Tygodnik DB2010

4 czerwca – niechciana prawda

Felieton ten piszę, słuchając dobiegających mnie z telewizora odgłosów manifestacji w Gdańsku, gdzie hucznie rozpoczęto świętowanie 30 rocznicy zwycięskich wyborów, które odbyły się 4 czerwca 1989 roku. W tym właśnie dniu – jak to z dziecięcą emfazą ogłosiła pewna polska aktorka – upadł w Polsce komunizm, co jest o tyle śmieszne i nieprawdziwe, że w Polsce NIGDY z komunistycznym ustrojem nie mieliśmy do czynienia. Ten mit – bo od lat głoszę, że jest to tylko mit i nic więcej – iż 4 czerwca 1989 roku „Solidarność” totalnie zgnębiła tzw. komunę, jest trwałym elementem ideologicznej propagandy prawicy, która odrodziła się na ruinach tego faktycznie prosocjalistycznego, na wskroś egalitarnego robotniczego związku zawodowego. W istocie rzeczywistość wyglądała zgoła odmiennie i aby ją w sposób zrozumiały przedstawić, muszę przypomnieć kilka podstawowych prawd dotyczących tamtego okresu.

Otóż te czerwcowe „częściowo wolne” wybory zostały ustalone wspólnie przy Okrągłym Stole, co było efektem starań generała Wojciecha Jaruzelskiego, będącego wówczas faktycznym przywódcą państwa, który wiele wysiłku włożył, aby nakłonić Lecha Wałęsę do podjęcia rozmów przy tym meblu. Przypominam o tym (siłą rzeczy w wielkim skrócie), albowiem dziś cała polska prawica stara się wymazać (tak jak obecnie Jarosław Kaczyński wymazuje z tamtego okresu obecność i znaczenie Lecha Wałęsy) rolę reformatorskich sił w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i całkowicie pominąć ich rolę oraz znaczenie w tych historycznych wydarzeniach z tamtych dni i lat. Nie jest żadną tajemnicą, że te pierwsze od 1944 roku demokratyczne wybory odbyły się tylko dlatego, że gen. W. Jaruzelski (z grupą partyjnych reformatorów w osobach m.in. premiera Mieczysława Rakowskiego, ministra Jerzego Urbana, członka KC PZPR Stanisława Cioska, czy wreszcie ówczesnego szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka), przełamał opór dogmatycznych i skostniałych sił tkwiących w łonie Komitetu Centralnego PZPR. Bo kiedy napotkał sprzeciw, zagroził, że jeżeli nie uzyska zgody na dogadanie się z „Solidarnością”, to on i cała jego ekipa zgłoszą rezygnację z wszystkich politycznych i państwowych funkcji. Tak więc to gen. W. Jaruzelski był faktycznym animatorem obrad Okrągłego Stołu i swoistym politycznym ojcem wszystkich przemian, jakie doprowadziły do wyborów w dniu 4 czerwca 1989 roku. Dzisiaj wszyscy radośnie manifestują to wielkie zwycięstwo demokracji, cieszą się i spotykają na rozlicznych konferencjach, galach i różnego rodzaju piknikach politycznych, ale jakoś wśród nich nie widzę zaproszonych gości, reprezentujących tę drugą stronę, bez woli i udziału której do jakichkolwiek pokojowych zmian by nie doszło. I to nie tylko wtedy, ale jeszcze przez wiele wiele lat. Wygląda na to, że „Solidarność” z Lechem Wałęsą przy Okrągłym Stole dogadywała się sama z sobą i sama również ustalała kalendarz i zasady przeprowadzenia wyborów do Sejmu i Senatu. Na marginesie tylko przypomnę, że hasło o całkowicie wolnych wyborach do Senatu padło z ust Aleksandra Kwaśniewskiego, który przy Okrągłym Stole reprezentował stronę partyjno-rządową, czyli tych, których dziś pogardliwie nazywa się „komuchami”.

Zresztą, sprawa owego zwycięstwa z 4 czerwca (kiedy to niby w Polsce upadł rzekomy komunizm), to też nic innego jak powielane od lat kłamstwo, które – jak mawiał pewien hitlerowski propagandysta – powtórzone 1000 razy staje się prawdą. A prawda jest taka, że przy Okrągłym Stole wynegocjowano tak zwane parytety, czyli ustalono, że dla strony partyjno-rządowej (koalicyjnej) przeznaczono w sumie 299, a dla „Solidarności” 161 mandatów. Miało to ówczesnej władzy gwarantować jej utrzymanie, ale jednocześnie miało zapewnić „Solidarności” całkiem już legalny mandat do sprawowania opozycyjnej funkcji kontrolnej. Następne wybory miały już być całkowicie wolne, co jednakże stronę partyjno-rządową zmusiłoby do wprowadzenia takich reform ustrojowych, gospodarczych i społecznych, które gwarantowałyby ekipie reformatorów z PZPR wygranie ich w normalnej demokratycznej walce wyborczej. Gdyby tak się stało, to Polska i Polacy nie musieliby przeżywać, narzuconych nam przez światowy kapitał, efektów tzw. planu Balcerowicza, który polski przemysł i państwowe rolnictwo doprowadził do faktycznej ekonomicznej i fizycznej ruiny, a miliony ludzi z dnia na dzień pozostawił bez pracy, a setki tysięcy bez mieszkań, czyli bez dachu nad głową. Ponieważ przyjęta wtedy ordynacja wyborcza była niesamowicie skomplikowana, przywołam więc jedynie historyczne fakty, które niech mówią same za siebie.

Wybory odbyły się w dwóch turach, przy czym w pierwszej brało udział 17 milionów z 27 milionów uprawnionych do głosowania wyborców (62%), natomiast w II turze frekwencja wyniosła już tylko 25%. Ponieważ w I turze porażka tzw. listy krajowej (35 mandatów dla przedstawicieli organów ówczesnej władzy) spowodowała, że 33 mandaty nie zostaną obsadzone, wybory te można było uznać za nieważne z uwagi na to, że ordynacja wyborcza nie przewidywała takiej sytuacji. Doszło do tego, ponieważ „Solidarność” nie dotrzymała warunków zwartej przy Okrągłym Stole umowy, podejmując zmasowaną kampanię nawoływania do skreślania kandydatów strony koalicyjnej. Ta faktyczna porażka PZPR rodziła w „Solidarności” obawę, że wybory faktycznie zostaną unieważnione i odłożone w czasie, do czego nie doszło dzięki gen. Jaruzelskiemu, który ogłosił „wyniki wyborów uznajemy”. Tak więc to za jego przyczyną doszło do kolejnego porozumienia, w wyniku którego ustalono, że 18 czerwca odbędzie się (faktycznie mocno niekonstytucyjna) druga tura wyborów. Jak wspomniałem, frekwencja w tym dniu wynosiła jedynie 25%, co dowodzi, że społeczeństwo „nogami” uznało fakt, że dotychczasowa władza będzie rządzić w dalszym ciągu. Gdzie więc jest to wielkie zwycięstwo, tak hucznie obchodzone 4 czerwca? Jedynym faktycznym zwycięstwem Lecha Wałęsy było coś, co dziś uznajemy za polityczną korupcję, a więc doprowadzenie do zdrady przez ZSL i SD, dzięki czemu 17 sierpnia 1989 roku mógł, on wraz z szefami byłych koalicjantów PZPR, ogłosić powstanie nowej parlamentarnej koalicji „Solidarność”-ZSL-SD, w efekcie czego powołano rząd Tadeusza Mazowieckiego, wprowadzono plan Balcerowicza, zniszczono polskie przedsiębiorstwa, pojawili się bezdomni i bezrobotni, zniszczono polską flotę handlową i rybacką, budownictwo mieszkaniowe, zaczęto demontaż połączeń kolejowych i autobusowych odcinając wsie i małe miasteczka od świata itp., itd.

Końcowym efektem tych przemian stało się pojawienie politycznej siły, która aktualnie zdobywa takie poparcie, że być może już niedługo odbuduje PRL – bis, z wszelkimi jej wadami, a więc brakiem poszanowania dla konstytucji, z podporządkowanymi władzy prokuratorami i sądami, polityczną na wskroś policją, ale z obiecywaną pomocą społeczną i wzrostem wynagrodzeń. A to jak widać Polakom w zupełności wystarcza. Tak więc wybory 4 czerwca i jego faktyczne konsekwencje powinien najbardziej hucznie świętować Jarosław Kaczyński z całą swoją formacją i przystawkami. Ja natomiast obchodzić ich nie miałem zamiaru i też tak postąpiłem.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

Sorry, the comment form is closed at this time.

Tygodnik DB 2010 – Gazeta Aglomeracji Wałbrzyskiej