Nie dajcie się oszukiwać

Polecamy2 marca, 2015

bohun bartkiewiczOstatnio sporo pisałem na temat postępowania niektórych wałbrzyskich policjantów i stosunku jaki do tych uczynków mają organa prokuratury. Do tematu zapewne wrócę, albowiem otrzymuję informacje o podobnych zdarzeniach, które naprawdę jeżą włos na głowie. Osoby, które się ze mną skontaktowały, przesyłają mi nie tylko własne relacje, ale też pełne komplety dokumentów, które potwierdzają prawdziwość ich słów. Muszę je jednak dokładnie przeanalizować, a następnie zwrócić się do prokuratury o komentarz, aby mi nikt nie zarzucił jakiejś nierzetelności lub intencyjnej stronniczości.

Piszą i dzwonią do mnie nie tylko osoby czujące się pokrzywdzonymi, ale także moi dawni koledzy, dziś policyjni emeryci, z różnych miast Dolnego Śląska. Kontaktują się ze mną, albowiem również czują się pokrzywdzonymi przez swoją dawną „firmę”, która czyni wszystko, aby nie zwrócić im pieniędzy, jakich im przez lata niesłusznie odmawiała. Chodzi w tym przypadku o tzw. dodatek za „służbę w warunkach zagrażających zdrowiu i życiu”, który – na podstawie art. 15 ust.2 pkt 3 ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym funkcjonariuszy z 18.02.1994 r. – przysługuje w „wysokości 0,5% podstawy, za każdy rok służby pełnionej w warunkach szczególnie zagrażających życiu i zdrowiu”. Zatem, na podstawie tego przepisu, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych winno wypłacać taki dodatek każdemu policjantowi, który określony ustawą warunek spełniał. A spełniał go praktycznie każdy funkcjonariusz, który w zakres swych obowiązków służbowych miał wpisaną pracę operacyjną lub pracę w formacjach prewencji. Jednakże w naszym państwie, które wg słów prominentnych osób, funkcjonuje jedynie teoretycznie, a w ogóle to coś tam, coś tam i kamieni kupa, płacenie swoim byłym funkcjonariuszom, którzy narażali życie lub zdrowie, należnych im ustawowo pieniędzy, przychodzi z wielkim trudem. Dlatego też 4 maja 2004 roku, rząd, rozporządzeniem Rady Ministrów, zaordynował, że ubiegający się o taki dodatek policjant musi sam udokumentować, że „podejmował, co najmniej 6 razy w ciągu roku, czynności operacyjno-rozpoznawcze lub dochodzeniowo-śledcze albo interwencje w celu ochrony osób, mienia lub przywrócenia porządku publicznego w sytuacjach, w których istniało bezpośrednie zagrożenie życia lub zdrowia”. A więc – wg tego rozporządzenia – to na funkcjonariuszach spoczywa obowiązek wykazania okresów służby w warunkach  „bezpośrednio” zagrażających życiu lub zdrowiu. Bardzo cwane pociągniecie, bo który z funkcjonariuszy będzie w stanie to wykazać, kiedy jego akta personalne leżą w policyjnych archiwach? Na szczęście problem dostrzegł Rzecznik Praw Obywatelskich i wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego o uznanie tego przepisu za niezgodny z konstytucją. Wyrok w tej sprawie zapadł 27 maja 2014 roku (sygn. akt U 12/13). Trybunał stwierdził, że zaskarżony przez RPO przepis rozporządzenia RM jest niezgodny z ustawą o zaopatrzeniu emerytalnym, a także z art. 92 ust 1 Konstytucji RP. Sędziowie TK słusznie wywiedli, nie wdając się w szczegóły uzasadnienia wyroku, że przepis ustawy mówi o służbie w warunkach szczególnie zagrażających życiu lub zdrowiu, a nie o takich warunkach zagrażających „bezpośrednio”. Zatem podstawą do wypłacenia tego dodatku jest sam fakt pracy w takich jednostkach organizacyjnych, w których hipotetyczne zagrożenie wpisane jest w samą służbę. Na pewno o taki dodatek nie może wystąpić np. sekretarka wydziału kryminalnego (będąca funkcjonariuszem), czy np. funkcjonariusz pełniący służbę w wydziale finansowym albo zaopatrzenia. Swoje stanowisko trybunał uzasadnia bardzo szczegółowo zarówno od strony formalnej, jak i merytorycznej, ale nie tu miejsce, aby wszystkie te wątki rozwijać.

Wydawałoby się więc, że sprawa jest oczywista i od dnia wejścia w życie wyroku TK, odpowiednie służby rentowo-emerytalne w porozumieniu z pionami kadr, przystąpią do przeliczania podstaw wymiaru emerytury, albowiem to one mają pełny dostęp do akt personalnych funkcjonariuszy, gdzie zaznaczone są wszelkie okresy i rodzaje pełnionej służby. Ale w naszym demokratycznym i – ponoć – praworządnym państwie, jest to sytuacja nie do pomyślenia. I dlatego funkcjonariusze, którzy wystąpili o przyznanie tego dodatku, spotkali się ze szczególną obstrukcją i arogancją resortowych urzędników, którzy w dalszym ciągu żądają od nich, aby to oni sami udokumentowali okresy służby, o których mówi ustawa. Ponoć leży to poza granicami możliwości tychże urzędników z resortu (ja akurat mam na myśli urzędników z Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu i komendantów miejskich policji z naszego województwa), którzy przecie są raczej sowicie wynagradzani m.in. właśnie za to, aby analizować akta personalne byłych funkcjonariuszy, które znajdują się w ich gestii. Jeden z moich kolegów (akurat z Wałbrzycha) został poinformowany, że jego akt personalnych nie ma w archiwach i w związku z tym on sam musi udowadniać, że pełnił służbę tam, gdzie pełnił. Wiem też, że obowiązek wykazania tych okresów służby spadł na aktualnych naczelników tych wydziałów, w których kiedyś wnioskodawcy pracowali. A ci naczelnicy, w większości przypadków, wnioskodawców nawet na oczy nie widzieli, bo swe funkcje objęli wiele lat po tym, kiedy wnioskodawcy odeszli na emeryturę.

Być może jestem zbyt podejrzliwy, ale trapi mnie przekonanie, że ta cała „wojenka na kwity” prowadzona jest z cichego nakazu „góry”, która – być może – oczekuje na kolejną zmianę przepisów. Tym razem zmianę ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym, co pozwoliłoby na odsyłanie z kwitkiem wszystkich tych bezczelnych emerytów, którzy kiedyś sił i czasu nie szczędzili, narażając się na wiele realnych, a nie tylko hipotetycznych, niebezpieczeństw. Od razu też wyjaśnię, aby uprzedzić wszystkich tych, którzy z lubością zaraz będą mi wyciągać jakieś różne rzekome me przewiny, że ten dodatek akurat mi nie przysługuje, tak samo jak wszystkim tym, którzy mają tzw. pełną emeryturę resortową. Więc chociaż w służbie w warunkach zagrażających memu zdrowiu i życiu przepracowałem bez mała ćwierć wieku, na taki dodatek szans nie mam, bo wyklucza to ustawa o zaopatrzeniu emerytalnym. Jednak sam osobiście przekonałem się, że z „resortem” się nie wygra. Mam wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego, który stwierdza, że – zgodnie z przepisami – moja emerytura winna być naliczana procentowo, a nie kwotowo, czyli winna za każdym razem wynosić 75% tego, co otrzymuje funkcjonariusz będący na takim samym stanowisku (grupie zaszeregowania), na jakim ja znajdowałem się w dacie odejścia na emeryturę. Wyrok ten (jak i setki podobnych, zapadających z wniosków policyjnych emerytów) mogę sobie na ścianie w ramce powiesić. Mógłbym zażądać od MSW zmiany wymiaru podstawy obliczenia emerytury, ale tego nie uczynię. Nie zrobię to z tego powodu, że w takim przypadku MSW może zawiesić wypłacanie mi emerytury na czas prawomocnego orzeczenia sądu. A to może potrwać, a ja z czegoś żyć muszę. Nie wiem dlaczego przypomina mi się film Marka Piwowskiego „Rejs”…

Janusz Bartkiewicz

http://www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,