Remedium na rzeczywistość medialną – odciąć się od anteny!

Polecamy24 listopada, 2015

SONY DSC

 

 

 

 

 

 

 

Którejś wiosny napisałem wiersz, a jego tytuł „Prawda i słowo”:

 

 

jest wiosennie

odchodzi zimna zima

ściśnięci przy piecu

zamknęliśmy się w sobie

 

więc może już czas

odtajać zamarznięte serca

otworzyć usta

i zacząć mówić prawdę

 

w imię prawdy

ludzie ginęli na barykadach

słów prawdy łaknęli Polacy

jak kwiat dżdżu

w pielgrzymkach Jana Pawła II

 

odtajnienia prawdy

domagają się politycy

wszystkich opcji i nacji

 

prawda jest tylko jedna

grzmi falsetem ksiądz na ambonie

 

czy rzeczywiście jest

a może jej nie ma?

 

Przejąłem się do szpiku kości odsłanianiem prawdy smoleńskiej. To przecież niemożliwe, by samolot z parą prezydencką, orszakiem najważniejszych osób w państwie, przywództwem wojskowym, ochroną i załogą statku powietrznego, mógł ulec normalnemu wypadkowi z powodu li tylko złej pogody i determinacji pilotów, by mimo wszystko zdążyć na zaplanowane uroczystości katyńskie. Uległem presji medialnej, bombardującej świadomość przeciętnego odbiorcy coraz to nowymi odkryciami. Każde z nich było jeszcze bardziej przekonywujące. Spisek Tuska z Putinem, wytworzenie sztucznej mgły, celowa dezinformacja pilotów tupolewa z wieży lotniska w Smoleńsku, kamuflaż Rosjan przy ekshumacji zwłok, próby zwalenia całej winy na Polskę. Trudno się dziwić, co parę tygodni poznawałem inną prawdę. Dziś po upływie pięciu lat dalej wiem, że jej nie znam. Ukaże się jeszcze wiele nowych prawd. Po latach być może znajdą się kolejni odkrywcy spod znaku IPN-u, którzy tak samo jak z katastrofą samolotu gen. Władysława Sikorskiego pod Gibraltarem, zaczną od nowa wyjawiać prawdę. Mam już tego dość, domagam się prawdy, jedynej prawdy, prawdy prawdziwej, chcę wiedzieć, kto mówi prawdę. A prawdy jak nie było, tak nie ma.

Mamy za sobą kampanię parlamentarną, podobnie jak wcześniejsza – prezydencka, ujawniła ona podział kraju mniej więcej na dwie połowy i to zarówno co do liczby biorących udział w głosowaniu jak i tych co głosowali na PiS w stosunku do tych co głosowali na inne partie. Mogliśmy słuchać w radio i telewizji, czytać w gazetach i na portalach internetowych diametralnie różne zdania o partiach i ich kandydatach, obejrzeliśmy ich debaty telewizyjne, a wieczorem po ogłoszeniu wstępnych wyników ośrodka badań opinii publicznej – entuzjazm zwycięzców i konsternację przegranych. Pół Polski oszalało z radości, druga połowa pogrążyła się w rozpaczy i gniewie.

A teraz mamy w mediach „konkurs” analiz przyczyn i skutków tego co się stało, no i rzecz najatrakcyjniejszą (przynajmniej dla środków przekazu) – wyścig pomiędzy aspirującymi do władzy. Wiadomo, PiS który uzyskał większość parlamentarną w Sejmie i Senacie – bierze wszystko, ma się czym dzielić pomiędzy sobą, nie musi szukać koalicjanta. A PiS, to tylko przystawka, wiadomo kto tu rządzi. Pan i władca zadecyduje o podziale łupów, sam zaś schowa się za zasłonę, by nikt nie widział jego miny jedynowładcy – triumfatora. Broń Boże despoty, to przecież najgorliwszy katolik, codziennie powtarza w porannej modlitwie: i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy. Amen!

– Słowa są bardzo zużyte, dlatego sięgam po te najbardziej niezbędne – mówi w jednym z wywiadów Hanna Krall. Jej to przychodzi łatwiej, z niejednego pieca chleb jadła, przemierzyła kawał świata, spisała tony papieru, spośród słów potrafi wybierać te najcelniejsze. Największa sztuka, to umieć się streszczać, mówić do rzeczy, odpowiadać konkretnie na pytania, nie przesadzać, zachować umiar i takt. Ale jest jeszcze druga sztuka konieczna do tego, byśmy cenili przekaz medialny – poważne traktowanie odbiorcy. Media muszą odróżnić ziarno od plew, nie puszczać na antenę tandety i chłamu politycznego, nie zapraszać osób, których obecność na antenie deprecjonuje powagę programu.

Słucham i obserwuję znakomitości naszej TV i tej rządowej i komercyjnej (rządowej napisałem z rozmysłem). To co się dzieje w szklanym okienku telewizorów przechodzi ludzkie pojęcie, fonia zdominowała video. Na wszystkich kanałach strumienie słów, w rozmowach z zaproszonymi gośćmi po prostu bitwa na słowa, kto więcej i szybciej, kto mocniej, kaskady słów, wzajemne przekrzykiwanie, obsesyjna konieczność wyrzucenia z siebie wszystkiego co przynosi ślina na język, by być dłużej na ekranie, by pokazać swoją elokwencję, by zaimponować. Uczestniczą w tej szermierce słów po równo, i prowadzący audycję i rozmówcy. Słowa padają tu jak grad z jasnego nieba. Rażą jak pociski. Oszałamiają. A potem spływają po nas jak po mydle, bo i tak każdy z nas ma swoją rację.

Z tak poważnej rzeczy jak wybory media uczyniły igrzyska sportowe, a nawet gorzej „wolną amerykankę”. Liczy się tylko kto kogo usunie z gry, kto mocniejszy i brutalniejszy. Zwycięża ten, kto w kampanii wyborczej potrafi najlepiej kłamać. Wszystkie chwyty są dozwolone. Zanim nasze „ekspresowe” sądy spróbują dotrzeć do prawdy jest już po wyborach. Bronisław Komorowski był przez lata cenionym prezydentem, o czym świadczą wyniki badań opinii publicznej. Odszedł jednak wyrolowany. Wprawdzie nie przegrał z kretesem, ale przegrał. Był zbyt wysublimowany by stosować takie chwyty, jak jego konkurent. Mamy nowego kreatora sceny politycznej. Przebił wszystkich innych w koncercie obiecanek. Cieszymy się, bo nowe wydaje się zawsze lepsze od starego. To dobre słowo – wydaje się.

Próbuję, jak słaniający się na nogach pątnik, odnaleźć sens na tym cudami słynącym „ołtarzu”, zwanym demokratyczne wybory. Niestety, bezskutecznie.

Odchodząc od ekranu czuję się jak wyprany i odwirowany. Boję się, że moi Czytelnicy po tej lekcji kultury i dobrych obyczajów, jaką darzą nas media, czują się podobnie. Nie, nie piszę już nic więcej! W tym wszystkim jest tylko jedna prawda – szkoda słów!

Mój bliski znajomy mówi mi, że telewizor już dawno wyniósł na strych, w radiu słuchał muzyki, ale się nie da, bo trzy czwarte programów zajmują reklamy lub radiowe konkursy. Jak chce posłuchać muzyki – włącza kasety. I czuje się wolny jak ptak. W niedzielę wyborczą pojechał na ryby. Do lokalu mówi, szkoda zelówek. Nie interesuje go „mordobicie” pomiędzy partiami, tak samo jak zakłamanie konkursów w radio. Ci ludzie, co tracą godziny przed ekranem, to dla niego są narkomani, bo ekran działa na nich jak narkotyk. Tracą bezmyślnie nerwy i zdrowie. A tymczasem najzdrowiej odpoczywa się po pracy na łonie natury.

I co Wy na to, moi Czytelnicy? Czy to nie najlepsze remedium na bolączki dzisiejszego, zwariowanego świata polityki? Coraz bardziej się przekonuję, że tak.

 

P.S.

Było mi bardzo miło, gdy Andrzej Basiński wspomniał w swoim ostatnim felietonie o tym, że dawno temu mieliśmy okazję razem pracować w jedlińskiej szkole. Bardzo sobie cenię jego polemiki ze znakomitym Januszem Bartkiewiczem w DB 2010, czytam je z zapartym tchem i za każdym razem dochodzę do wniosku, że obaj mają rację. Cieszę się, że znajduję miejsce obok tak wytrawnych dziennikarzy. Pozdrawiam!

Stanisław Michalik

Tagi: ,