Tygodnik DB2010

Jestem niewinny

bohun bartkiewicz Niedawno zapadł wyrok w sprawie, o której na łamach Tygodnika DB2010 pisałem już kilka razy, więc i teraz wypada zamieścić mi kilka słów komentarza. Nie chcę już pisać o kogo chodzi, bo nie bohaterowie moich poprzednich felietonów są tu istotni, tylko wyrok jaki w sprawie zapadał. Zresztą nie tylko ten, sprzed kilkunastu dni, ale także wyrok z marca br., o którym skazany dowiedział się pod koniec lipca, o czym za chwilę.

Po ogłoszeniu wyroku skazującego za spożywanie alkoholu w szczawieńskim parku oraz odmowie okazania dowodu osobistego funkcjonariuszowi policji, poczułem się zdruzgotany, chociaż wyrok ten nie mnie dotyczył. Do dzisiaj zastanawiam dlaczego drobne różnice w zeznaniach świadków (dotyczące zresztą kwestii raczej mało istotnych) świadczą według sądu o tym, że świadkowie owi mataczą w sprawie. Dlaczego dla wałbrzyskiego sądu zeznania policjantów są nadzwyczaj wiarygodne, chociaż wszyscy policjanci mówią idealnie to samo? Zeznania ich są identyczne do tego stopnia, że trudno znaleźć różnice w tym, co zeznawali przed wieloma miesiącami w śledztwie, a tym, co powtórzyli w sądzie. Miałem wrażenie, że nauczyli się ich na pamięć. Targają mną mieszane uczucia, albowiem nie tylko na wydziale prawa uczono mnie, że o mataczeniu świadczą właśnie zeznania nadzwyczaj jednorodne, bo tożsame w treści. Wiedza taka, w moim przypadku, jest również efektem długoletniego doświadczenia w służbie kryminalnej, a wynika z niej, że identyczność zeznań wskazuje na to, że zostały one wcześniej między świadkami uzgodnione. Nie wiem zatem dlaczego sąd uznał, że zeznania świadków obrony na wiarę nie zasługują. Istniejąca w polskim prawie zasada swobodnej oceny dowodów podlega na tym, że w ich ocenie sąd winien opierać na zasadach prawidłowego rozumowania, wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego. A wszystkie te wymienione przymioty, gdyby zostały wzięte pod uwagę, powinny wskazywać sądowi, że każdy człowiek ma inne możliwości percepcji zdarzeń, inną zdolność do formułowania myśli i zdań, a także całkowicie różny aparat pojęciowy. Wszystko to, wzięte razem do kupy, powoduje, iż to samo wydarzenie oglądane w tym samym czasie, będzie przez obserwatorów rożnie zapamiętane i opisane. Nigdy tak samo, jak to miało miejsce w przypadku funkcjonariuszy policji broniących się przed zarzutami, że działali nieprofesjonalnie, czyli z przekroczeniem uprawnień, lub nie dopełniając obowiązków. Niestety, wałbrzyski sąd nie chciał, a może nie potrafił, tego dostrzec. Oskarżony o odmowę okazania dowodu osobistego, przedstawił sądowi nagranie filmowe, na którym nawet krótkowidz dostrzeże, że policjant żadnego dowodu nie żądał, tylko zdecydowanym ruchem psiknął gazem po oczach, a następnie rzucił się na oskarżonego, aby go chwytem za szyję obalić na zimę. Jednakże nagranie to dla sądu nie przedstawiało większej wartości, bo było mało wiarygodne. No cóż, prawda czasów, prawda ekranu, chciałoby się powiedzieć… Natomiast sąd bez żadnych zastrzeżeń, ale co ważniejsze, bez żadnych dowodów, przyjął twierdzenie policjantów i strażników miejskich, że oskarżony pił w parku alkohol. I chociaż na nagraniu jakie przedstawiła straż miejska, nie widać, że oskarżony pije cokolwiek, sąd przyjął, że pił on alkohol, bo coś piły towarzyszące mu osoby. Furda tam, że żaden ze stróżów prawa nie przedstawił na to żadnego dowodu, furda tam, że to nie oskarżony ma przedstawić dowód swej niewinności, a wszelkie wątpliwości mają być rozstrzygnięte na jego korzyść. Zaprezentowane nagranie – które tym razem dla sądu było nadzwyczaj wiarygodne – pokazywało, że oskarżony nic nie pił. „Coś” pił jego nieżyjący już kolega. Co on tam pił nie wiadomo, ponieważ żaden ze stróżów prawa nawet do ręki tej butelki nie wziął i nie sporządził notatki na temat, co to była za butelka i co zawierała. A taka notatka (w postępowaniu o wykroczenia) ma rangę dowodu.

Zapadły w sprawie wyrok wskazuje, że te fundamentalne kiedyś wartości i zasady procesowe w III RP straciły swe uniwersalne znaczenie. Tak coś mi kołacze w głowie, że na jakość prawa obowiązującego w państwie składa się nie tylko proces legislacyjny, ale także jego praktyczna realizacja przez organa stosujące prawo. Ale to tylko tak mi się coś po głowie pęta. Myśl taka jakby nieokrzesana.

W drugim przypadku, również opisywanym przeze mnie kilka razy, Prokuratura Rejonowa w Świdnicy – po prawie rocznym śledztwie – uznała, że obywatel pobił się sam (bo nie doszukała się znamion przestępstwa w postępowaniu policjantów), a następnie zgłosił organom ścigania, iż został bezpodstawnie zatrzymany i pobity na terenie Komisariatu I Policji w Wałbrzychu. Obecnie przed wałbrzyskim sądem toczy się postępowanie na zażalenie na takie postanowienie prokuratury. I właśnie od tego sądu (pod koniec lipca) osoba ta dowiedziała się, że została prawomocnie skazana na sześć miesięcy pozbawienia wolności i to bez zawieszenia. Człowiek o czystej kartotece w rejestrze skazanych, ma trafić do więzienia, chociaż przepis przewiduje karę grzywny, ograniczenia wolności i karę jednego roku więzienia, którą wszakże można orzec w zawieszeniu. Trafi tam (jeżeli sąd nie zezwoli na przywrócenie terminu do złożenia sprzeciwu), tylko dlatego, że zarówno prokurator, a później wałbrzyski sąd, dał wiarę policjantom, którzy oskarżyli go, że niby im naubliżał. Jedynymi świadkami tego zdarzenia byli sami policjanci, bo innych nie dopuszczono do głosu. I nie ma się czemu dziwić, bo postępowanie prowadzone było przez nich samych. Nawet w tym samym komisariacie, gdzie pracują (bo wg mnie pracują, a nie służą), ci niby tak mocno słowem poturbowani. Dla prokuratora i sądu nie miał jakiegokolwiek znaczenia fakt, że – zgodnie z obowiązującymi przepisami – ponoć znieważony policjant nie wykonywał czynności służbowych, albowiem swoją służbę zakończył, a zgodnie z kodeksem karnym, ustawą o policji, wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego i wyrokami Sądu Najwyższego, ochroną prawną z art. 226 kk objęci są jedynie policjanci „podczas i w związku z pełnieniem obowiązków służbowych”. Jeżeli zatem słowami obywatela policjant poczuł się urażony, to tak jak każdemu, przysługuje mu droga cywilna. Jednakże wówczas musi przed sądem udowodnić, że został znieważony. W procesie karnym jest łatwiej, bo nic nie musi udowadniać, wystarczy, że tak z kolegami zezna. Na wszelki wypadek informuję zatem wszystkie prokuratury i sądy, że nigdy policjantom nie ubliżam i nie odmawiam okazania dokumentów. Gdyby więc do sądu trafiły akta dochodzenia z jakiegoś komisariatu, to z góry oświadczam, że jestem niewinny.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tags: ,

Sorry, the comment form is closed at this time.

Tygodnik DB 2010 – Gazeta Aglomeracji Wałbrzyskiej