Niebiański spokój

Polecamy17 lutego, 2016

SONY DSC

 

 

 

 

 

 

 

„Gdybym był ptakiem,

śpiewałbym aż do utraty tchu:

o potokach gniewnie huczących,

o ostrym wietrze wiejącym bezustannie,

o łagodnych świtach wśród gęstwiny leśnej…

 

A później skonałbym od pieśni

I pióra me zgniłyby pod ziemią.

 

A czemuż me oczy zalane łzami?

Bo ziemie tę kocham głęboko.”

 

To fragment wiersza „Kocham tę ziemię” chińskiego poety Aj Cing w przekładzie Ireny Kałużyńskiej. Miłość do ziemi ojczystej, jak się okazuje, to uczucie bliskie ludziom na całym świecie, bez względu na język, kolor skóry, religię. Tę refleksję nasunęła mi lektura książki Zbigniewa Domino „Brama Niebiańskiego Spokoju”, którą połykam w przerwach pomiędzy kolejnymi „zapasami” w mistrzostwach Europy piłkarzy ręcznych. Z tej właśnie książki pochodzi cytowany powyżej wiersz.

Mistrzostwa w piłce ręcznej i nożnej, jak również w innych dyscyplinach sportowych, olimpiady, a nawet mecze międzypaństwowe pokazują jak ważną i wciąż żywą jest więź narodowościowa, państwowa, jak ogromne znaczenie ma godność reprezentowania swojego kraju w rywalizacji sportowej.

„Brama Niebiańskiego Spokoju” to interesujący dziennik z literackiej podróży do Chin w 1985 roku. Autor skorzystał z zaproszenia chińskiego związku literatów i z kilkuosobową grupą pisarzy przez miesiąc miał sposobność podróżować po tej nieogarnionej przestrzeni. Wprawdzie po powrocie uświadomił sobie, że na poznanie przeogromnych Chin, nie starczyłoby życia, ale przynajmniej ma jakieś wyobrażenie o tym przeludnionym hegemonicznym mocarstwie.

W Pekinie miał okazję zobaczyć „Letni Pałac”, podmiejską rezydencję mandżurskiej dynastii Tsing z XVIII wieku, a obok niego fantastyczny Letni Park, szczytowe osiągnięcie sztuki ogrodowej. Czego tam nie ma: rozliczne kanały, stawy, stawiki, mosty, pagody rozsiane na pagórkach, rośliny ozdobne, fantazyjne malowidła, rzeźby, posągi. Do tego jaskrawość kolorów: złoty, błękitny, bordowy. Pomieszanie stylów z dominacją barokowej przesadności. A ponadto teatr cesarski pełen zdobień i malowideł i jeszcze słynna „Łódź Marmurowa” – cesarska zachcianka.

Czytam o dziwach pałacu i parku ”Ihojuan” w Pekinie i myślę sobie, że mieszkając na wałbrzyskiej ziemi nie musimy tak bardzo zazdrościć Chińczykom. Mamy przecież „pod ręką” pałac w Książu i rozległy park, wprawdzie nie wypełnione tak bogato dziełami sztuki i rzemiosła artystycznego, ale za to w jak malowniczym, urzekającym miejscu. Mamy też powody by być dumnymi i cieszyć się z tego, że pałac jest w odnowie, staje się coraz piękniejszy i ciekawszy, że odbywają się w nim atrakcyjne imprezy kulturalne, że coraz mocniej promieniuje kulturą i historią w całym regionie wałbrzyskim.

Piszę to pod wrażeniem licznych imprez kulturalnych w Książu organizowanych przez Fundację Księżnej Daisy. Co roku mamy okazję oglądać inscenizację przejażdżek alejkami parkowymi księżniczki Daisy von Pless, żony Hrabiego Rzeszy, Hansa Heinricha Hochberga XVI w strojnej karocy i w towarzystwie licznego dworu, a następnie delektować się ekspozycją fotograficzną z czasów minionych, w której naczelną postacią jest właśnie księżna Daisy. Nadszedł wreszcie czas popularyzacji jej biografii i ukazania zasług dla pałacu i parku, ale także dla Polaków, których darzyła sympatią.

Pałac i Park w Pekinie wypełnione są zwiedzającymi. I tak jest przez cały boży rok. Niestety, Bóg tam jest inny, nie ten z naszego Kościoła. Mało tego. Objawił się znacznie wcześniej wraz z Buddą, który żył w latach 560-480 p.n.e. Narodził się w Indiach i stamtąd – przez Bakterię – dotarł do Chin. Trzydziestoletni Budda zostawiał żonę, dziecko, oddał się ścisłej ascezie i zbawieniu ludzkości. Głosił ideę braterstwa i miłości bliźniego. Doznawszy objawienia pod drzewem figowym w Benares ogłosił wszem i wobec „Cztery szlachetne prawdy”:

1. Na początku życia jest cierpienie.

2. Kto pragnie, ten cierpi (np. pragnienie miłości, bogactwa, władzy).

3. Usuń pożądanie, usuniesz cierpienie.

4. Drogą do tego jest „ośmioraka ścieżka” (wiara, postanowienie, mowa, czyn, należyte życie, dążenie, pamiętanie, medytacja).

Buddyzm to wiara w reinkarnację, to odrzucenie pośredników w rozmowie z Niebem. Ta religia, choć nie jedyna, odgrywa istotną rolę w życiu Chin. W centrum drugiego co do wielkości miasta Chin, Szanghaju, znajduje się świątynia „Nefrytowego Buddy”. Być w Szanghaju, a nie widzieć klasztoru z posągiem Buddy, to tak jak być w Rzymie, a nie zwiedzić Forum Romanum.

Głuchy odgłos bębnów, tajemny nastrój kadzidła. Krzątający się mnisi w pomarańczowych szatach i z wygolonymi głowami. Ogromny ołtarz Bogini Miłosierdzia, która jako żywo przypomina naszą „Czarną Madonnę” z Częstochowy. Posąg siedzącego Buddy z podwiniętymi nogami wyrzeźbiony z jednego olbrzymiego kamienia nefrytu, przywieziony ongiś z Birmy, znajdujący się w osobnej pagodzie ukrytej w głębi klasztoru. To wszystko robi wrażenie. Wchodząc tam trzeba zdjąć obuwie, dopiero wtedy można stanąć przed tajemniczym obliczem Buddy. W jednej z kadzielnic co gorliwsi turyści palą banknoty, składając w ten sposób symboliczną ofiarę, żeby przodkom w zaświatach pieniędzy nie brakowało. Mnisi jednak wyraźnie wolą, by pieniądze trafiały do rozstawionych gęsto skarbonek.

Czytam o tym wszystkim i myślę sobie: to dobrze, że Wałbrzych sięga do swych korzeni, że znalazł kandydatkę na swoją patronkę w osobie prześlicznej Walijki, Daisy. Walia może okazać się nam tak samo bliska jak Irlandia, czego dowodów dostarczyli kibice z tej odległej, choć bliskiej naszemu sercu wyspy w czasie zorganizowanego u nas w Polsce „Euro” w piłce nożnej. Mamy tak wiele wspólnego w historii.

Tam, w książańskim parku są takie ścieżki, na których można znaleźć ciszę i spokój, ucieczkę od bezdennie głupiej i wszechobecnej wojny politycznej, która ogarnęła nasz kraj, nie oszczędzając nawet Kościoła i ambony. Mamy tak wiele wspólnego z krajami azjatyckimi w religii i formach jej uprawiania. Coraz wyraźniej dociera do nas idea ekumenizmu w szerokim znaczeniu tego słowa, a więc zbliżeniu chrześcijan z innymi religiami. Ale to jest osobny temat, wymagający spełnienia jeśli już nie całej, to przynajmniej ostatniej z „ośmiorakiej ścieżki” – ścieżki medytacji, do czego gorąco zachęcam. To dobry sposób, by na jakiś czas w oderwaniu od burzliwej rzeczywistości ziemskiej przenieść się w krainę „niebiańskiego spokoju”.

 

***

 

Nie jestem trendy

 

Czytam na jednym z linków Facebooka: „Polacy! Bierzcie przykład z bociana. Bocian leci za granicę, ażeby przeżyć! A jeśli tam się znajdzie, może powiedzieć, że jest trendy”. Więc myślę sobie: powinienem wyjechać co najmniej do Londynu, nauczyć się ichniego języka, poznać z autopsji co się dzieje w brytyjskim wirtualnym świecie mediów, aby móc po powrocie szpanować w Tygodniku DB 2010 i być trendy. Inaczej duszę się w zakompleksionym, polszczyźnianym sosie zapyziałej Głuszycy pod Wałbrzychem, a moje pisanie psu na budę. Jaki ze mnie globtroter, jeśli usiłuję zachęcić młodych Czytelników do lepszego poznania ziemi wałbrzyskiej, posługując się w gazecie lub na blogu li tylko językiem Słowian. A przecież dla współczesnych trampów zrozumiała jest tylko nowomowa zaczerpnięta ze źródeł Albionu.

Ktoś napisał na Facebooku, że moje skrybanie to mała korpa i choć mój layout jest względnie user friendly, to jednak żaden to newsletter, a tylko zbiór backpacksserskich sznytów. Niestety, nie jestem hejterem, nie potrafię scrollować to co jest na czasie i vlogować w moje linki właściwego na czasie designu. A przecież dziś potrzeba banować zgodnie z duchem czasu, wyszło z mody eleganckie plonkowanie w starym stylu. W każdym tekście trzeba być cool, pisać slangiem zrozumiałym dla internautów i starać się dorzucić lakoniczny link do Yutuba. Najlepiej gdy się zna jakiegoś bota banującego spamerów na kanale ircowym, można wtedy przekazać nawet przykry mesadż z dystansem, z densflorowym luzikiem i wszystko bezpiecznie w nawiasach każualowej ironii. Wiem, znakomita większość banowanych w ogóle tego mesadżu nie zrozumie, chyba że zna angielski i na własny sposób potrafi wyguglać sens. W dobie Ice Bucket Challenge oraz splashów czas na nowoczesne opcje. I tylko wtedy możemy liczyć na odrobinę lansu. Nie potrzeba mnożyć lajków, wszystko robi się samo, a wtedy każdy link naczelnego Tygodnika DB 2010 na Facebooku, promujący mój felieton, po prostu pękałby w szwach od rekordowych powieleń w Youtube.

Wiadomo, starych drzew się nie przesadza, wcześniej czy nieco później i tak uschną. I ja czuję, że usycham, zwłaszcza gdy poczytam „denerwujące ekskursje w dyskursie” lansowanego w GW czołowego blogera naszych czasów, Wojciecha Orlińskiego, albo wejdę na stronę Youtube. Może dla zabicia czasu pobawię się jeszcze trochę w starym stylu, by nie zawieść garstki równych mi wiekiem wiernych Czytelników, ale furory w świecie internetowym już nie zrobię, do Londynu się nie wybieram, raczej na łono Abrahama. Nie zamierzam naśladować Agnieszki Radwańskiej i lać sobie na głowę lodowatą wodę, bo wszyscy tak robią, a potem rzucać selfie na stronę na Facebooku.

Wiem, że nie potrafię trafić do młodych, zresztą nie tylko ja. Młodzież znalazła się na marginesie propagandy polityków, bo większość z polityków jest po prostu niedzisiejsza. Żyje w fikcyjnym świecie, którego już nie ma. Kto z młodych ludzi jest w stanie wysłuchać od początku do końca wystąpień telewizyjnych prezydenta lub premiera, nie mówiąc o homilii prymasa, albo słuchać bełkotu Jarusia, który do złudzenia przypomina klasykę propagandową Bieruta lub Gomułki. Dla młodych liczy się nowomowa, a jej alter ego są smartfony, smsy, czaty, poczta internetowa, gry komputerowe, konsole do gier, no i slang skrótowy, efemeryczny, dosadny, a przede wszystkim obcojęzyczny.

 

Niestety, nie jestem trendy…

 

Gdyby ktoś mnie zapytał, dlaczego jednak piszę w Tygodniku DB 2010 odpowiadam bez chwili wahania: bo to jest gazeta super. Z zapartym tchem czytam co tydzień znakomite felietony J.B. i A.B. pisane bliskim mi językiem, a będących już znacznie ode mnie bardziej trendy i cieszę się, że naczelny jakoś mnie toleruje. Po cichu żywię nadzieję, że z braku laku znajdą się zawsze frustraci, którzy zdobędą się na heroizm, by doczytać do końca mój felieton, z którego trudno jednak współczesnemu hejterowi wyguglać sens.

Błagam moich, szczególnie młodych Czytelników, podejdziecie do mojego pisania z densflorowym luzikiem! Jutro będzie lepiej!

Stanisław Michalik

Tagi: ,