Echa kampanii

Polecamy31 maja, 2015

bohun bartkiewiczNie pomyliłem się, wieszcząc w poprzednim numerze Tygodnika DB2010 („Ściema nasza powszednia”), że Bronisław Komorowski nie uzyska poparcia części elektoratu PSL, któremu partia ta, wystawiając w pierwszej turze Adama Jarubasa, wysłała „cynk”, że B.Komorowski był słabym prezydentem. W przekonaniu tym, nie tylko części elektoratu PSL, utwierdzało zapewne zadziwiające zachowanie prezydenta w drugiej turze wyborów, który swoimi nowymi pomysłami zaprzeczał temu wszystkiemu, co przez ostatnie pięć lat popierał. Wysyłał tym samym jasny sygnał, iż to co zaczął głosić, to tylko właśnie taka „ściema nasza powszednia”, przez co stał się po prostu niewiarygodnym. Ludzie widać zrozumieli, że dla zachowania miejsca „pod prezydenckim żyrandolem”, jest w stanie robić ich w najzwyklejsze „bambuko”, bo nie można, ot tak sobie, z dnia na dzień, zmieniać poglądów, a wcześniej wypowiadane z emfazą słowa, uznać nagle za niebyłe. Poza tym B.Komorowskiemu zaszkodziła najbardziej Platforma Obywatelska ze swoimi wszystkimi aferkami i aferami, przy których rzekome afery z czasów rządów SLD, to jedynie mały pryszcz. Zaszkodzili mu sobiepaństwem i nonszalancją partyjni bonzowie, którym roiło się w głowach, iż są niezatapialni. Większość tych wszystkich afer i aferek została zamieciona pod dywan, a zarówno działacze PO, jak i sam prezydent, nawoływali za każdym razem gromkim głosem „Polacy nic się nie stało”. A stało się, czego efekt wyborów jest tego namacalnym dowodem.

Ja sam, tak jak zapowiadałem, zagłosowałem (z niesmakiem) na B.Komorowskiego, chociaż do ostatniej chwili biłem się z chęcią oddania głosu na Andrzeja Dudę. Ci, z którymi w niedzielę rozmawiałem na temat wyników wyborów mogą potwierdzić, że wieściłem zwycięstwo A.Dudy, bo powszechna niechęć do PO, a tym samym do B.Komorowskiego, wisiała w powietrzu gęstą zawiesiną. Była ona tak wyczuwalna, że sam B. Komorowski zareagował bardzo nerwowo, kiedy podczas drugiej debaty A.Duda wręczył mu proporzec PO. Proporzec ten prezydent, z odrazą jakby, bardzo szybko odstawił, chcąc dać zapewne Polakom do zrozumienia, że jego z Platformą nic nie łączy, co prawdopodobnie wywołało tylko poczucie drwiny u tych, którzy to oglądali. Nie poparło B. Komorowskiego chyba ponad 40% elektoratu SLD, który chyba tak jak ja pamiętał mu wszystko to, o czym wielokrotnie pisałem. Nie poparli go również „partyzanci Kukiza”, którzy nie dali się oszukać zapowiedziami o referendum w sprawie JOW, bo ta sprawa, co wybory jasno pokazały, akurat nie jest sednem ich porywu. Oni akurat bardzo mocno pragnęli zmiany i uwierzyli, że A.Duda im to zagwarantuje. Zdaje się, że bardzo mocno będą zawiedzeni, bo nowy prezydent szybko się zorientuje, że zdecydowana większość jego „gruszek z wierzby” jest tylko właśnie takim owocem i składanych obietnic przeprowadzić się nie da, ponieważ nie udźwigną tego państwowe finanse. A na kolejną dziurę budżetową nie pozwoli Unia Europejska, aby z Polski nie powstała druga Grecja. Nie udała się nam druga Japonia, ani też druga Irlandia, to i druga Grecja udać się nie może, a przede wszystkim, nie powinna. Ponadto, tak jak wcześniej pisałem, A.Duda, wraz z PiS, nie ma najmniejszego zamiaru, co jest „oczywistą oczywistością”, dokonywać jakiejkolwiek rewolucji społecznej i zmieniać istniejący system, o czym tak bardzo marzy rewolucjonista Paweł Kukiz i jego wierni, aczkolwiek trochę zdezorientowani, akolici.

Dla mnie najbardziej interesujące było natomiast to, o czym mówił i czego nie powiedział A.Duda, już jako – nieformalny zresztą jeszcze – prezydent elekt. A mówił ładnie, składnie i myślę, że szczerze. Nie zaskoczył mnie stwierdzeniem, iż drzwi jego prezydenckiej kancelaria będą zawsze szeroko otwarte, a on sam będzie rozmawiał że wszystkimi, nawet z tymi, z którymi akurat się nie zgadza. Nie zaskoczył mnie zapewnieniem, że jego polityka będzie bardzo prospołeczna, ale przede wszystkim propaństwowa, bo najważniejszym dla niego będzie interes Polski i jej obywateli. Nie zaskoczyło mnie, tak jak zaskoczyło obserwatorów tych wydarzeń, że A.Duda w trakcie swej przemowy ani słowem nie wspomniał o prezesie PiS Jarosławie Kaczyńskim, który go przecież na kandydata namaścił. Nie zaskoczyło mnie też i to, że nie zwrócił się do swoich towarzyszy partyjnych, a swój głos i podziękowania kierował do „wszystkich Polaków”, nawet swoich przeciwników. Nie zaskoczył mnie również fakt, że w siedzibie kandydata na prezydenta, w momencie ogłaszania wstępnych wyników, nie było widać prezesa Jarosława Kaczyńskiego, a także jego najważniejszych gwardzistów. Gdzieś też schowali się i Zbigniew Ziobro, i Jacek Kurski, którzy sporej części polskiego społeczeństwa kojarzą się niezbyt przyjemnie. Dlatego chyba też nie pchali się do pierwszego szeregu, pod obiektywy licznych kamer, co w innych okolicznościach czynią z nadmierną i denerwującą nachalnością. Jestem przekonany, że jest to dalekowzroczna taktyka Jarosława Kaczyńskiego, który – dostrzegłszy szanse A.Dudy – zrozumiał, że oto pojawia się bardzo realna szansa wygrania również wyborów parlamentarnych. Ale żeby do tego doprowadzić, trzeba, tak jak w kampanii prezydenckiej, ukryć wilczą twarz partii, aby liczne owieczki i baranki w wilku dostrzegały jeno dobrotliwego pasterza. Dlatego też prezes milczy, a aktywiści sztabu wyborczego A.Dudy bardzo ciepło (poseł Mastalerek) wypowiadają się o SLD i Leszku Millerze, zapewne z myślą, że prosocjalny program PiS przekona ich, aby w razie potrzeby, gdyby Leszkowi Millerowi udało się jakoś przepchać pewną grupkę swoich ludzi do Sejmu, wsparli PiS przy formowaniu nowego rządu. Bo politycy PiS – zresztą nie bez powodu – uważają, że październikowe wybory parlamentarne mają w zasadzie w kieszeni. Nie wiadomo jednak, czy zdobędą na tyle poparcia, iż powołają rząd większościowy, na co się chyba jednak nie zanosi. Jeżeli jest tak, jak myślę, to oznacza, że w PiS (zresztą, tak jak i ja) nie bardzo wierzą w parlamentarny sukces pospolitego ruszenia P.Kukiza, albowiem jest to tylko na razie taka „kupa panów braci”, co to wielki jeno rwetes czynili, przynosząc Polsce więcej szkody niż pożytku. J.Kaczyński doskonale wie, że Kukiz nie ma tak zwanego aparatu, nie ma pieniędzy, a przede wszystkim nie ma programu, aby skutecznie porwać za sobą przynajmniej 5% wyborców, aby zapewnić wejście do Sejmu. Ci którzy się polityką interesują doskonalę wiedzą, że wybory prezydenckie kierują się zupełnie innymi zasadami i zupełnie inne mechanizmy tam działają. Dlatego też PiS rozpoczął swój łabędzi śpiew, aby działaczy SLD uśpić i zachęcić do ewentualnej współpracy. Jeżeli jednak „kupa Kukiza” wejdzie do Sejmu (do Senatu nie ma najmniejszych szans, bo tam rządzi ukochana przez P.Kukiza, ordynacja większościowa, czyli JOW), a będzie liczniejsza niż SLD, to zapewne J.Kaczyński bardziej na nich, niż na lewicę postawi, czemu się zresztą dziwić nie będę. Być może postawi też na PSL, bo partia ta zawsze, tak jak i SLD, iluś tam członków do Sejmu wprowadzała (raz więcej, raz mniej), a – jak wiadomo – jest to partia bardzo obrotowa, albowiem ma bardzo obrotnych działaczy i aktywistów. W każdym bądź razie kampania wyborcza do parlamentu miała w niedzielę swoją cichą inaugurację, która się głośnym echem odbija.

Janusz Bartkiewicz

http://www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,