Na białą flagę jeszcze za wcześnie

Polecamy13 października, 2015

bohun bartkiewicz6 października, zupełnie przypadkowo, wysłuchałem w telewizji znacznej części wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego, który z ogniem w głosie przemawiał na jakimś zgromadzeniu i z wielkim zdumieniem usłyszałem to, o czym od wielu lat nie tylko mówię, ale i piszę. Bo i ja uważam, że to co było w czasach PRL, nie było takie złe i wielka szkoda, że polityczne oszołomstwo, które po 1989 roku przejęło władzę, idące na smyczy Wielkiego Brata zza oceanu, wszystko, co w czasach minionych zbudowaliśmy, obróciło w perzynę. Aby się nie rozpisywać za wiele, wyjaśnię tylko, iż cały czas uważałem i uważam, że w Polsce winien istnieć silny sektor gospodarki państwowej, że zdrowie, nauka, kultura nie mogą być traktowane jak towar przynoszący jedynie zyski, a to co zostaje w kraju wyprodukowane musi przynosić zyski przede wszystkim Polsce, a nie obcemu kapitałowi, który się w Polsce panoszy. Uważam również, że istniejące w Polsce banki (obce) trzeba „udomowić”, a władza państwowa musi odzyskać swój władczy charakter. Ale przede wszystkim uważam – tak jak Jarosław Kaczyński – że „fundamentalnym obowiązkiem jest przywrócenie w Polsce sprawiedliwości” i to nie tylko społecznej, ale i też tej wynikającej z obowiązującego prawa i efektów działania organów, które do ochrony prawa, a więc i ochrony praw i obowiązków obywateli, zostały powołane. I na tym ostatnim punkcie chciałbym się chwilkę zatrzymać.

Od dłuższego już czasu pomagam w miarę moich możliwości – jak najbardziej społecznie – wielu osobom, które w starciu z organami państwowymi stają się bezradni i bezsilni, a nie stać ich na opłacenie coraz droższej, ale nie koniecznie coraz lepszej, pomocy prawnej. Przyszedł czas, że i ja znalazłem się w sytuacji, w której przyszło mi z bezsilności zaciskać nie tylko zęby, ale i pięści. Zastanawiam się więc, czy jest sens w zajmowaniu się cudzymi sprawami, waleniem głową w mur, walcząc o poszanowania prawa, kiedy nawet we własnej sprawie rady dać sobie nie jestem w stanie. A co jest tego przyczyną? Otóż jeden z wałbrzyskich stróżów prawa (co jest raczej określeniem mocno przesadzonym), z powodów, które w tej sprawie są raczej drugorzędne, posługując się fałszywą podstawą prawną dokonał sprawdzenia mojej osoby w bazie danych Krajowego Systemu Informacji Policyjnej, gdzie figurowałem, ponieważ zdarzyło mi się zachować na drodze publicznej (prowadząc samochód) niezgodnie z obowiązującym prawem. Aby uwiarygodnić legalność swego działania, jako podstawę sprawdzenia, podał chęć zarejestrowania mnie… i tu mam pewną zagwozdkę. Czy chciał mnie sprawdzić przed zarejestrowaniem jako kapusia, czy też jako osobę podejrzewaną? Tego nie wyjaśni już nikt, bo żadna taka rejestracja do systemu KSIP nie wpłynęła. I wpłynąć nie miała prawa, ponieważ to wszystko było jedną wielką lipą. W każdym bądź razie wpadłem na to i powiadomiłem o tym Komendanta Głównego Policji, słusznie podejrzewając, że doszło do naruszenia prawa. Więc kiedy KGP potwierdziła ten fakt, powiadomiłem też prokuraturę. Sprawa wydawała się prosta. Policjant popełnił przestępstwo, co zostało potwierdzone, w wyniku policyjnego wewnętrznego postępowania dyscyplinarnego, zleconego przez komendanta wałbrzyskiej policji, który stwierdził na piśmie, że funkcjonariusz dopuścił się rażącego naruszenia dyscypliny służbowej poprzez przekroczenie uprawnień i niedopełnienie obowiązków. Czyli klasyczne przestępstwo kryminalne opisane w kodeksie karnym. Dokument taki znalazł się w aktach prokuratury w Dzierżoniowie, gdzie skierowano moje zawiadomienie o przestępstwie. Moje, bo pan komendant, szef instytucji ściągającej przestępstwa, takiego powiadomienia do prokuratury nie złożył. Nie uczynił tego również jego szef z Wrocławia, a także ten z Warszawy, chociaż o tym wiedzieli. A co zrobiła dzierżoniowska prokuratura? Każdy się już chyba domyśla. Tak, ona wszczęte śledztwo umorzyła z powodu „braku dostatecznych danych wskazujących na popełnienie przestępstwa”. Mimo, że ma w aktach policyjny dokument, który jasno i wyraźnie stwierdza, że do przestępstwa jednak doszło, chociaż dokumentem tym nie jest zawiadomienie o jego popełnieniu. Nie chce mi się wierzyć, że są prokuratorzy cierpiący na dysleksję, przez co nie potrafią zrozumieć treści dokumentu, wysłanego z Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu, w którym jak byk stoi, że funkcjonariusz przestępstwa się dopuścił. To kuriozalne postanowienie zaskarżyłem oczywiście do sądu, a ten pozostawił sprawę bez rozpoznania, bo ponoć nie posiadam statusu osoby pokrzywdzonej, a więc zaskarżyć postanowienia prokuratury nie mam prawa. I w taki oto sposób pan policjant, który z prawa robi sobie przysłowiowe jaja, może w dalszym ciągu stać na jego straży. W tej sprawie można znaleźć jeszcze kilka innych tego typu „kwiatków”, ale nie rzecz w tym, abym je teraz tu opisywał. Teraz zastanawiam się, jak mam dalej postąpić i jedyne co mi przychodzi do głowy, to powiadomienie Prokuratury Generalnej i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, że panowie szefowie policyjni dopuścili się przestępstwa niedopełnienia obowiązku służbowego, albowiem o popełnieniu przestępstwa przez ich podwładnych nie powiadomili właściwych organów ścigania. Przecież kodeksu karnego nie uchwalono po to, aby go dzieciom, jako bajeczkę, przed snem czytać.

I teraz wracam do J. Kaczyńskiego, który budzi we mnie nadzieję, że takie sytuacje zostaną z naszej szarej rzeczywistości wyrugowane, ponieważ „fundamentalną koniecznością jest przywrócenie w Polsce zasad sprawiedliwości”. Wiem że dzisiaj uczynić tego nie zdoła lewica, nad czym boleję, ale wiem też (od starożytnych Chińczyków), że wróg mojego wroga, jest moim sojusznikiem. W każdym bądź razie białej flagi nie wywieszam i walczę dalej.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,