Historia nie musi się powtarzać

Polecamy27 stycznia, 2016

bohun bartkiewiczZdaję sobie doskonale sprawę z tego, że temat, który niniejszym poruszę, ściągnie na moją głowę, może nie gromy, ale słowa gorzkie, być może zarzucające mi całkowite przestawienie moich politycznych wektorów. Z góry więc zapowiadam, że nic takiego się nie dzieje i poglądów, tak jak przysłowiowa poczciwa krowina, nie zmieniam. Nadal jestem i pozostanę człowiekiem o sprecyzowanych poglądach lewicowych, chociaż nie zawsze było, nie jest i chyba nie będzie mi po drodze ze współczesną polską lewicą, uosabianą przez Sojusz Lewicy Demokratycznej, która tak naprawdę swą lewicowość gdzieś na politycznych meandrach zagubiła. Kiedy słucham Aleksandra Kwaśniewskiego, czuję bardzo mocny zapaszek Platformy Obywatelskiej, a kiedy wsłuchuję się w Leszka Millera, wyraźnie odczuwam jego zrozumienie dla istniejącej sytuacji politycznej i pragmatyczne podejście do Prawa i Sprawiedliwości i tego, co po odniesieniu zwycięstwa czyni. I od razu z góry powiem, że jest mi znacznie bliżej do Leszka Millera niż Aleksandra Kwaśniewskiego, czego zresztą nigdy nie ukrywałem. I to właśnie pragmatyczne podejście do PiS i polityki pozwala mi dostrzec nie tylko złe, ale i dobre strony zamierzeń prezesa Jarosława, nieoficjalnego naczelnika państwa, trzymającego w rękach lejce od uzd nałożonych wszystkim politykom wywodzącym się z obecnie rządzącej partii. I postrzegam, że nie wszystko co czynią musi być złe już z samego założenia. Oczywiście, co muszę z góry zastrzec, nie podobają mi się postaci, które prezes Jarosław postawił na czele organów mających wprowadzać w życie to, co pod jego przywództwem przez PiS zostanie w Sejmie uchwalone. Jako pragmatyka nie interesuje mnie więc, kto uchwalane przepisy będzie wprowadzał, tylko jak czynić to będzie i właśnie czyny te będę oceniał. Nie oznacza to oczywiście, że nie dręczą mnie jakieś obawy, czy uchwalane prawo służyć ma ogółowi, czy też tylko wąskiej grupie lub zgoła pojedynczym politykom. Czy prawo to ma służyć ludziom, czy być tylko narzędziem zemsty politycznej i osobistej. Jedno wszak trzeba mieć na uwadze, że jeżeli uchwalane prawa będą nadużywane w celach nie bardzo społecznych, to prędzej czy później, ci nadużywający zostaną odesłani do kąta, a uchwalone przez nich prawa obrócą się przeciw nim. I o tym, tak teraz martwiąca się o stan państwa opozycja, powinna wiedzieć, pamiętać i rządzącym stale przypominać.

Prawo i Sprawiedliwość dostało mandat społeczny od tych, którzy na nich glosowali, ale także od tej milczącej większości, która nie idąc do urn, dała wyraz swemu przekonaniu, że PiS im szkodzić nie będzie. Mając więc ten społeczny mandat, PiS ma prawo wprowadzać takie porządki, jakie uznaje za stosowne, aby tylko nie wprowadzało ich metodami nie mającymi z demokracją wiele wspólnego. Nie może więc zapominać – o czym niestety zapomniano zaraz po 1989 roku – że demokracja, to nie tylko prawo większości, ale przede wszystkim poszanowanie praw tych będących w mniejszości. I brak tej świadomości bardzo mi się w PiS nie podoba, ale podobają mi się niektóre zapowiadane działania i kierunki wyznaczone przez PiS i mam nadzieję, że zostaną szybko wprowadzone. Podoba mi się więc planowana zmiana prawa procesowego, a więc odejście od reform wprowadzonych przez koalicję PO – PSL, do których miałem bardzo krytyczne podejście, o czym, pisałem na łamach DB2010 w numerze 14 z 16.04.2015 („Orły Temidy made in Poland”), a więc w czasie, kiedy wszyscy myśleliśmy, że przed nami kolejne cztery lata rządów PO-PSL i prezydenta Komorowskiego. Jestem przekonany, że powrót po poprzedniego brzmienia kodeksu postępowania karnego jest posunięciem właściwym, albowiem reformatorzy z PO i PSL bezrefleksyjnie ściągnęli amerykańskie wzorce procesowe, nie zważając na to, że w Polsce panuje nie tylko inna kultura prawna, ale i obyczaje oraz warunki ekonomiczne. Podoba mi się też planowana reforma prokuratury i podporządkowanie jej ministrowi sprawiedliwości, którym przecież Zbigniew Ziobro w nieskończoność nie będzie. Przemawia do mnie argumentacja posła Piotrowicza z PiS, że niezależne mają być sądy, ale nie prokuratura. Przecież nikomu do głowy nie przychodzi pomysł, aby Komendanta Głównego Policji, a więc i całą policję, wyłączyć spod nadzoru ministra spraw wewnętrznych (analogicznie ABW i CBA podlegające premierowi), aby uchronić ją od politycznych wpływów rządzących. Zarówno policja, jak i prokuratura są organami państwa powołanymi do ochrony jego podstawowych interesów, a więc do fizycznej i prawnej ochrony istniejącego porządku i bezpieczeństwa obywateli. Dlatego więc państwo (w tym przypadku rząd) musi mieć wpływ na funkcjonowanie tychże organów, a może to czynić tylko w ten sposób, że nad ich działalnością będzie sprawować ścisły i bezpośredni nadzór. Nie tylko ja, bo przede wszystkim bardzo wielu wybitnych prawników, uważa, że zbyt duża autonomia prokuratury, czyli organu, który stosuje represję, może doprowadzić ją (w skrajnej postaci) do wszechwładzy. Istotnym jest też problem ewentualnego zagrożenia, wynikający z niezależność od rządu, nie realizowania polityki karnej państwa. Trzeba zawsze pamiętać, że w sytuacji, kiedy prokuratura posiada tak znaczną autonomię, może powstać istotny problem z społeczną kontrolą jej działalności, z czym sejmowa komisja sprawiedliwości zetknęła się już niejednokrotnie. Ścisła i indywidualna kontrola nad postępowaniem poszczególnych prokuratorów jest szansą dla tych, którzy zetknęli się z ich niekiedy wręcz kuriozalnymi decyzjami (nie mającymi z prawem naprawdę wiele wspólnego), odmową wszczęcia postępowań bez należytego prawnego i faktycznego uzasadnienia, a nawet z czynami karalnymi, chronionymi przez prokuratorski immunitet. Teraz przełożony będzie miał możliwość bezpośredniego i osobistego wpływu na decyzje prokuratorów, co przecie nie koniecznie musi znaczyć, iż będzie ich zmuszał do działań nieetycznych lub niezgodnych z prawem. W czasach rozdziału prokuratury i ministerstwa sprawiedliwości (od 31.03.2010) ilość nagannych zachowań prokuratorów jakoś dzisiejszym obrońcom demokracji wcale nie przeszkadzała, choć było tego bez liku.

Nie mam też zastrzeżeń, co do planów zawładnięcia Telewizją Polską i Polskim Radiem, bo w czasach rządów poprzedników PiS, każda partia czyniła dokładnie to samo. Faktem jest, że z pracy wyleciało już wielu dziennikarzy, ale nie byli oni wzorcem obiektywizmu, o czym np. najbardziej dowodnie przekonywał się wielokrotnie Sojusz Lewicy Demokratycznej. A teraz, już po paru dniach rządów Jacka Kurskiego, do udziału w niedzielnym programie TVP Info „Na Woronicza 17” został zaproszony przedstawiciel SLD, Włodzimierz Czarzasty, co pod rządami „obrońców demokracji i pluralizmu”, od czasów wypadnięcia SLD z parlamentu, się nie zdarzyło. No i w dalszym ciągu w TVP zatrudniony jest Tomasz Lis. I tym optymistycznym spostrzeżeniem kończę w przekonaniu, że historia nie koniecznie musi się powtarzać, o czym również przekonana jest moja żona.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,