Nauki z przeszłości – Nasz wspólny dom

Polecamy14 lutego, 2015

stanislaw michalik

Do przeszłości niemieckiej Głuszycy warto powracać po to, aby się z niej nauczyć czegoś dobrego. Bogata kolekcja poniemieckich pocztówek i fotografii, zgromadzona przez Grzegorza Czepila (można ją obejrzeć na głuszyckiej stronie internetowej, a także w prowadzonej przez niego jadłodajni „Finezja”) pokazuje, jak piękna to była miejscowość – zadbana, czysta, kolorowa, pełna zieleni i kwiatów. Wypielęgnowano atrakcyjne ścieżki spacerowe w górę nad stawami w centrum miasta, ale także w dolnej części Głuszycy, nad dzisiejszymi ogródkami działkowymi, gdzie również wznoszą się kaskadowo do góry dziś już zarośnięte stawy. Była też wytyczona trasa spacerowa na tzw. „Skałkę” (Kaiser Wilhelm Fels – Cesarskie Skały) z punktem widokowym na miasto. Głuszycą można było się zachwycić, bo było to młode, tętniące życiem, uprzemysłowione osiedle. Warto się dokładniej przyjrzeć elewacjom budynków wzdłuż głównych ulic i wyobrazić je sobie jako jasne, świeże, ukwiecone. Gdyby udało się je odnowić, wtedy dojrzelibyśmy walory ich architektury, a zarazem harmonię kompozycji z ukształtowaniem terenu i przyrodą. Drogi były pozamiatane, bo część obowiązków spadała na mieszkańców. Być może skutkiem tego lepiej dbali o czystość i porządek w mieście, niż to ma miejsce obecnie.

Przeglądając wydawaną w Głuszycy gazetę lokalną „Wüstegiersdorfer Grenz-Bote” ze zdziwieniem oglądamy dziesiątki różnego rodzaju reklam i ogłoszeń miejscowych restauracji, zakładów usługowych, sklepów, kas zapomogowych. Są zaproszenia na koncerty, wieczorki taneczne, spotkania, uroczystości. Dużo miejsca zajmuje promocja turystyki górskiej na Wielką Sowę, Rogowiec, Waligórę, do schroniska „Andrzejówka”. Piszę o gazecie wydawanej w latach 80-tych XIX wieku dla Głuszycy, Jedliny-Zdroju i Walimia, a więc dla gmin, które właśnie nie tak dawno zawarły międzygminne porozumienie o nazwie „Tajemniczy Trójkąt”. Już 130 lat temu Niemcy dostrzegli, że te gminy wiąże bardzo mocno wspólne położenie u podnóża masywu Włodarza i że działając razem stanowią niezwykle atrakcyjny pod względem turystyczno-wypoczynkowym organizm.

Umowa pomiędzy gminami „Trójkąta” została podpisana parę lat temu w odradzającym się z dewastacji pałacu „Schloss Tannhausen” w Jedlince, byłym majątku rodów Seher Thoss, von Pückler i Bőhm, a obecnie – firmy L&L braci Ledów z Jaworzna na Górnym Śląsku. W 1744 r. pałac odwiedził król pruski Fryderyk II Wielki w czasie wojen prusko-austriackich o Śląsk, a w latach 1942-1944 stał się on siedzibą sztabu organizacji TODT, która kierowała budową podziemnych sztolni pod nazwą „Riese” w Górach Sowich. Znamienita przeszłość pałacu (z wyłączeniem czasów wojny i powojennych) jego położenie w punkcie centralnym dla trzech sąsiadujących ze sobą gmin, Głuszycy, Jedliny-Zdroju i Walimia, wydaje się dobrym znakiem powodzenia tej inicjatywy, która dała o sobie znać wspólnie realizowanym kalendarzem imprez kulturalnych i turystyczno-sportowych, a także przedsięwzięć promocyjnych. Wprawdzie pod koniec minionej kadencji samorządowej było cicho o „Trójkącie”, ale jest nadzieja, że idea ta znajdzie znów ożywcze promienie. Czekamy na to, nie może być inaczej, nie możemy potwierdzać pomówień, że Polaków cechuje słomiany zapał.

Od byłych niemieckich gospodarzy tych ziem możemy nauczyć się wiele dobrego, przede wszystkim porządku i dyscypliny, traktowania wszystkiego co publiczne w mieście jako wspólne dobro, a zarazem traktowania dobra wspólnego jak własne. Tak bardzo brakuje nam tego w czasach współczesnych.

Skąd się biorą jakże częste akty wandalizmu w miejscach publicznych, nie mówiąc już o nagminnym śmieceniu, niszczeniu, dewastacji wszystkiego co po drodze? Przecież to jest nasz wspólny dorobek, nasza „ojcowizna” w naszej małej ojczyźnie. Wiem, że bardzo patetycznie brzmią w tym momencie te słowa, ale nie umiem tego powiedzieć inaczej. Może właśnie brakuje nam na co dzień tego rodzaju patosu, może za mało się mówi wzniośle, tak jak w kościele na ambonie, o rzeczach wydawałoby się zupełnie przyziemnych. Czy to, że wracając późną porą z kumplami rozwalam stojący przy drodze znak drogowy, albo kosz na śmieci, to nic nie znaczy, to jest zabawa, dowód mojej odwagi, niezależności? Albo podjeżdżam nocą samochodem by wyrzucić z niego plastikowe wory pełne nagromadzonych nieczystości tuż obok kontenerów na śmieci. Oczywiście w tych worach nie ma mowy o jakiejkolwiek segregacji. Nie należy się też spodziewać, że wybrana przez gminę firma wywożąca śmieci pochyli się nad tymi worami. Umowa z gminą przewiduje sprzątanie tego, co jest w kubłach, a nie obok. Rosną więc składowiska nieczystości i brudu w miejscu, które winno zachęcać i przekonywać, że warto się podporządkować rygorom segregacji śmieci, bo to służy naszemu wspólnemu dobru.

I tak oto z podniebnych wyżyn nauk historii spadliśmy w ponurą rzeczywistość naszego powszedniego bytowania. Wiadomo, że problem ładu, czystości i porządku jest wciąż trudnym do rozwiązania także w wielu innych miastach i gminach, nie tylko  regionu wałbrzyskiego.

Wiem, że to moje lamentowanie nie za bardzo ma sens. Przeczytają je moi najwspanialsi Czytelnicy, którzy myślą tak samo jak ja. A może jednak trzeba o tym mówić i pisać? To, że myślimy tak samo, to za mało. Trzeba ten temat poruszać, trzeba reagować, trzeba wychowywać. Czas robi swoje. Z czasem zrozumiemy, że istnieje coś, co nazywamy dobrem wspólnym i że wszyscy, jak jeden mąż, musimy o nie dbać i chronić, bo tu jest nasz wspólny dom.

Stanisław Michalik

Tagi: ,