Pobożne życzenia czy pragmatyzm?

Polecamy17 lutego, 2016

bohun bartkiewicz

I znów Pan Andrzej Basiński z wielką troską pochylił się nad moim osobistymi poglądami, z którymi niekiedy w trochę prześmiewczej (wiadomo, felieton) formie, innym razem w bardziej poważnym tonie, dzielę się z Czytelnikami Tygodnika DB 2010. Tym razem mój interlokutor (bo nie powiem, że adwersarz), zajął się deklarowanym przeze mnie pragmatyzmem, uznając, że nie bardzo rozumiem, co ów termin znaczy, bo prezentowane przeze mnie poglądy raczej pobożnych życzeń są wynikiem, niż mojego rzekomego pragmatyzmu. Przy czym rzuca Pan Andrzej na mnie, zapewne znów przez nieuwagę spowodowaną swoimi emocjami (pisał o nich niedawno), pewien cień podejrzenia, co do prawdziwych powodów takich, a nie innych, prezentowanych przeze mnie na łamach Tygodnika DB 2010 opinii i poglądów. Ponieważ tytuł felietonu Pana Andrzeja Basińskiego („Pragmatyzm czy pobożne życzenia”), w połączeniu z jego treścią, jednoznacznie wskazuje, że odnosi się on do mojej osoby i  moich poglądów oraz opinii, muszę na to jednoznacznie zareagować. Zwłaszcza pewnego fragmentu, który mocno mnie zabolał.

Aby wiadomo było o czym tu piszę, pozwolę sobie Pana Andrzeja zacytować: „Niektórzy powodowani obawą o swoją przyszłość i karierę oraz o los  najbliższych, wykazują nadgorliwość neofitów”. W zasadzie powinienem się obrazić, ale ponieważ moje życie tak się potoczyło, że skóra mocno mi stwardniała, obrażać się nie będę, uznając ten fragment za kolejny swoisty lapsus, jaki się Panu Andrzejowi, jeżeli chodzi o mnie, przydarzył. Nie mniej jednak spieszę Mu donieść, że w przypadku mojej przyszłości, to jedyne, co mnie może martwić, to obawa, iż moje życzenie, co do obrządku pochówku moich doczesnych szczątków,  może nie zostać przez rodzinę dotrzymane. Chociaż i nawet to mnie martwi niespecjalnie, albowiem i tak się o tym nie dowiem. Jeżeli zaś chodzi o przyszłość moich dzieci, to jestem przekonany, iż są tak życiowo zaradne, tak do niego dostosowane, tak wyedukowane i przestrzegające norm prawnych oraz współżycia społecznego, że na pewno ze strony PiS żadne niebezpieczeństwo im nie zagraża. Tak więc moje poglądy, wyrażane od bardzo wielu lat nie tylko w Tygodniku DB 2010 i nie tylko polityczne, nie są przejawem jakiegokolwiek koniunkturalizmu, czy konformizmu, a jedynie efektem mojego właśnie pragmatyzmu. Natomiast określenie mnie mianem „neofity” – w domyśle „pisowskiego” – jest już jednak bardzo grubą przesadą, będącą raczej wyrazem pobożnych życzeń, niż racjonalnej oceny stanu faktycznego.

Raczył Pan Andrzej przywołać definicję wyrażenia „pragmatyzm”, ale w tym, co napisał na mój temat, jakoś nie byłem w stanie zauważyć nawet najmniejszego argumentu wskazującego na to, iż pragmatykiem nie jestem, albo nie rozumiem, co określenie to oznacza. Otóż mój pragmatyzm Panie Andrzeju polega nie tylko na postawie „realistycznie oceniającej rzeczywistości i podejmowaniu jedynie takich działań, które gwarantują skuteczność”, ale i na filozofii życiowej, która „uzależnia prawdziwość twierdzeń od ich praktycznych skutków”. To, co tu napisałem, odnosi się do dwóch rodzajów pragmatyzmu: jako postawy i jako poglądu filozoficznego i te dwa rodzaje pragmatyzmu staram się łączyć w mojej skromnej osobie. Pozwolę sobie wytłumaczyć to panu Andrzejowi, jak i innym Czytelnikom tygodnika, aby w nikim nie zrodziło się podejrzenie, iż ze strachu przez prezesem Jarosławem i jego akolitami, zaczynam na jego temat jakieś peany nagle pisać.

Zatem, wyjaśniam niniejszym, że jako szczery demokrata (chociaż mentalnie i intelektualnie wykształcony w czasach tzw. komuny), jako osoba rozumiejąca sens terminu „legalista” i wreszcie jako ktoś, kogo określa się mianem „państwowca”, głęboko w pewnej tylnej części ciała mam interesy polskich partii politycznych i ich działaczy, bo mnie interesują jedynie interesy państwa, którego jestem obywatelem i interesy jego mieszkańców, moich rodaków i współobywateli. Stąd też właśnie wypływa moje pragmatyczne spojrzenie na otaczającą mnie (nas) rzeczywistość i pod takim kątem oceniam to, co obecnie, i dlaczego, czyni prezes Jarosław. Doskonale wiem o tym, że to on, a nie parlament, rząd i nawet prezydent RP, ma decydujący wpływ na to, jakie prawa są w Polsce uchwalane. Ale wiem też, że stan taki jest efektem wolnych i demokratycznych wyborów, jakie do władzy wyniosły ugrupowanie prezesa Jarosława, chociaż tylko wyjątkowe ciemniaki mogły nie wiedzieć, że tak naprawdę Prawo i Sprawiedliwość to Jarosław Kaczyński. Tu wtrącę jedynie, że od razu przypomina mi się taka fraza „mówimy Partia, myślimy Lenin, mówimy Lenin, myślimy Partia”, zasłyszana bardzo dawno temu. Jeżeli więc prezes Jarosław kieruje tym ugrupowaniem (ale za nic nie odpowiada), a ono ma parlamentarną większość i swego prezydenta, to nie można w żaden sposób kwestionować tego, co ugrupowanie to w parlamencie (Sejm i Senat RP) przegłosuje. Mój pragmatyzm nakazuje mi zatem, abym się z uchwalanymi prawami pogodził, co nie oznacza, że się z nimi muszę z automatu zgadzać, a jeżeli się nie zgadzam, to je krytykuję. Bo mam takie prawo, którego jak na razie prezes Jarosław mi nie odebrał.

Różnica między mną, a Panem Andrzejem Basińskim polega na tym, że Pan Andrzej zmian tych (zmian prawa jako skutek wyborów) nie akceptuje wyłącznie dlatego, że nie podobają mu się ich autorzy i marzy mu się jakaś rewolucja, której pod sztandarami KOD chce dokonać. Dlatego też nie chce zauważyć, że pod tymi sztandarami nie ma tych, którym na chleb ledwo ledwo starcza, a syte kocury z PO i PSL mruczą z radością, że być może znów będą mogły, zamiast myszy łapać, spijać cieplutką śmietankę. I dlatego nie namówi mnie Pan, abym zaczął organizować bojówki jakiegoś rodzimego „Tupamaros” które wejdą na „świetlisty szlak”, aby obalić groźną dla PO-PSL władzę prezesa Jarosława. Bo to Pana, panie Andrzeju, pobożne życzenia, a nie moje, ponieważ  władzę tą obalić może jedynie kartka wyborcza. A pan Schetyna, Petru i Balcerowicz, są tak jak prezes Jarosław, absolutnie nie z mojej bajki równi jednako.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,