Piękne lata siedemdziesiąte

Polecamy17 listopada, 2015

basinski felietonPodobno w każdej epoce wcale niemała część społeczeństwa ma skłonność do nadmiernego idealizowania lat swojej młodości. Inni chcą jej to wybić z głowy, szermując głównie argumentami negatywnymi, czasami skrajnie. Dopiero po dłuższym czasie historia dokonuje w miarę sprawiedliwej i obiektywnej oceny spornego okresu. Ale można i należy ten proces skracać, przede wszystkim z tego powodu, by nie mącić młodym w głowach.

Nie tylko w mojej opinii, tak się dzieje w przypadku przedstawiania przez część politycznych komentatorów, „niepokornych” historyków, twórców kultury itp. lat siedemdziesiątych minionego stulecia. Dokonując podziału na „wczesnego” i „późnego Gierka”, ci bardziej obiektywni generalizują, że pierwsza połowa wspomnianego okresu była czasem względnej poprawy warunków życia, a druga odznaczała się ich stopniowym pogorszeniem, wynikającym z powiększającego się zadłużenia kraju. Natomiast od radykałów młodzi otrzymują przekaz, że w sumie było smutno, szaro, siermiężnie, a nawet beznadziejnie, a społeczeństwo było przez władzę gnębione i prześladowane. To jawna bzdura i potężne nadużycie, będące ilustracją złej woli ich autorów. Przeciwko takiej prezentacji lat siedemdziesiątych mogę tylko zdecydowanie zaprotestować, bo wygląda na to, że ogromna większość obywateli tamtej Polski (zwanej pogardliwie Peerelem, które to określenie wkurza mnie sakramencko) jęczało z biedy i działało w podziemiu, nieustannie walcząc z bezpieką. Oglądając film „Miś”, śmieję się, ale zaraz potem szlag mnie trafia. Wprawdzie został nakręcony na samym początku lat osiemdziesiątych, ale jest przykładem manipulacji i fałszu, z którym spotykamy się przy ocenach okresu wcześniejszego. Talerze przytwierdzone do barowych stolików śrubami, a sztućce połączone łańcuchem, to wymysł mistrza Barei, którego skądinąd bardzo cenię. Ale jego komediowy nonsens, krańcowe przerysowanie, po latach przyjmowane jest przez młodych jako jeden z dowodów na upadek państwa i bardzo szkodzi wyrobieniu sobie przez nich zdania na temat tamtych czasów. Bronią je tylko ci, którzy byli rzetelnymi ich świadkami. Coraz ich mniej, a więc kolejne pokolenia będą otrzymywały obraz wypaczony. Mam nadzieję, że i stan wojenny zostanie kiedyś (chyba długo to potrwa) rzetelnie i sprawiedliwie osądzony przez historię, a ci, na których wypalono piętno morderców i sługusów ZSRR, już zza grobu obronią się argumentami, które teraz nie są przyjmowane do wiadomości.

Do końca moich dni będę lata siedemdziesiąte wspominał przyjemnie, z wielkim sentymentem, a nawet ze wzruszeniem. Pierwsza praca, pierwsze mieszkanie, chociaż tylko jednopokojowe. Wyjazdy z kolonijnymi grupami nad Bałtyk, wieczory przy ognisku ze śpiewem, który niósł się po lesie. Urozmaicone życie towarzyskie i sąsiedzkie, które teraz niemal powszechnie podupadło. Pierwsza Coca Cola, pierwszy kolorowy telewizor „Rubin”, chociaż jego kineskop stanowił zagrożenie. Totalne zauroczenie zespołem ABBA, który wystąpił w telewizyjnym Studio 2. Jednak bezdyskusyjnie największym (z żoną) dorobkiem, były dzieci. Pierwszym był Robert, który z powodu zagrożenia gronkowcem złocistym w szpitalu na Nowym Mieście, przyszedł na świat w Głuszycy. Teraz jest doświadczonym strażakiem w Wałbrzychu, służy ofiarnie zagrożonym i poszkodowanym, a czasami wraca pamięcią do swojego zawodowego chrztu, który odebrał krótko po ukończeniu szkoły podczas ogromnego pożaru w Kuźni Raciborskiej, największego w Polsce oraz w Europie Środkowej i Zachodniej po II wojnie światowej. Po Robercie urodziła się Marta, obecnie, do czasu odchowania dzieci, gospodyni domowa. Zainteresowania sportowe ma po ojcu i bardzo liczy na powrót na koszykarskie salony koszykarzy Górnika, których za czasów Daniela Puchalskiego i Andrzeja Adamka była zapalonym kibicem.

W latach siedemdziesiątych rozpocząłem współpracę ze „Sztandarem Młodych”, która trwała 20 lat, do końca istnienia gazety. No i studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie meldowałem się co dwa tygodnie. Jednymi z egzaminatorów była legenda reportażu, wspaniały obieżyświat Ryszard Kapuściński, literacki artysta bez Nobla oraz prof. Henryk Jankowski, filozof i etyk, mający w tym czasie swój program w TVP; dyktanda pisałem na zajęciach u prof. Andrzeja Markowskiego, obecnie przewodniczącego Rady Języka Polskiego, odpytywał mnie też prof. Antoni Rajkiewicz, późniejszy współuczestnik gdańskich Porozumień Sierpniowych oraz minister pracy, płacy i spraw socjalnych, a także dr Janusz Osica, historyk, wybitny znawca i autor książek na temat okresu międzywojennego, wspominany przez studentów przede wszystkim z powodu wyjątkowej życzliwości i wyrozumiałości.

A poza tym był mundial w RFN, w którym Orły Górskiego wstrząsnęły futbolowym światem, wcześniej remisując z Anglią na Wembley, a złote medale olimpijskie w Monachium i Montrealu (po 7!) zdobywali m. in. piłkarze, Władysław Komar, Jacek Wszoła, Tadeusz Ślusarski, Irena Szewińska i siatkarze. Ileż było emocji, wzruszeń i radości! Piękne, wspaniałe lata!

Jaki ten świat mały… W 1975 r. pracowałem w szkole podstawowej w Jedlinie-Zdroju, w której dyrektorem był Stanisław Michalik. Tam zakończyłem wtedy swoją siedmioletnią przygodę z belferstwem, gdyż korzystniejsze warunki zaoferowała mi redakcja „Koksochemika Wałbrzyskiego”, gdzie uczyłem się nowego fachu. Teraz, po 40 latach, z Panem Michalikiem sąsiadujemy na łamach Tygodnika DB 2010…

Andrzej Basiński

Tagi: ,