Nowe światło w odkryciach zagadki „Riese”

Polecamy8 grudnia, 2015

SONY DSCPowracam do tajemnic kompleksu wojennego „Riese” w Górach Sowich, bo mimo, że czas upływa, a liczba badaczy zainteresowanych ich odkryciem rośnie, wciąż jeszcze tkwimy w domysłach i żyjemy nadzieją, że uda się wreszcie dotrzeć do sedna sprawy. Największą zagadkę kryją w sobie podziemia zamku Książ, nie mamy też stuprocentowej pewności co do tego, jakiemu celowi służyła przeogromna inwestycja militarna w masywie Włodarza i co się znajduje w dużej części nieodkrytych, celowo zablokowanych zawałami sztolniach. Dziś odżyła zupełnie niespodziewanie zagadka ukrytego w zasypanym tunelu kolejowym rzekomego „złotego pociągu”, a dzięki potędze mediów zainteresował się nią nieomal cały świat.

W celu lepszego poznania tematu przypominam relację ze spotkania z ogromnie ważną i niezwykłą osobą, wpisaną na trwałe w historię odkrywania tajemnic Riese – prof. Jackiem Wilczurem.

Z promocją nowej książki, „Raport Wilczura”, przybył swego czasu do Głuszycy jej autor, profesor Jacek Wilczur z Warszawy. Spotkanie autorskie miało miejsce w obiekcie obsługi ruchu turystycznego przy podziemiach Osówki. Salka wypełniła się po brzegi: dorośli, młodzież, członkowie stowarzyszeń zajmujących się odkrywaniem tajemnic Gór Sowich. Niezwykły gość, jeden z pierwszych odkrywców i badaczy podziemi w masywie Włodarza, Jacek Wilczur, rozpoczął spotkanie od wspomnień z początków swej kariery zawodowej. Działo się to właśnie tutaj, na Dolnym Śląsku, w latach sześćdziesiątych. Jako pracownik naukowy Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, zajmował się badaniem kompleksu „Riese” w Górach Sowich. Jak sam powiada, zdarł niejedne buty przemierzając podziemne korytarze tajemniczej inwestycji wojskowej III Rzeszy. To co dało się odkryć i zobaczyć przeszło najśmielsze oczekiwania. Ogrom tej nie do końca rozpoznanej, zagadkowej zbrojowni, utkwił na zawsze w jego pamięci. Jest to więź i mentalna, i emocjonalna. Profesor Wilczur określił ją dzisiaj, po tylu latach, że czuje się jakby powrócił do rodziny zastępczej.

Najnowsza pozycja serii Militarne Sekrety Wydawnictwa Technol z Krakowa „Raport Wilczura- Tropem Skarbów, Schowków i Zbrodniarzy Wojennych”, to pasjonująca książka wzięta z osobistych przeżyć i doznań Jacka Wilczura, jednego z najmłodszych żołnierzy Zgrupowań Partyzanckich Kedywu Armii Krajowej w okręgu „Jodła” pod dowództwem Jana Piwnika – „Ponurego” w Górach Świętokrzyskich.

Dwukrotnie ranny w walkach z Niemcami, dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, dwukrotnie osadzony i skazany na karę śmierci, odbity z więzienia tuż przed egzekucją – Jacek Edward Wilczur, historyk, prawnik, politolog, specjalista w zakresie niemcoznawstwa, dziejów Ukrainy i Litwy w latach II wojny światowej, o swojej książce mówi, że jej ukazanie się to tylko i wyłącznie zasługa niezwykłej odwagi wydawcy. Wprawdzie nie ma już cenzury, ale pozostał strach przed prawdą, a strach okazuje się nie gorszym parasolem ochronnym, niż dawny aparat cenzury. Hańbą dla słowa nauka jest to, że z każdą zmieniającą się ekipą rządzącą zmienia się interpretacja faktów historycznych.

Profesor J. Wilczur w gorzkich słowach ocenił traktowanie prac Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce jak piąte koło u wozu. A przecież jest to sprawa wagi państwowej – dotarcie do prawdy, odsłonięcie utajnionych mechanizmów zbrodni na narodzie polskim w czasie II wojny światowej. To jest sprawa narodu, a nie zmieniających się jak w kalejdoskopie polityków, rządów, prezydentów.

W skład zespołu, któremu profesor przewodniczy, wchodzą najlepsi znawcy tematu, badacze, specjaliści. Ich zadaniem jest oddzielenie prawdy od fałszu, tak jak w durszlaku. Plonem badań są książki, artykuły, raporty naukowe, bibliografia.

Sam profesor jest autorem wielu książek i opracowań naukowych. Opublikował w kraju i za granicą ponad 500 artykułów dotyczących zbrodni wojennych Niemiec Hitlerowskich i UPA na Ukrainie. Do najważniejszych jego książek należą: „Śmiertelny sojusz Hitler – Mussolini”, „Do nieba nie można od razu”, „Anglosasi nie jesteście Aryjczykami”, „Ścigałem Iwana Groźnego – Demianiuka”.

Najnowsza książka J. Wilczura to trzymający w napięciu raport z poszukiwań Bursztynowej Komnaty, tuszowania prawdy, zacierania śladów, usuwania świadków, raport z osobistych przeżyć niezwykłego człowieka, który pragnie pozostawić po sobie plon swych osobistych dociekań.

Prof. Wilczur stwierdził, że kompleks militarny „Riese” pozostanie jeszcze na długo tajemnicą, a to co udało się dotąd odkryć, to tylko surogat gigantycznej, niemieckiej inwestycji. „Olbrzym” stanowił zresztą tylko jeden z elementów rozległego planu budowy kompleksowego zaplecza militarno-wojskowego, obejmującego cały Dolny Śląsk. Naukowcy z głównej komisji poszukiwali wszelkiego rodzaju śladów materialnych i pisanych, materiałów źródłowych, archiwaliów, by udokumentować zbrodniczą działalność hitlerowców. Niestety, wcześniej zrobili to sowieci, zrabowali i wywieźli wszystko, co stanowiło jakąkolwiek wartość. Robili to przez wiele lat po wojnie. Demontowali szyny, mosty, fabryki, grabili dobra kultury. Czuli się zupełnie bezkarnie. To działo się pod skrzydłami władzy, nazwijmy to umownie – polskiej. Dlatego tak trudno jest odkryć i udokumentować prawdę. Podobnych jak w podziemiach Gór Sowich, zagadkowych, niewyjaśnionych, zdumiewających historii mamy jeszcze krocie. Od wojny minęło już sporo czasu, ale to nie znaczy, że powinniśmy dać sobie spokój i zaniechać dalszych poszukiwań i badań. To bardzo dobrze, że pojawiają się wciąż nowi, młodzi ludzie, którzy próbują iść tym tropem, pasjonują się odkrywaniem tajemnic wojennych w Górach Sowich i na całym Dolnym Śląsku.

Podobne zdanie na temat zadziwiającej obojętności władz wojskowych sprawą wyjaśnienia tajemnic kryjących się w podziemiach Gór Sowich, wyraził płk. Jerzy Cera na spotkaniu ponad stu przewodników sudeckich, które miało miejsc niedawno w Głuszycy. Otóż od lat 60-tych próbował on różnymi sposobami przekonać dowództwo wojskowe koniecznością podjęcia skutecznych działań odkrywczych w masywie Włodarza. Skończyło się na akcjach rozpoznawczych, których efektem były liczne raporty i artykuły prasowe, ale zawsze brakowało konkretnych decyzji i determinacji, by na większą skalę zająć się tym problemem.

Podobnie rzecz się miała z zagospodarowaniem turystycznym podziemnych obiektów w Górach Sowich. Widoczne tuż przy drodze z Walimia do Rzeczki, znajdujące się obok siebie trzy duże lochy wejściowe wydrążone w zboczu góry przez całe lata powojenne wabiły poszukiwaczy skarbów lub ciekawskich. Po wypadku śmiertelnym, w którym zginął młody chłopiec, postawiono bramy z napisem: wejście wzbronione. Dopiero w latach 90-tych, po załatwieniu formalności podjął się tego zadania wójt Jozef Piksa z Walimia i w 1994 roku miało miejsce uroczyste uruchomienie tzw. Lochów Walimskich. W dwa lata później w 1996 roku otwarto kawałek „podziemnego miasta” pod Osówką w Głuszycy, a w rok po tym pozostałą część, liczącą niespełna 2 kilometry podziemnych labiryntów. Pod koniec lat 90-tych udało się prywatnemu przedsiębiorcy Krzysztofowi Szpakowskiemu uruchomić największy, 3-kilometrowy obiekt podziemnych sztolni pod Włodarzem.

I w ten oto sposób, stanowiąca przez lata tajemnicę największa militarna inwestycja wojenna III Rzeszy, ujrzała światło dzienne.

Jak się wydaje, mamy obecnie nową sytuację. Tajemniczy „złoty pociąg” zapalił zielone światło dla wszelkiego rodzaju prób dalszego odkrywania tajemnic Gór Sowich. Jest o tym głośno i gorąco we wszystkich środkach przekazu, ale w ślad za tym ożywiły się władze samorządowe, różne stowarzyszenia i osoby prywatne, organizując odpowiednie badania terenowe i akcje poszukiwawcze. Jakie będą tego efekty, pokaże najbliższy czas. Jesteśmy znacznie bliżej niż dotąd rozwiązania wielu zagadek wojennych Gór Sowich.

Stanisław Michalik

Tagi: ,