Leszek, Ogórek, kiełbasa i sznurek

Polecamy18 maja, 2015

bohun bartkiewiczTak jak przewidywałem, „wunderwaffe” Leszka Millera, czyli wielka niespodzianka SLD, w wyborach prezydenckich poległa z kretesem, dając okazję całej politycznej i dziennikarskiej prawicy do pastwienia się nad tym, co jeszcze po SLD pozostało. Przypomnę, że od samego początku twierdziłem, iż wystawienie Magdaleny Ogórek na kandydatkę, to dla SLD gwóźdź do trumny, która została w dniu 10 maja zamknięta. Zdaje się, że na jesieni odbędzie się pogrzeb tej formacji. Sam wprawdzie oddałem kandydatce Ogórek swój głos, mając jednakowoż świadomość, że jest to głos w zasadzie zmarnowany. Mimo wszystko nie chciałem być kimś w rodzaju szczura uciekającego z tonącego okrętu. Leszek Miller, zaraz po ogłoszeniu wyników, bardzo mocno skrytykował strategię Magdaleny Ogórek, żaląc się, że jedną z przyczyn słabego wyniku było odcięcie się kandydatki od partii. A kiedy to, Leszku Millerze, kandydatka owa swoją lewicowość ogłaszała? Bo ja jakoś tego nigdy nie słyszałem. Słyszałem za to (i bez przerwy) jej wielką troskę o ciężki los przedsiębiorców (zwanych onegdaj przez lewicę kapitalistami, czyli wyzyskiwaczami robotniczej pracy), opowieści o tym, jak to za czasów PRL kościół katolicki w Polsce był gnębiony oraz, że to kościół ów przewodził w walce o dobro ojczyzny. Tak się jej ta lewicowość uszami wylewała, że spowodowało to, iż tzw. lewicowy elektorat zaczął ją mieć po dziurki w nosie. Ale Leszek Miller i cała partyjna wierchuszka (zwłaszcza ta centralna) ogłuchła i oślepła na to, o czym ludzie lewicy głośno mówili i na co wyraźnie wskazywali. Dziś, wzorem przywódców brytyjskiej socjaldemokracji (Labour Party), całe kierownictwo SLD powinno powiedzieć swoim członkom i zwolennikom PRZEPRASZAMY i podać się do partyjnej dymisji. Jednym słowem Leszek, Ogórek, Kiełbasa (wyborcza) i sznurek (wiadomo do czego). Osobiście bardzo byłbym zadowolony, gdyby na czele SLD stanął Włodzimierz Czarzasty, który nie tylko, że mądrze mówi i myśli, ale także nie boi się mówić prawdy prosto w oczy. SLD, jeżeli ma jeszcze jakieś szanse utrzymania się na politycznej powierzchni, aby z parlamentu nie wypaść, musi – w mojej opinii – postawić na Czarzastego. Ja innej postaci z charyzmą w jego szeregach nie widzę. Ale osobiście wątpię, aby tak się stało, bo w partii tej nie jej los jest najważniejszy, lecz interesy różnych grup i koterii. A ponadto – i przede wszystkim – polska lewica powinna się wreszcie dogadać, tak jak uczyniła to kiedyś pod patronatem śp. Aleksandra Małachowskiego, który ogłosił swój projekt (program) „drzewka oliwnego” głoszącego, iż nie ma wroga na lewicy. Czarzasty widzi mi się takim drugim Małachowskim. Ale i w to wątpię, ponieważ zdaję sobie sprawę, że na lewicy panuje chaos wywołany personalnymi rozgrywkami typu, kto kogo i nie ważne dlaczego. Używając terminologii pseudolewicowego Ryszarda Kalisza, na lewicy trwa „wojna agrarna”, czyli kto kogo do piachu.

Niesamowicie zaskakujący wynik Pawła Kukiza jeszcze raz pokazał, że Polacy są skłonni poprzeć nie tego, co mądrze mówi, lecz tego, który mówi namiętnie, chociaż bzdury. Kukiz nie przedstawił jakiegokolwiek programu politycznego i gospodarczego, bo go nie ma i się po prostu na tym nie zna. Bo i skąd? A to, co przedstawił i jak argumentował, uznaję za totalną ściemę i bzdury. Kukiz, jako prezydent, nie miałby żadnych szans, aby wprowadzić swe wyśnione JOW-y (jednomandatowe okręgi wyborcze), bo na drodze stanęłaby polska konstytucja, która dla jej zmiany wymaga kwalifikowanej większości (co najmniej 2/3 posłów). Kukiz nie zdaje sobie sprawy, że polski Sejm nie przeprowadzi zmiany konstytucji, ponieważ najważniejsze partie w tej sprawie nie są w stanie zawrzeć porozumienia. Tym bardziej, że każdy projekt zmiany – w postaci nie zmienionej – musi zatwierdzić Senat RP. Konia z rzędem każdemu, kto mnie przekona, że PO i PiS, a przede wszystkim mniejsze partie, zgodzą się na wspólne rozwiązanie. To, co prezentował w kampanii Paweł Kukiz, było w czymś w rodzaju emocji chińskiego hunwejbina, który za pomocą cytatów z Czerwonej Książeczki Mao Tse-Tunga chciał podnosić plony ryżu. Zresztą, jeżeli chodzi o Pawła Kukiza, to jest on kolejnym dowodem, jak łatwo Polakami manipulować, odwołując się do ich młodzieńczego hurra patriotyzmu (wyhodowanego zresztą przez PiS), posługując się populistycznymi hasłami o partiokracji (jak Kukiz chce wygrać wybory parlamentarne, nie zakładając albo nie korzystając z partii?), obrzucając obelgami rządzących i opozycję. Już raz mieliśmy z takim zjawiskiem do czynienia, kiedy w 1990 roku niejaki Stan Tymiński z Peru obiecywał Polakom istny raj. I wszedł do drugiej tury, aby po jakimś czasie z kretesem zniknąć w mrokach polskich dziejów. To samo wieszczę Kukizowi, który – nota bene – swym wynikiem wyborczym wypuścił dżina. Dżina politycznego cynizmu wskazującego, jak niektórzy polscy politycy traktują obywateli, którzy dla nich są jedynie bezrozumnym elektoratem. Oto, zestrachany wielce wynikiem Pawła Kukiza, prezydent PO Bronisław Komorowski, będąc przekonanym, że elektorat nie myśli i pamięci nie ma, błyskawicznie ogłosił, że rozpisze referendum w sprawie JOW, a także finansowania partii z budżetu publicznego oraz zmian w systemie podatkowym (to akurat wziął od Magdaleny Ogórek). Strach niekiedy rozum odbiera, a także podpowiada działania prześmiewcze. Ale w tym przypadku Bronisław Komorowski chce oczarować tzw. elektorat Kukiza licząc, że swój głos na niego odda, bo sam doskonale wie, że po wyborach – jak to zawsze bywało – wszystko wróci na drzewiej wyżłobione koleiny.

Przypomina mi się stare powiedzonko, że „nikt wam tyle nie da ile ja wam obiecam”. Dowodzi to, jak źle Polaków ocenia. Ponadto pokazuje, że znów jest niedoinformowany, albowiem PiS projektu zmiany nie poprze, o czym chyba wiedzieć powinien. Zresztą myślę, że wie, ale sądzi, iż elektorat to ciemna masa i da się ponownie omamić. Oby się nie przeliczył. Jest jednak małe ale… Wybory pokazały, że rośnie w siłę skrajna prawica, a lewica powoli schodzi z polskiej sceny politycznej. W tej sytuacji, w dniu wyborów II tury stanę przed lustrem, spojrzę sobie głęboko z wyrzutem i wstrętem w oczy i pójdę, aby do urny wrzucić swój głos oddany na Bronisława Komorowskiego. Po prostu nie mam innego wyjścia, ponieważ pozostanie w domu jest głosem oddanym za Jarosławem Kaczyńskim i jego IV Rzeczpospolitą. A jaka ona była, bardzo brutalnie przekonaliśmy się przed 8 laty. Nie chcę więcej minister Fotygi, ministra Macierewicza, kolejnej odsłony Ziobry, czy innego pisowskiego hunwejbina. IV RP się zbliża, więc wszystkie ręce na pokład!

Janusz Bartkiewicz

  

http://www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,