Rowerem przez pięć kontynentów

Polecamy18 grudnia, 2014

Tomasz Chyziński, wałbrzyszanin z urodzenia, obecnie mieszkaniec Szkocji, przejechał rowerem przez pięć kontynentów, pokonując prawie 50 tys. km. – Swoje wrażenia przekazałem w książce „Droga jest moim domem, czyli rowerem dookoła świata”, która właśnie się ukazała. Jest ona zapisem pierwszej części wyprawy, nad drugą książką pracuję – powiedział nam podróżnik.

Tomasz Chyzinski 2

Praca nad nią trwała dwa lata. Tomasz Chyziński wyruszył z Wałbrzycha 22 sierpnia 2006 r., a wrócił 27 sierpnia 2010 r. Pomiędzy wyprawami zrobił trzymiesięczna przerwę, którą spędził w rodzinnym mieście.

Najpierw przemierzał Europę. – Pierwszym krajem, który odwiedziłem, były Czechy, a później Niemcy, Austria, Słowenia, Włochy, Monako, Francja, Andora i Hiszpania – poinformował 43-letni rowerowy globtroter.

Później drogą lotniczą przeniósł się do Ameryki Południowej. – Zacząłem od Argentyny, a następnie docierałem do Chile, Boliwii, Peru, Ekwadoru, Kolumbii, Wenezueli, Trynidadu & Tobago, Gujany, Surinamu, Gujany Francuskiej i Brazylii – wyliczył.

Podróż po Ameryce Północnej rozpoczął od Panamy, a kolejnymi etapami jego wyprawy była Kostaryka, Nikaragua, Honduras, Salwador, Gwatemala, Belize, Meksyk, USA i Kanada. – Powróciłem do kraju, by zdążyć na złote gody moich rodziców. O tej części eskapady traktuje moja książka – zaznaczył.

Długo nie zagrzał miejsca w Wałbrzychu. Po trzech miesiącach wyleciał z Wrocławia do Londynu, a stamtąd do Kuala Lumpur w Malezji, by po przesiadce na inny samolot, znaleźć się w Sydney.

– Jechałem południowo-wschodnim wybrzeżem Australii. Jej rdzenna ludność, Aborygeni, pomniki przyrody przyciągające turystów z całego świata, to wszystko rozbudzało moją wyobraźnię. Największym wyzwaniem była wędrówka z południa na północ kontynentu, przez pustynię i zmaganie się z upałami – podkreślił.

Ostatnim australijskim etapem podróży Chyzinskiego, było Darwin, skąd samolotem przeniósł się do Timoru Wschodniego. Potem jechał przez Indonezję, Singapur, Malezję, Tajlandię, Laos, Kambodżę, Wietnam, Chiny, Kazachstan, Kirgistan, Uzbekistan i Turkmenistan. Wyprawę zakończył w Iranie.

W sumie odwiedził 5 kontynentów i 46 państw, przejeżdżając ponad 47 tys. km.

Zanim podjął się wyjątkowego wyzwania, przygotowywał się odbywając rowerowe wycieczki. Zaznacza, że zwykle nie były one długie, za wyjątkiem podróży na norweski Nordkapp, najbardziej na północ wysunięty punkt Europy.

– Po tej wyprawie uświadomiłem sobie, że marzenia można spełniać, a granicą jest tylko niebo. Wtedy zapragnąłem odbyć podróż dookoła świata – wyjaśnił.

Jak twierdzi, wrażeń z niej nie sposób zliczyć.  – Mnogość kultur, obyczajów, ludzkich zachowań, różnorodność fauny i flory, oszałamiająca malowniczość, ale i surowość krajobrazów, kulinarne doświadczenia, zmienne warunki atmosferyczne, momenty zwątpień, strachu, ale też radości i dumy. Tego nikt mi nie odbierze.

Ogromne wrażenie zrobiła na nim m.in. przyroda Indonezji, jej roślinność, czynne wulkany, jaskinie oraz bogata kultura, a także pustynia Atacama w północnej części Chile, najbardziej suche miejsce na naszej planecie.  – Wspaniałych miejsc zobaczyłem bez liku – stwierdził.

Często próbował lokalnych przysmaków, jak np. pieczonej szarańczy w Meksyku.

Szczególnej życzliwości i gościnności doświadczył w Kolumbii. Ale nie wszędzie było bezpiecznie. – W Wenezueli musiałem mocniej naciskać pedały, uciekając przed opryszkami. Pomógł mi wojskowy patrol. Ciężko się jechało w peruwiańskich Andach, gdzie dawał się we znaki brak tlenu, zimno i deszcz.

Wyprawę zakończył w Iranie, gdzie miał problemy z kręgosłupem. Wcześniej, w Chinach, przeszedł ostre zakażenie skóry. Już na początku eskapady, w Czechach, złamał kość ramienia. – Ale wszystko skończyło się szczęśliwie, a, biorąc pod uwagę rozmiary przedsięwzięcia, mój organizm zdał egzamin – zaakcentował.

Nie zawiódł go również rower, a o drobnych naprawach, jak zauważył, nie ma co wspominać. – Pierwszy składał się z podzespołów różnych firm. Gdy skradziono mi go, po obu Amerykach podróżowałem argentyńskim, topornym „góralem”. Najlepiej wspominam kupiony w Australii, a wykonany w Chinach tzw. rower miejski, prosty, wytrzymały i relatywnie lekki.

Zwykle jechał z 30-kilogramowym obciążeniem.

Obecnie pracuje w Szkocji, prowadząc pod Edynburgiem niewielki hotel. – Każdą wolną chwilę poświęcam na pisanie drugiej książki, którą zamierzam wydać w przyszłym roku. Nie zapominam o rowerze i myślę o kolejnym, długim rajdzie.

Przed rokiem wybrał się do Portugalii, a w tym przemierzał Kretę.

– Jak tylko zgromadzę odpowiednie fundusze i zbliżę się do końca spłaty kredytu mieszkaniowego, znowu wybiorę się w świat. Tym razem do Afryki – zakończył.

Andrzej Basiński

Tagi: ,