W referendach udziału brać nie będę

Polecamy2 września, 2015

bohun bartkiewiczGłosowanie polega nie tylko na tym, że wrzucając kartę wyborczą z krzyżykiem postawionym przy nazwisku kandydata, oddaję na niego głos, bo głosować można również nie oddając głosu w ogóle. Postępując tak, daje się wyraz temu, że żaden z kandydatów nie zasługuje na to, aby na niego swój głos oddać. Dlatego nie zgadzam się z twierdzeniem, że głosowanie to obywatelski obowiązek, albowiem nasza konstytucja o żadnym takim obowiązku nie mówi. Mówi natomiast o prawie do udziału w referendum oraz prawie wybierania Prezydenta Rzeczypospolitej, posłów, senatorów i przedstawicieli do organów samorządu terytorialnego. Oczywiście wtedy, kiedy obywatel najpóźniej w dniu głosowania lub referendum, kończy 18 lat, a także, jeżeli na mocy owiązujących przepisów nie został pozbawiony tego prawa. Tak więc udział w głosowaniu i referendum żadnym obowiązkiem nie jest, a obywatel ma niezbywalne prawo z prawa tego skorzystać lub nie. Korzystając z tego prawa, w referendum wrześniowym i październikowym udziału brać nie będę, co nie oznacza, iż nie wyrażam swojej wolnej woli. Otóż wyrażam, a moja absencja referendalna głosić będzie, że nie zgadzam się na to, aby panowie prezydenci – kosztem powagi samego państwa, dla celów politycznych – zarządzali sobie referenda, uznając mnie tym samym za zwykłego głupa. Ja, jako obywatel Rzeczpospolitej Polski, szanuję swoją Konstytucję, uchwaloną wolą obywateli, którzy w referendum konstytucyjnym 25 maja 1997 roku wzięli udział. Byłem wśród nich i głosowałem za poparciem uchwalonego przez Zgromadzenie Narodowe (przypomnę, że chodzi o wspólnie obradujący Sejm i Senat) najwyższego aktu prawnego w Polsce. Dziś nie dam się nabrać, że ogłoszenie tych dwóch referendów było efektem jakiejś nadzwyczajnej troski o dobro Polski i Polaków, bo głoszenie takiej tezy jest nie tylko kpiną zwyczajną, ale także wyrazem przekonania, iż ciemny lud wszystko kupi. Były już prezydent ogłosił wolę przeprowadzenia referendum ze zwykłego strachu, że przegra wybory. I to właśnie było jedynym i prawdziwym powodem, dla którego nagle w nocy doznał olśnienia i ogłosił je ciemnemu ludowi. Politycy z Platformy Obywatelskiej rżną obecnie przysłowiowego głupa i chcą mi wmówić, że Bronisław Komorowski kierował się jedynie potrzebą uwzględnienia woli narodu, która ujawniła się w tym, iż niejaki Kukiz szansonista w wyborach prezydenckich uzyskał 20 procent poparcia. I chociaż wspomnianego Pawła Kukiza poparło niewiele ponad 3 miliony obywateli (na prawie 15 milionów głosujących), były już (na szczęście) prezydent uznał, że jest to wola całego Narodu. A ja przypomnę Bronisławowi Komorowskiemu, że w wyborach tych nie wzięło udziału ponad 51procent Polaków, co świadczy, że i oni JOW-y (jednomandatowe okręgi wyborcze) szansonisty Kukiza mieli w zupełnie innym niż głowa miejscu.

Jednakże udziału w tym referendum nie wezmę też i z innego powodu. Może nawet najważniejszego. Otóż z całym przekonaniem twierdzę, że będzie ono niekonstytucyjne, albowiem referendum nie może dotyczyć zasad określonych w ustawie „Ordynacja wyborcza”, która za Konstytucją RP stanowi, że wybory do Sejmu Rzeczypospolitej są „są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne”, a to oznacza, że zmiana tego systemu może nastąpić jedynie w drodze zmiany Konstytucji. A droga ta określona jest w art. 235. Z analizy tego przepisu wynika, że najpierw należy przeprowadzić całą sejmową procedurę legislacyjną w sprawie uchwalenia ustawy o zmianie Konstytucji RP. Następnie, po uchwaleniu takiej ustawy, 1/5 ustawowej liczby posłów, Senat lub Prezydent Rzeczypospolitej, mogą zarządzić przeprowadzenie w tej sprawie referendum ogólnokrajowego, ale jedynie wtedy, kiedy ustawa o zmianie Konstytucji RP dotyczy przepisów rozdziału I, II lub XII. Każdy, kto chociaż raz do Konstytucji RP zajrzy, bez trudu powinien zauważyć, że art. 96 stanowiący o proporcjonalności wyborów do Sejmu zawarty jest w rozdziale IV, a więc jego zmiana nie wymaga zatwierdzenia przez referendum. Były już (na szczęście) prezydent postawił więc sprawę na głowie, bo zamiast zainicjować procedurę zmiany konstytucji, zaproponował niekonstytucyjne rozwiązanie, czyli referendum ogólnokrajowe. Dlaczego tak uczynił wiadomo, ale dlaczego prezydent Andrzej Duda tego pomysłu Bronisława Komorowskiego nie wrzucił do kosza – a mógł – trudno zrozumieć. Ja tłumaczę to sobie tym (a nie jestem w tym odosobniony), że prezydent Andrzej Duda zechciał stworzyć swojemu ugrupowaniu politycznemu poręczny oręż w propagandowej wojnie przeciwko Platformie Obywatelskiej. A w wojnie PO – PiS uczestniczyć nie mam zamiaru. Uważam zresztą, że tak też powinni postąpić wszyscy świadomi Polacy, dla których Konstytucja RP nie jest tylko świstkiem zadrukowanego papieru. Pozostałe pytania, jakie w tym referendum zostały postawione, są jedynie listkiem figowym dla przykrycia celu prawdziwego, czyli marzenia Bronisława Komorowskiego o pozyskaniu tych 20 kukizowych procentów. Żałosne to bardzo i byłemu prezydentowi nie wystawia dobrej oceny. Zresztą, co do tego nigdy nie miałem złudzeń.

Udział w referendum to tylko zmarnowany czas (100 milionów zł i tak zostanie zmarnowanych), bo nawet gdyby jakimś cudem referendum miałoby moc wiążącą, to ja pytam: kogo? W polskiej konstytucji nie ma ani jednego przepisu, z którego wynikałaby jakakolwiek sankcja w stosunku do posłów, którzy ustawy zatwierdzającej wyniki referendum nie uchwalą. Chyba, że PiS zdobędzie w przyszłym Sejmie i Senacie taką większość, że ustawy o zmianie Konstytucji RP będzie mógł przeprowadzić zgodnie z Konstytucją RP. Rzecz w tym, że Prawo i Sprawiedliwość do jednomandatowych okręgów wyborczych nie pali się, ani też nie marzy o tym, aby zlikwidować finansowanie partii z budżetu, co wynosi jedynie 54 mln zł rocznie, łącznie dla wszystkich partii tak finansowanych. Ale o tym innym razem.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,