Wałbrzyskie złote runo

Polecamy9 września, 2015

bohun bartkiewicz31 sierpnia, poza tym, że w Polsce wąskie kręgi polityczne świętowały kolejną rocznicę wielkiej ściemy z 1980 roku, w Wałbrzychu odbyło się, pod kierownictwem wojewody dolnośląskiego, posiedzenie sztabu kryzysowego, poświęcone sprawie tzw. złotego pociągu, który podobno gdzieś pod miastem od dziesięcioleci zalega. Efektem końcowym obrad tego gremium, które zapewne miało do wglądu wszelkie dokumenty przedstawione przez tzw. znalazców, był oficjalny komunikat wojewody, z którego wynika, że nie ma żadnych dowodów na istnienie owego pociągu. Nie mniej jednak zostaną podjęte konkretne działania poszukiwawcze przy użyciu specjalistów i to nie tylko wojskowych. Oczywiście na koszt państwa.

W ubiegłym tygodniu (26.08.br.), na zorganizowanej przez prezydenta miasta konferencji prasowej, z udziałem pełnomocników prawnych osób mieniących się znalazcami „złotego pociągu”, jako pierwszy z obecnych na sali, zwróciłem się do pełnomocników „znalazców” , prosząc ich, aby w miarę precyzyjnie odpowiedzieli mi na jedno, mające zasadnicze znaczenie, pytanie. Otóż chciałem się dowiedzieć, czy na poprzedzającym konferencję spotkaniu z panem prezydentem, owi znalazcy (zgodnie z prawem o rzeczach znalezionych) przekazali mu znalezisko, w tym przypadku konkretne namacalne (czyli fizycznie istniejące) dowody świadczące o odnalezieniu pociągu ze skarbami, czy też przedstawili zgłoszenie, że mają jedynie informacje sugerujące, iż w na określonym obszarze taka rzecz może się znajdować. Wszak zażądali 10 procent znaleźnego, opierając się na obowiązujących przepisach. Pan mecenas zbył mnie stwierdzeniem, że chroni go tajemnica zawodowa i lokalizacji znaleziska nie może podać. Na moją uwagę, że nie pytałem o lokalizację tylko o to, czy faktycznie „rzecz” została znaleziona, odpowiedział, że sam tego nie wie. To mi wystarczyło i uznając, że wiem już wszystko i niczego istotnego się nie dowiem, opuściłem rzeczoną konferencję, by czasu po próżnicy nie marnować. Na drugi dzień obejrzałem „cały” zapis filmowy z przebiegu konferencji, jaki wałbrzyska telewizja kablowa Dami umieściła na portalu You Tube i okazało się, że moje pytanie do pana mecenasa zostało wycięte. Ciekaw jestem dlaczego, ale w zasadzie się domyślam. Tak na marginesie dodam, że według mnie to typowy przykład panoszącej się obecnie nierzetelności dziennikarskiej, ale mniejsza o to bo ani mnie ziębi, ani grzeje, jak działa ta kablowa telewizja.

Istotne jednak jest to, dlaczego o to pytałem, a pytałem dlatego, że wcześniej zadałem sobie trochę trudu i zapoznałem się z ustawą o rzeczach znalezionych, która dla tejże sytuacji ma znaczenie fundamentalne. Traktuje ona o rzeczach zgubionych lub porzuconych bez zamiaru wyzbycia się własności, a w tym konkretnym przypadku żadna z podanych możliwości nie zachodzi. Pociąg został przez właściciela ukryty, aby zawartość jego nie wpadła w ręce Rosjan nacierających intensywnie od wschodu. A więc niemieccy właściciele (kimkolwiek by nie byli) ani pociągu nie zgubili, ani go nie porzucili. Na marginesie dodam jedynie, że chyba wszyscy uważają, iż ówcześni hitlerowscy decydenci byli kompletnymi idiotami i pociągi ze skarbami, albo tajonymi aktami, kierowali wprost na nacierające wojska radzieckie, które w wyniku ofensywy styczniowej 1945 roku już w lutym znalazły się pod Wrocławiem, rozpoczynając operację pod nazwą „Festung Breslau”. Oblężenie miasta trwało od 13 lutego do 6 maja i w tym czasie z twierdzy, bez wiedzy radzieckiego wywiadu wojskowego, nie miała prawa wyrwać się chociażby mysz. A co dopiero pancerny pociąg pełen skarbów. Bardziej zatem prawdopodobna jest wersja o „złotym pociągu” składającym się z 12 wagonów zawierających część depozytów Centralnego Banku Rzeszy, który w listopadzie 1944 roku wyjechał z Wrocławia. Pociąg ten dojechał (co jest potwierdzone dokumentami) do miejscowości Petersdorf (obecnie Piotrowice) pod Jelenią Górą i prawdopodobnie wjechał do podziemi góry Sobiesz. Do tej pory nie został jednak odnaleziony, mimo licznych prób podejmowanych przez różne osoby i grupy poszukiwaczy.

Wracam do przepisów ustawy. Otóż wynika z niej, że „znalazca” zobowiązany jest zgłosić rzecz znalezioną do starosty, a następnie mu ją wydać, co winno być potwierdzone stosownym dokumentem. Dlatego pytałem, czy takiego rodzaju przekazanie (rzecz jasna całego pociągu przekazać fizycznie nie mogli) miało miejsce. Bo jeżeli tak, to z kolei starosta (w tym przypadku prezydent) powinien wywiesić stosowne obwieszczenie, aby umożliwić ujawnienie się właścicieli rzeczy znalezionej i zgłoszenie swoich praw do jej odzyskania. Jeżeli zatem owi znalazcy nic faktycznie i fizycznie nie znaleźli, to całe to postępowanie i ugody z prezydentem były niczym innym jak zwykłą farsą, na którą pan prezydent dał się nabrać. Zwłaszcza jeżeli chodzi o tzw. znaleźne. Zgodnie z ustawą (art. 10) „znalazca przechowujący rzecz, który uczynił zadość swoim obowiązkom, może żądać znaleźnego w wysokości jednej dziesiątej wartości rzeczy, jeżeli zgłosił swoje roszczenie najpóźniej w chwili wydania rzeczy osobie uprawnionej do jej odbioru”. Jeżeli rzeczy sam nie przechowuje, to może to uczynić osoba ją przechowująca. Konia z rzędem temu, kto mnie przekona, że na spotkaniu prezydenta z przedstawicielami „znalazców” mieli oni dowody na to, że rzecz znalezioną przechowują lub dali do przechowania komuś innemu. Komunikat wojewody wyraźnie potwierdza moją tezę, że panowie owi żadnego złotego runa pod Wałbrzychem nie znaleźli, a jedynie wskazali przypuszczalną lokalizację czegoś, co być może jest niemieckim pociągiem pancernym. I jeżeli państwo polskie pociąg ten znajdzie, to rzekomym znalazcom przysługuje jedynie prawo do stosownej nagrody, o której zresztą sama ustawa stanowi.

Janusz Bartkiewicz

 www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,