Układ przeciwsobny

Polecamy20 stycznia, 2016

SONY DSC

 

 

 

 

 

 

 

Dziś, przed kolejnym weekendem, nie mam sumienia zadręczać moich wiernych Czytelników jakimiś uczonymi wywodami. Proponuję coś lżejszego, tym razem nawet zabawniejszego, ze świata poezji. Ale poezji wziętej z życia. Przeczytajcie co niezwykłego udało mi się napisać dawno, dawno temu na cześć pewnej białogłowy:

 

Ty jesteś

 

Ty jesteś vox naura, vox Dei,

lotny obłok sięgający nieba,

dym kadzielny pachnący mirrą,

marsz Mozarta grany pianissimo.

 

Ty jesteś żelazna sprężyna,

gwałt odciskasz w dwójnasób,

nie dajesz się uformować zewnętrznie,

nie pozwalasz uścisnąć bezwiednie.

 

Ty jesteś awionetką w hangarze,

mgłą, ulotną efemerydą,

która zawsze może ulecieć,

miejsca dłużej nie zagrzeje.

 

Ty jesteś góralską ciupagą,

lśnisz tandetnym połyskiem pozoru,

tam gdzie szukam naturalnej gładkości,

szczerzy zęby szorstkość rękojeści.

 

Ty jesteś głaz pustynny w tropiku,

promieniujesz energią odbitą,

każde z tobą mimowolne zetknięcie,

muska żarem gorącej oazy.

 

Ty jesteś – Salwatore Dali,

przezabawny mariaż purenonsensów.

 

Cóż dziwnego, że razem jesteśmy

układ przeciwsobny – push pull !

 

 

Napisałem ten wierszyk dla zabawy, by zabłysnąć swoją elokwencją… Było to oczywiście przed laty. Spodziewałem się, że od podmiotu lirycznego tego przekornego tekściku mogę dostać po uszach. Jego adresatka miała rzeczywiście kwaśną minę, ale zachowała należyty dystans. Powiedziała, że mógłbym pisać jaśniej o co chodzi. Nie zapytała nawet, co oznacza owe push pull. A po jakimś czasie moje dzieło sztuki poszło do szuflady. Traf chciał, że odgrzebałem je przypadkiem. Dziś ze zdumieniem odkrywam zadziwiającą trafność tych metafor. Przeżyliśmy razem szmat czasu. Jak to się stało, że ten „układ przeciwsobny” wytrzymał wszystkie próby i funkcjonuje nadal? Chyba to skutek praw fizyki, która głosi, że bieguny przeciwstawne się przyciągają. I to jest dobrze, że na tym bożym świecie wszyscy podlegamy żelaznym prawom natury. Chyba, że są wyjątki, ale to tylko po to, by potwierdzać regułę.

 

P.S. W słowniku wyrazów obcych, push-pull – od angielskiego push – popychać i pull – ciągnąć, elektrotechnika – układ przeciwsobny, układ dwóch połówek uzwojenia połączonych w taki sposób, że powstałe w obwodzie zakłócenia znoszą się wzajemnie.

I wszystko jasne! Znosimy się wzajemnie. Dlatego jesteśmy.

Byłoby dobrze gdyby układ push pull zafunkcjonował w naszej polityce i pozwolił znosić się wzajemnie. Jest ku temu mnóstwo powodów. Boję się, że poszliśmy już tak daleko, iż żadne autorytety i żadne racje nie są w stanie przywrócić rozsądku. Słowo kompromis zostało wykreślone z politycznego słownika.

Miłuj drugiego jak siebie samego, mówi najważniejsze przykazanie boskie. Ale to tylko w kościele, broń Boże na sali sejmowej, tam każdy kto ma przeciwne zdanie, to nasz wróg, a wroga trzeba zdeptać, zohydzić, wyeliminować. No tak, bo tam toczy się walka o władzę, a władza to najwyższy cel polityka. Władza, zaszczyty i pieniądze – to jest ich Bóg. A zwykły, przeciętny zjadacz chleba niech się cieszy, że żyje i dziękuje Bogu.

Ale to już jest osobny temat, którego tak chciałem uniknąć, ale nie dałem rady. W oczach wciąż mam bożyszcze sejmowych ław PiS-u, posłankę Krystynę Pawłowicz, u której w króliczej główce zrodziła się myśl, że publiczne media powinny być rządowe. Tak jest po 25 latach wolnej Polski znalazła się wybitna indywidualność, która zatęskniła za PRL-em. Mieli rację propagandziści tych czasów, kiedy głosili; że idee Lenina wiecznie żywe!

 

***

 

Potrzeba autorytetów

 

„Usta odczuwają niezmierną słodycz przy całowaniu kamienia, tak iż chciałoby się całować go bez końca”, pisał w swojej książce Abu Abd Ajjah Mohammed ibn Abd Allah ibn Mohammed ibn Ibrahim al.-Lawati at-Tandżi, znany jako Ibn Batuta. Dla ludzi Uzboju kamień był istotą boską. Jest to typowe dla mieszkańców pustyni, którzy oddają cześć wszystkiemu, co ich otacza – drzewom, studniom, kamieniom. Całowanie kamienia dawało ludziom nieomal zmysłową rozkosz.

Uzboj to rzeka wymarła. Nie ma już po niej śladu w pustynnej Turkmenii. Dawniej brała wody z Amu-Darii, przecinała pustynię Kara-Kum i wpadała do Morza Kaspijskiego. Była to piękna rzeka, długa jak Sekwana. Brzegi Uzboju stanowiły kwitnącą i ludną oazę. Były tu liczne faktorie, pojawiły się plantacje i ogrody. Oto co może sprawić woda. Jest początkiem wszystkiego, pierwszym pokarmem, krwią ziemi. W wodzie żyją ryby, wyśmienity pokarm wioślarzy i przemieszczających się wzdłuż rzeki karawan. Ryba była symbolem szczęścia. Każdy starał się żyć jak najbliżej Uzboju.

Agonia rzeki miała miejsce czterysta lat temu. Uzboj zaczął wysychać, jego energia słabła, a prąd utracił siłę. Stało się to samo, co w potokach górskich w czasie suszy. W parę miesięcy życie na przestrzeni kilkuset kilometrów wzdłuż rzeki całkowicie umarło. Exodus tysięcy turkmeńskich plemion, które w panice porzuciły swój dobytek i szukały ratunku, rzucając się w podróż przez pustynię, to makabryczna wyprawa śmierci.

Pisze o tym wszystkim z przejęciem i wzruszeniem Ryszard Kapuściński w znakomitej książce „Imperium”. Jak łatwo się domyśleć treść książki dotyczy Wielkiej Rosji, olbrzymiego pod względem obszaru imperium w czasach komunistycznych, kiedy nazywała się Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich. Jakie to było imperium, jak niezwykle przypadkowe, jak absurdalne pod każdym względem – ustrojowym, cywilizacyjnym, narodowościowym, kulturalnym, religijnym, rasowym pokazuje nasz wybitny reporter i pisarz Ryszard Kapuściński, relacjonując swoje wielomiesięczne podróże po tej rozległej przestrzeni.

O paradoksach Turkmenii wspominałem już wcześniej w jednym z postów, pokazując przy okazji marionetkową postać dyktatora, Sapatmurata Nijazowa, wiernej kopii Józefa Stalina. Dziś chcę skupić uwagę Czytelników na niezwykle interesującej postaci wymienionego powyżej Ibn Battuta, autora najsłynniejszych w świecie arabskim dzienników, wielkiego podróżnika i geografa, drugiego po Marco Polo odkrywcy nieznanych ziem i ludów w Afryce i Azji.

Abu Abdullah Muhammad Ibn Battuta (w takiej formie znajdujemy jego nazwisko w internetowych goglach), urodzony w 1304, a zmarły w 1377 roku, pochodził z Tangeru, dużego portowego miasta w Maroku. Tu odebrał wykształcenie z dziedziny prawa muzułmańskiego, stąd wyruszył zwiedzać świat, odbył kilka dalekich podróży, dzięki czemu zyskał sobie przydomek Rahhalat al.-asr (podróżnik epoki). W 1325 roku odbył pielgrzymkę do Mekki, w czasie której zwiedził także Egipt, Syrię i Arabię. Następnie udał się do Zanzibaru i innych miejsc w Afryce, skąd drogą morską dotarł do Persji, a dalej przez Azję Mniejszą (Turcję) nad Morze Czarne. Ale to nie koniec jego podróży po świecie. Dalsze miejsca, to rosyjskie stepy nad dolną Wołgą, Bułgaria, a dalej przez Bucharę, Samarkandę, Kabul do obecnej stolicy Indii, Delhi, gdzie przez pewien czas był sędzią (kadim). Następnie rok przebywał na Malediwach, gdzie chciał zostać sułtanem. Stąd udał się na Sumatrę, a dalej do Wietnamu, Chin, Cejlonu, Persji, i ponownie Egiptu. Tu zakończył na jakiś czas podróżowanie w roku 1349. Kolejny etap jego podróży prowadził do arabskiej Hiszpanii, na Sardynię, a dalej znów do Afryki, przez Saharę dotarł aż do Timbuktu, skąd powrócił do Fezu w Egipcie.

Jego wędrówki trwały w sumie ćwierć wieku (1325-1353), według współczesnych obliczeń przemierzył 750 000 mil, czyli 120 000 kilometrów jadąc i idąc. Owocem tych podróży była książka „Podarunek dla patrzących na osobliwości miast i dziwy podróży” zredagowana w 1355 roku. Dzieło daje pełny obraz społeczności muzułmańskiej XIV wieku. Zostało też przetłumaczone na język polski w 1962 roku pod tytułem „Osobliwości miast i dziwy podróży 1325-1354”.

Ale to nie wszystko, co wywołuje zdumienie. Drugą stronę medalu wypełnia jego sława w całym świecie arabskim, nie mająca sobie równej, nie licząc oczywiście Mahometa. Jest ona potwierdzeniem ogromnej potrzeby autorytetów we wszystkich społecznościach niezależnie od języka, kultury, religii. Ibn Battuta stał się arabskim idolem po wsze czasy. Jego imieniem nazywane są ulice i place. We wszystkich krajach arabskich, w większych miastach, można znaleźć jego pomniki. W bibliotekach znakomite wydania dzienników z podróży, dzieło jego życia. W Egipcie jest jednym z najwyższych autorytetów, czemu trudno się dziwić. W Dubaju wybudowano olbrzymi Hotel Ibn Battuta Gate by Mőrenpick, 10 minut od plaży, z siedmioma restauracjami w stylu marokańskim, z 20-metrowym basenem na dachu, zaś obok hotelu Centrum Handlowe Ibn Battuta. Jego imieniem nazwano krater na Księżycu.

To właśnie z jego książki pochodzi cytowane na wstępie zdanie na temat kultu kamienia u turkmeńskich osadników znad Uzboju.

O wszystkich tych i wielu, wielu innych osobliwościach wielkiego świata możemy przeczytać w dziełach naszego polskiego Ibn Battuty – Ryszarda Kapuścińskiego. Zachęcam gorąco do skorzystania z jego książek w najbliższej bibliotece.

Stanisław Michalik

Tagi: ,