Geniusz Jarosława

Polecamy8 grudnia, 2015

bohun bartkiewiczWydarzenia ostatnich dni sprawiły, że popadam w jakiś czarny pesymizm, co nigdy dotąd mi się nie przydarzyło, albowiem zawsze powtarzałem sobie i innym, iż jestem typem pesymisty optymistycznego, ale bycie takim staje się już po prostu niemożliwe. Ten czarny optymizm wywołuje świadomość, że chyba już nie doczekam czasów, kiedy Polska nie będzie ani socjalistyczna, ani kapitalistyczna, tylko normalnie demokratyczna, a prawo i sprawiedliwość będzie jedynie busolą, jaką państwo będzie się kierować, a nie zaś tylko pustą nazwą wypisaną na sztandarach jednej z partii politycznych.

Po tym swoistym credo zacznę jednak, od – być może – budzącego w niektórych zdziwienie, stwierdzenia, że jestem pełen niekłamanego podziwu dla Jarosława Kaczyńskiego. Stwierdzenia tego proszę jednak nie traktować, jako manifestacji politycznego przeorientowania, jako że jest ono jedynie efektem  myślenia dialektycznego, czyli dochodzenia do wniosków na podstawie zestawiania i analizowania faktów, o jakich dziś mówi „cała Polska”. Zacznę więc – tak, jak prezes Jarosław Kaczyński na samym początku kadencji nowego rządu – od mocnego uderzenia i powiem, że jestem pod wielkim wrażeniem jego przenikliwości i zdolności realizowania dawno postawionych sobie celów. Jest on – według mojej oceny – najbardziej skutecznym i pragmatycznym politykiem, jaki pojawił się w Polsce i to co robi, aczkolwiek w wielu aspektach nie zgadzam się z nim, budzi mój prawdziwy podziw. Dlaczego? Ano dlatego, że trafnie odczytał oczekiwania znaczącej części Polaków (nawet tych nie chodzących na wybory) i wykorzystał to propagandowo, wszem i wobec głosząc hasła socjalne, zgłaszane niegdyś nieśmiało przez współczesną lewicę. Działania takie były jednak tylko skutecznym marketingiem, mającym przykryć prawdziwy cel prowadzonej przez Jarosława Kaczyńskiego walki o władzę. I on ten cel osiągnął, między innymi przez to, że jego oponenci skoncentrowali się jedynie na  straszeniu ludzi okropieństwami PiS i namawianiu, aby głosować na Platformę Obywatelską, bo tylko ona – w ich mniemaniu – może Polskę od rządów Prawa i Sprawiedliwości uchronić. Wielu w to uwierzyło, przez co lewicy zabrakło jedynie 0,45% procenta, aby wejść do Sejmu i tym samym odebrać PiS możliwość samodzielnego sprawowania władzy. To właśnie te 0,45% głosów, brakujących Zjednoczonej Lewicy, leży u podstaw większościowego rządu, nie ma co ukrywać, kierowanego przez prezesa PiS, według znanego kiedyś powiedzenia, że partia kieruje, a rząd rządzi. Jestem przekonany, że głównym celem Jarosława Kaczyńskiego jest obalenie wszelkich ustaleń Okrągłego Stołu, którego strażnikiem głosiła się (wątpię, że szczerze) PO i stąd przyjęta taktyka, polegająca na permanentnej i bezwzględnej walce politycznej pomiędzy PiS, a Platformą. Miała ona za zadanie wywołać w społeczeństwie obraz przeżartej cynizmem, korupcją i nepotyzmem koalicji PO – PSL, przy czym obie te partie robiły wszystko, aby obraz ten potwierdzić i ugruntować. Chodziło o to, aby całkowicie zmarginalizować głosy tych, których udało się przestraszyć, a było to możliwie dzięki obowiązującej ordynacji wyborczej. I Jarosław Kaczyński rozegrał to wręcz genialnie.

Teraz dąży do głównego celu, czyli rządów „silnej ręki” i widać wyraźnie, że wzorem dla niego są rządy pierwszych sekretarzy PZPR z czasów PRL-u, kiedy to w obowiązującej konstytucji stało jak byk, że Sejm jest niepodzielnym i najwyższym organem władzy sprawowanej z woli ludu, czyli w dzisiejszej pisowskiej nomenklaturze, z woli narodu, a więc prawdziwych Polaków – patriotów. W czasach PRL Sejm zdominowany był również przez jedną partię, którą kierowało bardzo ścisłe, określone grono ludzi z I sekretarzem Komitetu Centralnego na czele. Konstytucja PRL istniała, ale praktycznie nikt (ani władza, ani społeczeństwa) głowy sobie nią nie zaprzątał. Jestem przekonany, że właśnie do takiej sytuacji zmierza obecnie prezes PiS i czyni to nie tylko inteligentnie, ale też wykorzystując cynicznie i bezwzględnie wszelkie słabości demokracji.

Na razie zrealizował dopiero najważniejszą część planu, czyli zdobycie, w demokratyczny sposób, niepodzielnej władzy politycznej, co daje mu (niezależnie od tego, że reprezentuje niewiele ponad 19% tzw. elektoratu) konstytucyjne prawo do przeprowadzenia wszelkich zmian dotyczących funkcjonowania państwa. Wszystkie te zmiany mają demokratyczną legitymizację i jest to fakt niepodważalny. Jednakże do czasu, do kiedy będą odbywały się w ramach istniejącego porządku konstytucyjnego. Takie jest prawo demokracji. Niestety widać, że PiS wiedzione czystym triumfalizmem, niesione falą emocji, podjęło próbę walki z przyjętymi w konstytucji zasadami funkcjonowania demokratycznego państwa prawa i czyni to w sposób, powiedziałbym, bezwzględny, nie oglądając się na obowiązujące przepisy, zasady i dobre obyczaje. Prezes Kaczyński dobrze wie, że te wszelkie planowane zmiany należy dokonać jak najszybciej, kiedy społeczeństwo uśpione obietnicami 500 zł dodatków na każde dziecko i obietnicą obniżenia wieku emerytalnego, nie będzie zdolne obalaniu demokracji przeszkodzić. Dlatego w ekspresowym tempie wymienia kierownictwa wszelkich resortów siłowych, służb specjalnych, wojska, administracji. Wolno mu, i tak też czyniły, chociaż nie w taki drapieżny sposób, wszystkie inne siły rządzące w Polsce po 1989 roku. Wszystko wskazuje na to, że prezes J. Kaczyński (de facto naczelnik państwa) podjął próbę obchodzenia Konstytucji RP poprzez ciąg faktów dokonanych. Przecież zwycięzcy nikt nie rozlicza, a PiS szykuje się do długich lat rządów i dlatego też grunt do tego musi sobie przygotować jak najszybciej, nie zawracając sobie głowy słabiutką opozycją. Na pierwszy ogień poszedł podstawowy filar polskiej demokracji, jakim jest Trybunał Konstytucyjny, a także cały system demokratycznego państwa, jakim jest zasada trójpodziału władzy. I chcąc całkowicie zapewnić sobie niepodzielne rządy, J. Kaczyński sprytnie, bo przez swoich aktywistów partyjnych, wmanewrował prezydenta Andrzeja Dudę w dosyć misternie utkaną pułapkę, która uniemożliwi mu „wybicie się na niezależność”. Pewna naiwność pana prezydenta (być może wynikająca z przywiązania ideowego), spowodowała, że dopuścił się on – ułaskawiając niewinnego Mariusza Kamińskiego – deliktu konstytucyjnego (złamania zasady niezależności sądów), za co może grozić mu Trybunał Stanu. A kto ma na tyle siły w Zgromadzeniu Narodowym, aby prezydenta przed tym trybunałem postawić? No właśnie. I na tym m.in. polega geniusz Jarosława Kaczyńskiego.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,