Balsam

Polecamy7 lipca, 2015

basinski_nowe

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Balsamem na zawartość mojej czaszki oraz na organ znajdujący się nieco niżej, po lewej stronie, jest zajmowanie się sportem w szerokim znaczeniu tego słowa. Zawsze był dla mnie odskocznią od bieżących kłopotów i problemów, a od dłuższego już czasu – od politycznych udarów, zawałów i drgawek, które – jeśli im zdecydowanie nie przeciwdziałać – mogą człowieka wpędzić w depresję i permanentne stany lękowe.

Reagując we wczesnym dzieciństwie na moje ciagoty, rodzice kupili rower, tzw. półwyścigówkę, przecudnej urody wiśniową Eskę-Tourista, którą ujeżdżałem bez opamiętania,a resztę czasu poświęcałem polerowaniu jej na błysk. Lubiłem wjeżdżać serpentynami na Chełmiec. Pewnego razu zjeżdżając w Szczawnie-Zdroju od Pomnika Ułanów Nadwiślańskich w kierunku Strugi, „poszły” mi linki hamulców. Zjednoczony z coraz bardziej rozpędzającą się maszyną, powtarzałem sobie w myślach, że tylko spokój może mnie uratować. Nie wybiły mnie z tego zapamiętania opasłe ciężarówki wspinające się z przeciwka, które jakimś cudem udało mi się ominąć. Wreszcie uznałem, że pora już poświęcić podeszwy butów i jakoś wyhamowałem na brzegu wsi. Obuwie było w stanie marnym, ale emocji i adrenaliny nikt mi nie mógł odebrać.

Czujni rodziciele zareagowali także wówczas, gdy pokochałem lekką atletykę. Dostałem w prezencie oszczep, gdyż moim idolem był Janusz Sidło. Do komórek, smartfonów i laptopów brakowało jeszcze pół wieku, więc z kolegami urządzałem zawody na łące w szczawieńskim Parku Szwedzkim. Wspaniałe to były czasy! Pewnego dnia złamaliśmy grot oszczepu, ale znajomy stolarz zreanimował sprzęt. Kolejnym darem był dysk, którym również miotaliśmy, za wyjątkiem zimy. Tamte lata wspominam też udziałem w zawodach szkolnych w ramach czwórboju „Świata Młodych” i pamiętam swój czas na 60 m – 8,5 sek. W liceum były czwartki lekkoatletyczne na stadionie na Nowym Mieście, którego bieżnię miał wkrótce przemierzać późniejszy mistrz Europy Stanisław Grędziński. Były też nader solidne narty zjazdowe z mocno wywiniętymi nosami, wykonane przez powyższego stolarza, na których zaliczyłem niejedną wywrotkę oraz godziny spędzone na kortach tenisowych w Szczawnie-Zdroju. Z późniejszego, dwuletniego pobytu w Jeleniej Górze, zapamiętałem m.in. konieczność nagłego występu w zastępstwie kolegi w biegu na 400 m na stadionie przy ul. Złotniczej. Pobiegłem zupełnie nierozgrzany, a było chłodno i siąpił deszcz, musiało się więc skończyć źle. Na ostatniej prostej zakwaszone do cna nogi gwałtownie zesztywniały i upadłem na bieżnię. Potem ratowano mnie zastrzykiem, ale radochy było co niemiara.

Lekkoatletyczną statystyką zająłem się w… III klasie podstawówki, a zainspirował mnie do tego rekord świata wspomnianego Sidły, który w Mediolanie machnął 83,66 m. Potem wielokrotnie wyżywałem się w sporządzeniu rozmaitych zestawień związanych z Królową Sportu.

Hobby mojej młodości było zbieranie zdjęć z autografami. W kolekcji miałem m.in. pierwszych amerykańskich i radzieckich kosmonautów, ale też Roberta Kennedy’ego i innych polityków zza Żelaznej Kurtyny, a z wybitnych artystów nawet Pabla Picassa. Oczywiście, nie mogło zabraknąć sportowców – np. bokserskiego mistrza świata wszech wag Floyda Pattersona, zawodowych koszykarzy Boston Celtics, hokeistów Montreal Canadiens, angielskiej skoczkini w dal Mary Bignal-Rand, etc, etc.

Gdy na poważnie zająłem się dziennikarstwem, starałem się promować wałbrzyski sport pracując w Polskiej Agencji Prasowej oraz współpracując ćwierć wieku ze „Sztandarem Młodych”, jak też z katowickim „Sportem” i innymi sportowymi ( w tym poświęconymi określonym dyscyplinom periodykami), ale nie tylko, gazetami. Miałem z tego sporą satysfakcję, poznałem wielu znakomitych zawodników, uczestniczyłem w licznych ważnych wydarzeniach z ich udziałem.

Niedawno napisałem na tych łamach o mojej domowej Kanapie Olimpijczyków, na której gościłem dotychczas dziesięciu wałbrzyskich uczestników igrzysk. Mam nadzieję, że zasiądą na niej kolejni.

Stale utrzymuję kontakty ze sportowcami, którzy są solą moich regularnych kontaktów z PAP i o których wyczynach mam przyjemność pisać dla tej agencji oraz dla Tygodnika DB 2010. Jeśli chodzi o zapaśniczki, dotyczy to b. wałbrzyszanki Agnieszki Wieszczek-Kordus, jak dotychczas naszej jedynej medalistki olimpijskiej w tej dyscyplinie, Moniki Michalik, najbardziej w Polsce utytułowanej (m.in. 3-krotne mistrzostwo Europy), walczącej niegdyś w Szczycie Boguszów, aktualnej wicemistrzyni świata Iwony Matkowskiej, srebrnych medalistek niedawnych Igrzysk Europejskich w Baku – Roksany Zasiny i Katarzyny Krawczyk, trenera kadry zapaśniczek Krzysztofa Ołenczyna, długodystansowca, zdobywcę Korony Maratonów Świata Witolda Radke i ludzi, których przedstawiać nie trzeba: Ryszarda Szurkowskiego, Roberta Korzeniowskiego i Mai Włoszczowskiej. Zawsze chętnie przystają na rozmowę, co potwierdza również ich wysoką klasę jako ludzi.

W tej beczce miodu znalazła się łyżeczka dziegciu. Swego czasu, w okresie największej chwały futbolistów Górnika Wałbrzych, napisałem szeroko w „Sztandarze Młodych” o filarze zespołu – Włodzimierzu Ciołku. Ale od dłuższego czasu legenda wałbrzyskiej kopanej na prośbę o rozmowę reaguje: „Nie mam czasu”, „nie wypowiem się” i szybko odkłada słuchawkę. Dałem więc sobie z legendą spokój i wypada mi uszanować jej specyficzną niechęć do dzielenia się wspomnieniami i uwagami. Widocznie ma jakiś powód tej wewnętrznej emigracji lub wydaje się jej, że ma… Szkoda, bo na takiej postawie traci przede wszystkim młodzież, której warto pokazywać dawne sławy i dobre sportowe wzory.

Nie zmienia to faktu, że sport jest balsamem dla mojej duszy i oby tak było jeszcze długo. Teraz czekam na zlot w Pekinie najlepszych lekkoatletów świata. Naładuję akumulatory optymizmu, by jakoś przetrzymać parlamentarną kampanię wyborczą…

Andrzej Basiński

Tagi: ,