Nasz polityczny lunapark

Polecamy28 kwietnia, 2015

stanislaw michalikOd czasu do czasu zdarza mi się skopiować z portali internetowych najbardziej ciekawe i ujmujące wątki artykułów prasowych, wywiadów ze znanymi osobistościami życia politycznego, bądź też komentarzy. Robię to, by nie stracić dorobku intelektualnego, a często też literackiego autorów tych publikacji, bo przecież wiem z autopsji, że w świecie medialnym trzeba się liczyć z obecnością efemeryczną i krótkotrwałą. Na ogół to, co się napisze, znajdzie u odbiorcy swoje miejsce tylko na moment, a potem zostanie zmazane natłokiem kolejnych, nowych informacji i publikacji. Jeśli jednak uda mi się uchronić od zapomnienia coś, co jest tego godne, to tylko poprzez umieszczenie w pamięci dysku komputerowego. Dzięki temu, przy takiej czy innej okazji, wracam do skopiowanego tekstu i często bywa tak, jak przed chwilą – czytam i nie mogę wyjść z podziwu dla trafności i precyzji wypowiedzi. A oto konkret – odnotowane meritum jednego z wywiadów:

„Politycy robią to, czego od nich lud oczekuje, w związku z czym trudno mieć do nich o to pretensje. Ja mam, przyznaję, pewną pogardę do takiej polityki, ale nie mam pretensji do upadłych polityków – powiedział, niestety również upadły polityk, niedoszły premier rządu, obecnie wykładowca i publicysta, znany wszystkim Jan Rokita w wywiadzie udzielonym Jackowi Niznikiewiczowi w internecie. Wywiad pochodzi ze stycznia 2013 roku, upłynęło już sporo czasu, ale jego aktualność i trafność jest wciąż nieprzemijająca.

Oto co powiedział Jan Rokita:

„Spór między PiS-em i Platformą, a rządem Millera był kiedyś bardzo gwałtowny. Spór między Mazowieckim a Wałęsą był prototypem późniejszych gwałtownych konfliktów. Różnica między dawnymi i nowymi czasami nie polega na fakcie sporu, ale na jego całkiem odmiennej naturze. Dzisiejsze spory to jedna wielka fikcja. Jakaś ponura gra dziesiątków opluwających się nawzajem marionetek, pociąganych za sznurki przez swoich liderów partyjnych i ekspertów od marketingu.

Te marionetki nazywane są politykami, posłami, publicystami, redaktorami naczelnymi. Wszystkie one wyrzekły się używania rozumu i rzetelnego oceniania świata i utworzyły dwa prymitywne, nienawidzące się plemiona. To ma pewną bardzo demokratyczną konsekwencję, a mianowicie utrzymujący się wysoki poziom mobilizacji społecznej. Zarówno Tusk jak i Kaczyński, utrzymują swoje plemiona w stanie ciągłego podniecenia emocjonalnego, przez co wywołują np. takie efekty, jak dość wysoka frekwencja wyborcza. Ludzie są szczerze zaangażowani w politykę. Ich wściekłość polityczna jest prawdziwa, naprawdę nienawidzą, prawdziwie utopiliby przeciwników w łyżce wody. W związku z tym mają głęboką motywację, aby pójść do wyborów.

Powszechnie uważa się, że strategia totalnej delegitymizacji rządu, prowadzona przez Kaczyńskiego i jego doradców, jest strategią katastrofalną dla PiS-u. Ciągle gdzieś czytam, że Kaczyński będzie wiarygodny tylko wtedy, gdy przestanie delegitymizować rząd, stanie się miły, grzeczny i zacznie współpracować z Tuskiem, jak Giertych, albo Ziobro.

Moim zdaniem ta teza jest totalnie bezsensowna. Strategia oskarżania Tuska o zdradę, na granicy udziału w morderstwie smoleńskim, jest oczywiście społecznie ogłupiająca, niszczy racjonalną tkankę społeczną, destruuje debatę publiczną, natomiast jest efektywna, bo mobilizuje własnych zwolenników i osłabia morale przeciwników. I to ta strategia, a nie strategia uśmiechania się, łagodności i sympatii, doprowadzi Kaczyńskiego pewnego dnia do władzy. To nie ulega wątpliwości.”

Dlaczego polityka stała się wydmuszką, pozbawioną autorytetów, czy wręcz politycznych mędrców? Może Polacy nie potrzebują już sporów merytoryczno- ideologicznych, ale wystarczy im polityczna opera mydlana oparta na pierwotnych emocjach? – pyta Jacek Niznikiewicz.

„Myślę, że Pańska hipoteza trafia w dziesiątkę. To jest wynik głębokich przemian społecznych w czasach, w których żyjemy. Rzecz w tym, że tamta polityka była prawdziwa, ale niesprofesjonalizowana. Dzisiaj polityka jest sprofesjonalizowana, w związku z czym odrywa się od realności i staje się wytworem coraz bardziej profesjonalnego marketingu. Premier jest więc w takim samym sensie sztuczny i nieprawdziwy, jak nieprawdziwy i sztuczny jest pan Marek Kondrat, który z telewizora zapewnia nas, że jakiś tam bank marzy o tym, żeby nam dać swoje pieniądze.

Taka też jest istota profesjonalizacji polityki. Dla gawiedzi polityka jest dziś przez to znacznie bardziej atrakcyjna i interesująca. Debata o najlepszym ustroju, zastanawianie się nad problemami państwa, nad sposobami ich rozwiązywania, jest dla ogółu nie tylko śmiertelnie nudne i niepociągające, ale nawet budzi pewnego rodzaju wstręt. Politycy robią to, czego od nich lud oczekuje, w związku z czym trudno mieć do nich o to pretensje. Ja mam, przyznaję, pewną pogardę do takiej polityki, ale nie mam pretensji do upadłych polityków.”

Tyle myśliciel i wciąż jednak polityk Jan Rokita. Podzielam jego opinie, ale nie do końca. Ja osobiście, szary obywatel, mam przede wszystkim pretensje do polityków. To oni budują politykę, do której Jan Rokita odnosi się z taką pogardą. To oni odrzucili wszelkie ideały, a w ślad za tym normy moralne, przekroczyli wszelkie granice kultury i obyczajów. To oni dopuścili do tego, że w tym kraju mają miejsce gigantyczne akty barbarzyństwa wobec niewinnych obywateli. Co się stało z pięknymi ideałami „Solidarności”, ideałami równości, braterstwa, tolerancji, zgody, ideałami wolności i demokracji, ale demokracji obywatelskiej w jej uniwersalnym kształcie, demokracji, w której ordynacja wyborcza zapewnia równość kandydatów i nie uzależnia wyboru od miejsca na partyjnych listach wyborczych? Po co nam ta polityczna wojna międzypartyjna, która z wszelkich wyborów czyni farsę, kompromituje nas na oczach świata i powoduje, że świat polityki przypomina w oczach optymistów lunapark, zaś w oczach pesymistów – hiszpańską corridę?

Pytań i pretensji jest wiele, najgorzej że nikt nie wyciąga z nich wniosków. Niedługo skończy się wojna na noże w wyborach prezydenckich, ale zacznie się jatka w wyborach parlamentarnych. To wszystko, to wciąż walka o władzę i profity, a tzw. dobro ogółu, dobro państwa i jego obywateli, one nie liczą się wcale. A pan Jan Rokita tłumaczy nam, że to skutek profesjonalizmu w polityce. A gdzie w niej jest miejsce na wyższe ideały, gdzie jest troska o bezpieczeństwo, o rozwój gospodarczy i cywilizacyjny kraju? Nie słyszę i nie widzę, aby któryś z polityków o nie się szczerze zatroszczył. Wystarczy posłuchać co się wyprawia na mównicy sejmowej.

Ideały „Solidarności” znalazły się na bocznym torze także w mediach, które – ze względów partykularnych – kreują tę kompromitującą nas, Polaków, wojnę polityczną. Nie liczy się w tym kraju nic więcej, tylko kto jest lepszy: PO czy PiS i to kto wygra wybory. Wybory, to najwyższy cel, to jedyny ideał naszej sceny politycznej. W tej karczemnej hucpie politycy tracą głowę. A my, widzowie, mamy ubaw, tylko że do czasu. Taki sam ubaw mieliśmy przed laty w czasach przedrozbiorowych. Jak to się skończyło – wszyscy wiemy. A historia kołem się toczy…

Stanisław Michalik

P.S. Przypomnę tylko, że lunapark to po polsku „wesołe miasteczko”.

Tagi: ,