („Pragmatyzm czy pobożne życzenia”) Pana Bartkiewicza zabolały. Zbyt wiele mam szacunku i uznania, a nawet podziwu dla Autora, chociażby za jego wytrwałość i konsekwencję w dochodzeniu do prawdy w sprawie zabójstwa wałbrzyskiego antykwariusza, by godzić się z taką ewentualnością. Nawet gdy miałaby na tym ucierpieć siła mojej argumentacji. W konkretnym przypadku chodziło o rzekome zaliczenie przeze mnie Pana Bartkiewicza do grona gorliwych neofitów. Z naciskiem stwierdzam, że określenie to skierowane było do ludzi o chwiejnym charakterze, gotowych do natychmiastowego przypodobania się nowej władzy. Pan Bartkiewicz, co wielokrotnie wykazał, posiada stałe polityczne poglądy, których wprawdzie nie akceptuję, ale staram się zrozumieć. A jego ostatnie sugestie, że marzy mi się jakaś rewolucja i namawiam do organizowania bojówek, traktuję jako żart. Może, Panie Januszu, odpuśćmy sobie na pewien czas dyskurs polityczny, a (ewentualnie) ścierajmy się na innym polu, by zachować o naszych potyczkach dobre wspomnienia?

Andrzej Basiński

Tagi: ,