ABBA – ponowne zauroczenie

Polecamy27 stycznia, 2016

basinski felietonNie ma co ukrywać, byłem wzruszony, gdy niedawno telewizja zaprezentowała program „ABBA w Studiu 2”, nadany po raz pierwszy 13 listopada 1976 r. Prawie 40 lat temu… Chyba nawet zaszkliła mi się łezka, bo występ znakomitego i legendarnego szwedzkiego zespołu przypomniał mi rytmy i melodie z lat młodości, która zawsze przemija jak sen jaki złoty, zawsze za szybko, czasami niepostrzeżenie…

Na program ten trafiłem przypadkowo, bo po ostatnich manewrach władzy, postanowiłem wziąć rozbrat z telewizją publiczną, co po raz pierwszy uczyniłem przed 10 laty. Dotyczy to głównie programów informacyjnych, które prowadzą prezenterzy nie wzbudzający zastrzeżeń PiS i reszty jego towarzystwa, którym jakoś nie przeszkadza, że sporo ich kolegów wyrzucono na zbity pysk w imię „dobrej zmiany”. Cóż, przecież żyć trzeba chociaż kontraktów trudno się wstydzić, chciałoby się zapracować na wakacje na wyspach Hula Gula i opłacić zagraniczne studia potomstwa. Takie jest życie. Niestety… Zatem daruję sobie oglądanie służalczych twarzyczek i jeśli już zajrzę do telewizji publicznej, to tylko wtedy, gdy poczuję potrzebę jakiejś rozrywki (chociaż jej poziom jest często marny, co potwierdzają występy wielu kabaretów, których „tuzy” ograniczają się do strojenia debilnych min i masowego częstowania odbiorców uroczym słowem „kuźwa”) lub wówczas, gdy chcę zobaczyć serial. Ale przypomnienie występu zespołu ABBA zapisuję na plus „publicznej”.

Na wielki plus zapracowała sobie TVP sprzed 40 laty, sprowadzając do Polski wybitną grupę wokalno-instrumentalną. Podobno to jedyny przypadek w historii naszego show biznesu, gdy gwiazdy tej rangi przyjechały do kraju między Odrą a Bugiem krótko przed wydaniem swojej najpopularniejszej płyty. W tym przypadku chodziło o „Arrival”, a utwory „Knowing me, knowing you” i „Money, money, money” miały wtedy światową premierę. Agnetha Faltskog, Benny Andersson, Bjoern Ulvaeus i Anni-Frid Lyngstad (pierwsze litery ich imion złożyły się na nazwę zespołu) byli w tamtym okresie na absolutnym światowym topie.

Koncert w Studio 2 otwierała scena zejścia ze schodów z piosenką „Dancing Queen”. Schody były bez poręczy, a należało przejść 6 metrów, a więc około dwóch pięter. Szwedzkie dziewczyny długo nie mogły się na to zdecydować. Ale później już wszystko poszło fantastycznie.

Mieszkaliśmy wtedy z żoną i 6-letnim Robertem na wyższych rejonach Białego Kamienia. Program, na który czekaliśmy z wypiekami na twarzy, oglądaliśmy w towarzystwie przyjaciół z tej samej ulicy Dąbrowszczaków. Obok telewizora ustawiłem magnetofon szpulowy Grundig i nagrywałem występ na trzymany w ręce mikrofon. Warunki, w porównaniu w dzisiejszymi, były więc przedpotopowe, co odbiło się na jakości nagrania, ale kto wtedy by się tym przejmował, gdy chłonęło się każdy dźwięk płynący z ekranu. Nagranie występu grupy ABBA wykorzystałem później w audycjach dla załogi koksowni „Bolesław Chrobry”, gdyż w tamtym czasie, oprócz udzielania się w gazecie zakładowej „Koksochemik Wałbrzyski”, prowadziłem również tamtejszy radiowęzeł. Poza tym nagranie uświetniło wesele mojej siostry i było wykorzystywane podczas licznych prywatek. Ech, gdzież te wspaniałe czasy!

Rok 1976 dla wielu to czas „schyłkowego Gierka” i poskromionego siłą („ścieżki zdrowia”) robotniczego protestu w Radomiu. Ale mnie kojarzy się głównie z Igrzyskami Olimpijskimi w Montrealu i złotymi medalami Jacka Wszoły, Ireny Szewińskiej, Tadeusza Ślusarskiego oraz ze wspaniałą victorią biało-czerwonych siatkarzy, zwyciężających w finale zespół ZSRR. I nie zamierzam za to dominujące u mnie skojarzenie przepraszać. Teraz młodzieży wbija się do głów, że tamten czas był smutny i siermiężny, z czym się kompletnie nie zgadzam i to nie tylko dlatego, że wiązał się z moją młodością. Wspominam sympatycznie ten rok także z powodu wakacji i wczasów zorganizowanych przez wałbrzyski „Galbut”, którego m. in. skórzane torby podbijały nie tylko Polskę. Były to tzw. wczasy pod gruszą, gdyż mieszkaliśmy we wsi Wodnica w gospodarstwie, którego jednym z atrybutów był drewniany wychodek i do którego trudno było dotrzeć zwłaszcza nocą, gdyż na drodze do przybytku z serduszkiem znajdowało się sporej wielkości gnojowisko. Ale miało to swoisty urok. Organizatorzy oduczyli wczasowiczów chodzenia, bowiem na plażę do pobliskiej Ustki i na każdy posiłek, z wyjątkiem śniadania, dowożeni byli spod morskich fal autokarem. To już 40 lat temu…

A na koniec: w sprawie geniuszu Jarosława Kaczyńskiego, pozostaniemy z Panem Januszem Bartkiewiczem już na zawsze w swoich okopach. Będę twardo bronił stanowiska, że zaszczytnego miana nie uzasadnia demolowanie państwa prawa i rujnowanie jego autorytetu za granicą oraz wykopywanie w społeczeństwie rowów nie do zasypania. Prezes specjalizuje się w szeroko pojętej destrukcji i w swoim życiu nie zbudował niczego pozytywnego. To kreator złych emocji, które wysyła swoim zwolennikom, a oni odwzajemniają mu się podobnymi. I tak się wzajemnie nakręcają. Wygrał wybory dzięki wykorzystaniu niskich instynktów swojego elektoratu. Nie byłoby Kaczyńskiego, to zwyciężyłby inny Kowalski, Nowak, czy Wiśniewski (przepraszam noszących te popularne nazwiska), fanatyczny polityk obsługujący podobne żerowisko ludzi nienawistnych i zakompleksionych, o osobliwym pojęciu patriotyzmu, zakładającym, że połowa Polaków to zdrajcy. Ludzi z nieustannym poczuciem krzywdy, których w Polsce nigdy nie brakowało. Prezes posuwa się do ordynarnych kłamstw, by ten elektorat utrzymać i uaktywnić („Polska się zwija!”, „Trybunał Konstytucyjny odbierze wam należne 500 zł. na dziecko!”), co moim zdaniem trudno uznać za błysk oszałamiającego intelektu.

Domyślałem się motywów kierujących moim Kolegą Felietonistą, ale sprzeciwiam się jego werdyktowi w sprawie rzekomego geniuszu Kaczyńskiego. Trudno, muszę nauczyć się żyć z poczuciem zasugerowanych mi niedostatków inteligencji oraz niezrozumienia intencji mojego adwersarza.

Andrzej Basiński

Tagi: ,