Polityka to misja

Polecamy22 października, 2015

Rozmowa z Jerzym Franckiewiczem, kandydatem KW Nowoczesna Ryszarda Petru w wyborach do Senatu RP.

 Portrait of a young beauty, plenty of copy-space

 

 

 

 

Wiele osób zadaje sobie pytanie: po co Pan – biznesmen zatrudniający setki osób – idzie do polityki?

Jerzy Franckiewicz: – Muszę przyznać, że to pytanie zaczyna mnie już denerwować (śmiech)…

 

Dlaczego?

– W rozwiniętych demokracjach zachodnich to jest normalny etap w karierze człowieka, który osiąga jakiś sukces. Czyli nabył doświadczenie i ustabilizował sytuację w firmach, w których zarządzają młodsi i zdolniejsi (tak jak u mnie się to dzieje). I teraz, kiedy widzę, że mam więcej czasu, gdy chcę podzielić się ze społeczeństwem tym swoim doświadczeniem, słyszę: po co ci to?! Nie oczekuję pochwał, ale zbyt rzadko słyszę, że dobrze robię…

 

Może te reakcje wynikają z postrzegania polityki jako czegoś złego i brudnego?

– To prawda. Ale jestem nie tylko przedsiębiorcą, ale także politycznym zwierzem. Obserwuję życie polityczne, dużo czytam i oglądam. Obserwowałem też jak działali niektórzy nasi przedstawiciele w parlamencie i mam krytyczne uwagi, ponieważ nie tak powinno to wyglądać. Były we mnie emocje, które w końcu wybuchły. Musiał być jednak jakiś impuls. Musiało się stać to, co się stało z Platformą Obywatelską, musiało się w moich firmach tak poukładać, żebym miał więcej czasu i wtedy nastąpił przełom: powiedziałem sobie, że nie mogę stać z boku i tylko patrzeć na to co się dzieje. Postanowiłem więc spróbować zaangażować się, by mieć choćby minimalny wpływ na to, co dzieje się w naszym regionie.

 

Co – według Pana – stało się w naszej polityce, że jest ona tak źle postrzegana i odbierana?

– Wydarzyła się katastrofa smoleńska, która została wykorzystana do kopania rowu między dwoma opcjami politycznymi. Poza tym do polityki trafia zbyt wielu ludzi, dla których stała się ona narzędziem do zarabiania pieniędzy i robienia kariery zawodowej. Moim zdaniem w polityce nie powinno się zarabiać, za to powinno się w niej pełnić misję społeczną. Powinno się to odbywać z pełnym zaangażowaniem, ze świadomością, że można mieć wpływ na zmiany w naszym społeczeństwie. Niestety, teraz w polityce jest wiele osób, które mówią: teraz jest mój czas, teraz się odkuję!

 

Kosztem wyborców, społeczeństwa?

– Nie, mając układy. Niestety, w naszym państwie jest za dużo etatyzmu, jest za dużo firm, które są łupem powyborczym. Proszę zobaczyć ile tysięcy osób na różnych stanowiskach zostanie wymienionych, jeśli Platforma Obywatelska przegra niedzielne wybory i straci władzę. Politycy nie chcą pozbyć się tych łupów, bo obsadza się na tych posadach rodzinę i znajomych…

 

Może Pan zbyt idealistycznie podchodzi do polityki?

– Być może. Skuteczna polityka to twarda w gra na zasadzie: jak wykiwać przeciwników, by moje było na wierzchu. Ale ja nie mam ambicji bycia rozgrywającym. Nie chcę tego. Nie jest też moją ambicją robienie furory w Warszawie, bo wydaje mi się, że nie mam do tego talentu, wiedzy i doświadczenia. Chciałbym jednak zdobyć tam autorytet polityczny, który tu – w regionie – pozwoli mi pomóc młodym, obywatelom – ludziom, którzy mają problemy. Bo powiedzmy sobie szczerze: senator nie ma żadnych mocy sprawczych.

 

To po co Pan kandyduje do Senatu RP?!

– Po to, by zdobyć uprawnienia, które wykorzystam do tego, by pomagać ludziom gdy – na przykład – władze samorządowe popełnią jakiś błąd w stosunku do takiego obywatela. Wówczas senator ma prawo interweniować i wpływać na pewne decyzje. Poza tym senator jedzie do Warszawy głosować i powiedzieć, że dana ustawa jest dobra lub zła. I na tym jego rola się kończy. Dlatego trochę denerwuje mnie taka zabawa w kotka i myszkę: co pan dla nas zrobi, jaki most czy aquapark pan zbuduje? Przecież senator nie ma żadnych funkcji wykonawczych! Mają je przedstawiciele władzy samorządowej: wójt, burmistrz, prezydent miasta. Więcej mocy sprawczych ma poseł niż senator – taki mamy ustrój. Nie ukrywam, że obserwowałem działalność naszego dotychczasowego senatora i nie mogę zrozumieć, dlaczego 300 tysięcy ludzi tu mieszkających w tym regionie nie potrafi wybrać spośród siebie reprezentanta, tylko musimy mieć kogoś dojeżdżającego do nas z Wrocławia. Nie znalazłem żadnych materiałów świadczących o jego wysokiej aktywności. Ale kilka dni temu w wywiadzie odkrył się i powiedział, że jego największą aktywnością było spotykanie się raz na miesiąc, czy dwa, ze wszystkimi wójtami, burmistrzami i prezydentami. A co z tego ma wyborca? Jeśli wyborcy mnie powierzą mandat, to moja kadencja będzie wyglądała zupełnie inaczej.

 

Czyli jak?

– Najprawdopodobniej w Świdnicy powstanie bardzo aktywne biuro senatorskie, w którym dyrektor wykonawczy i wolontariusze będą zajmowali się różnymi tematami. Wolontariuszami będą nie tylko studenci, ale także np. seniorzy, którzy już deklarują, że chcą ze mną współpracować. Trzeba im tylko stworzyć warunki, a oni pomogą mi reprezentować interesy obywateli. Chcę, by mieszkańcy Świdnicy, Świebodzic, Wałbrzycha i innych miejscowości naszego regionu mieli możliwość spotkania senatora lub osoby przez niego uprawnionej, która poprowadzi ich sprawy. Mnie nie interesują samorządowcy, tylko zwykli ludzie. Nie mówię, że się nie spotkam z jakimś wójtem, burmistrzem czy prezydentem. Jak trzeba będzie, to do nich pójdę. Ale mamy przecież telefony, komputery i możemy się za ich pośrednictwem komunikować, by załatwić konkretne sprawy. Dzięki temu możemy oszczędniej gospodarować czasem i poświęcać go sprawom naprawdę ważnym. I teraz mogę złożyć deklarację – nikt nigdy nie zrobi mi zdjęcia podczas przecinania wstęgi, bo senator nic nie wybudował! Dla mnie jest żenujące, gdy wyasfaltują 500 metrów drogi o szerokości 7 metrów, a stoi tam 10 parlamentarzystów oraz samorządowców i przecinają wstęgę, kłócąc się przy ty, kto ma to zrobić pierwszy, a kto ostatni. Stawiają mikrofony i głośniki, choć z reguły nie ma tam publiczności…

 

Ale są dziennikarze…

– I to jest też wasza wina – dziennikarzy, bo pomagacie im celebrować puste święta. Przecież to jest ich obowiązek, bo oni nie wydają swoich pieniędzy, tylko pieniądze pochodzące z naszych podatków!

 

Jaki problem uważa Pan za najważniejszy dla naszego regionu, którym chciałby się Pan zająć jako senator?

– Jestem świdniczaninem i do tej pory dobrze poznałem to, co dzieje się w powiecie świdnickim. Dobrze znam tutejsze problemy, z którymi zetknąłem się w czasie dotychczasowej działalności zawodowej, społecznej i filantropijnej. Ale w trakcie tej kończącej się kampanii, która była dla mnie niesamowitym przeżyciem, w której poznałem mnóstwo wspaniałych ludzi, poznałem także Wałbrzych. Znałem to miasto z wizyt w filharmonii na koncertach rotarian, w teatrze,  Rynku, w centrach handlowych, czy w tamtejszym bardzo dobrym szpitalu. Teraz poznałem środowiska i dzielnice, których dotąd nie znałem. Dowiedziałem się, że jest tam tzw. „Palestyna”, bo byłem na Sobięcinie i na Białym Kamieniu. I spotkałem się tam z osobami, które na co dzień pomagają tym, którzy najbardziej potrzebują pomocy w codziennym życiu. Bardzo mnie ujęli i bez względu na to, czy zostanę senatorem, czy nie, będę im pomagał bezinteresownie. To jest poryw serca.

 

I z tych porywów serca jest Pan najbardziej znany. Jest Pan przecież – między innymi – kawalerem orderu uśmiechu, oddanym pracy na rzecz dzieci.

– Chcę się dzielić tym, co mam. W ten sposób spłacam dług wdzięczności, jaki mam wobec społeczeństwa. Mam dwie dobre firmy, w których mam dobry kontakt z pracownikami i w których dbam o pracowników. I jak pomagam komuś, to nie za pieniądze z firmy, ale za swoje prywatne. Tak powinno to funkcjonować.

 

A co – jako senator – zrobi Pan dla przedsiębiorców?

– Na pewno będę popierał ustawy dające swobodę gospodarczą. Ona spowoduje, że ludzie będą odważniej zakładać firmy i zarabiać większe pieniądze. I trzeba Polaków do tej przedsiębiorczości zachęcać.

 

Wynik wyborów zmieni Pana życie?

– Nie wiem jak zareaguję na wynik wyborów. Nie wiem, czy odetchnę z ulgą, że zrobiłem dobry wynik, ale nie zostałem wybrany i nic się nie zmieniło, czy też odetchnę z ulgą, bo zostałem wybrany… Jeśli nie zostanę wybrany, to nic się nie zmieni. Natomiast jeśli wyborcy zaufają mi i powierzą mi mandat, to na pewno moje życie będzie musiało się zmienić. Bez względu na wynik wyborów planuję założenie fundacji, która będzie pomagała młodym ludziom chcącym prowadzić swoją działalność gospodarczą oraz osobom potrzebującym pomocy w życiu. Na pewno pozostanę społecznikiem, ale jeszcze bardziej zaangażowanym.

(RED)

Materiał wyborczy KW Nowoczesna  Ryszarda Petru

Tagi: , ,