Brzmienie ciszy

Polecamy24 listopada, 2015

basinski felietonŻycie, chociaż jest dobrem najwyższym i często bywa piękne, jednocześnie nie kwapi się do rozpieszczania, twardo, a nawet brutalnie przywołując do rzeczywistości. Oczywiście, są wyjątki od tej reguły, czego stosunkowo nieliczni permanentni szczęśliwcy nie zawsze doceniają. Większość żegluje po wzburzonym oceanie, wypatrując z bocianiego gniazda zacisznego portu czy zatoki, gdzie można będzie odpocząć i napawać się spokojem oraz zebrać siły przed dalszą wędrówką.

Mijający rok, oprócz jednego mocnego pozytywnego akcentu, że w godzinach późnorannych bez nadmiernego wysiłku opuszczam łóżko, by ponownie się w nim znaleźć grubo po północy, nie najlepiej zapisze się w mojej pamięci. Dostarczył bowiem kilku ciężkich worków przykrych doświadczeń, które powoli staram się opróżniać. Takie jest życie. Są lata gorsze i lepsze. Nic tego nie zmieni. W tej sytuacji niezwykle cenną cechą jest umiejętność nieprzyzwyczajania się ani do blasków, ani do cieni i zachowania pełnej świadomości, że nic co doczesne, nie trwa wiecznie. Jednym z atrybutów życia jest zmiana. Oby jak najczęściej była to zmiana dobra.

Mam serdecznie dość polityki. Mijający rok grzmiał nią, dudnił, warczał, skrzeczał i oszałamiał. Często doznawałem obrzydliwego i przenikającego do trzewi dreszczu, jak w przypadku drapania kredy, szkła lub szkolnej tablicy. Druga dekada dwudziestego pierwszego stulecia wcale nie wyklucza bezkresnej głupoty, bezwstydnego cynizmu, szokującej bezczelności. Obiektywizm – won! Rozsądek – dziękujemy! Umiar – kupa śmiechu! Wszystko to w imię zgromadzenia jak największej liczby procentów, by tylko wparować do budynku przy ul. Wiejskiej i nie dać się stamtąd przegonić przez najbliższe cztery lata. A wcześniej pokazano, jak można wylać morze jadu, by zohydzić kandydata na prezydenta. Pamiętam, jakie miałem opory, by zaakceptować teorię Darwina, ale ciągle w nią wątpiących mogą powoli przekonywać oblicza z tegorocznych kampanii, wypisz, wymaluj, małp wyjątkowo złośliwych. Dosyć, dosyć. Przejedli mi się do granic odruchu wymiotnego ludzie osiągający Mount Everest pospolitego oszustwa oraz obsuwający się bez krzty godności na dno Rowu Mariańskiego w epatowaniu bezwstydem.

Królestwo za spokój. W ramach intensywnej kuracji odwykowej i psychicznych ćwiczeń rehabilitacyjnych, ograniczam do minimum kontakty z mediami w sferze polityki, wybierając m. in. powtórki nieocenionego serialu „Ranczo”. Słyszę w nim prorocze słowa, że w kampanii wyborczej liczą się emocje, a nie osiągnięcia dotychczasowej władzy, że tuż przed wyborami należy zaprezentować rywala jako świnię, np. złodzieja, żeby się to wryło w pamięć elektoratu, a potem się to odwoła, że nie ma się co przejmować realizacjami obietnic, że w zwycięstwie pomaga większa ilość wypuszczonych baloników, że należy zamieścić mnogość internetowych wpisów szkalujących kandydata. Znoszę to błogo i wypoczywam, gdyż mam do czynienia z celną satyrą na naszą polityczną rzeczywistość. A Duda, kandydat na wójta, jest nawet sympatyczny.

Stwierdzam, że nawet cisza ma specyficzne, kojące brzmienie i należy nauczyć się nią delektować. Jesień wyklucza rytmiczny szum morza, dlatego znaczenia nabierają spacery z psem Maksem, udającym grzywacza chińskiego. A już nastrój szczególny wytwarzają kompozycje Jeana Michela Jarre’a, a muzyka jego elektronicznych instrumentów pozwala (podobnie jak Vangelisa) na odlot w przestworza i kosmos bez palenia zioła i raczenia się zabójczymi prochami. Ostatnio z lubością wsłuchuję się w jego „Oxygene”. Błogość, uczta dla duszy…

Na jakiś czas odpocznę od polityki, ale, już na koniec, zobowiązany jestem do krótkiej odpowiedzi Januszowi Bartkiewiczowi, żeby nie pozostało fałszywe wrażenie, że podczas wymiany argumentów zaczęliśmy się kopać po kostkach. Komunikuję zatem z naciskiem, że określenie „kretynizm sterowany” skierowałem do ludzi bez obywatelskiego kręgosłupa, bezkrytycznie chłonących każdą brednię, którymi prawica zalewała kraj podczas minionych kampanii. Felietony Janusza Bartkiewicza świadczą o wyrazistości poglądów autora, który wielokrotnie dawał dowody, że nie daje sobą kierować. Zatem wspomniane określenie jego nie dotyczy. Panie Januszu, o ile tak się mogę do Pana zwracać, uśmiałem się z Pańskiego zarzutu, że pomogłem PiS wygrać wybory, a inne uszczypliwości pominę milczeniem. Proponuję: wypalmy fajkę pokoju, bo idą czasy niepewne i liczy się każda szabla. Chociaż zapewne jeszcze nie raz będziemy się różnili w ocenach rzeczywistości. A może będzie okazja wypić razem kawę lub odrobinę (?) czegoś mocniejszego za pomyślną przyszłość Polski, o którą się obawiam.

Jak napisałem, z mediów korzystam w sposób oszczędny, ale tak się jakoś dziwnie składa, że niemal każde włączenie telewizora obniża mi nastrój. Czołobitność, lizusostwo, bezkrytyczna służalczość, euforyczne i poniżające uwielbienie oraz, przepraszam, obezwładniające włazidupstwo dostojników partii władzy wobec Szefa nad Szefami – w stopniu powalającym. Leje się potokiem obrzydliwa wazelina, podnosi się poziom pychy. Lada moment Szef nad Szefami zostanie wyniesiony na ołtarze, ale przed kanonizacją musi się przecież jeszcze zemścić! Czy to przystoi przyszłemu świętemu? Nie dojdę. Andrzej – daj sobie spokój, nie warto! Posłucham ciszy…

Andrzej Basiński

Tagi: ,