Tygodnik DB2010

Wojna

8 maja 1945 roku o godz. 22.30 Niemcy podpisały akt bezwarunkowej kapitulacji kończącej ich udział w II wojnie światowej (w wojnie udział brała też Japonia, której wojska w dalszym ciągu prowadziły intensywne militarne działania w Azji i na Pacyfiku). Rozmowy w sprawie kapitulacji toczyły się już od 5 maja, po tym jak 2 maja doszło do kapitulacji Berlina, broniącego się przed zwycięskimi oddziałami Armii Czerwonej i I Dywizji Piechoty Wojska Polskiego. W efekcie tych rozmów do bezwarunkowej kapitulacji wszystkich wojsk niemieckich doszło 7 maja, podpisanej we francuskim mieście Reims. Według tego aktu, wszystkie wojska niemieckie (na wszystkich frontach i w okupowanej ciągle Norwegii) 8 maja o godz. 23.01 zaprzestać miały działań wojennych i zobowiązane zostały do złożenia broni. Wiadomość ta mocno rozzłościła Stalina, który wymusił na przywódcach sojuszniczych mocarstw powtórzenie tego aktu (na takich samych warunkach jak 7 maja), co nastąpiło właśnie 8 maja o godz. 22.30 w podberlińskim Karlhorst, ale II wojna światowa zakończyła się o godzinie 23.01, gdy zaprzestano wszelkich walk. W tym czasie w Moskwie była już godzina 01.01 dnia 9 maja i dlatego w ZSRR oraz wszystkich państwach byłego bloku radzieckiego w Europie dzień zwycięstwa obchodzony był w tej właśnie dacie. Teraz Dzień Zwycięstwa obchodzimy 8 maja, ponieważ data ta została ustalona ustawą z 24 kwietnia 2015 roku.

Dla mnie ten dzień ma zawsze szczególny charakter, ponieważ w szturmie Berlina brali udział moi rodzice oraz siostra mojej Mamy. Brat Ojca – Franek – nie doczekał tego, ginąc 1 sierpnia 1944 r. podczas forsowania Wisły w celu utworzeniu Przyczółka Warecko-Magnuszewskiego. Był cekaemistą. Pamiętam opowieści rodziców związane z 9 maja 1945 roku, ponieważ tego dnia rano wiadomość o kapitulacji dotarła do żołnierzy i rozpoczął się wtedy istny szał radości. Dlatego dla nich data 9 maja nie budziła nigdy żadnych wątpliwości, ale i ja również nie wąpię, że dla Europy kapitulacja podpisana została 8 maja i niech więc tak już zostanie. Dzień Zwycięstwa winien być dla Polaków dniem szczególnej radości, hucznie obchodzonym nie tylko przez obywateli, ale przede wszystkim przez władze państwowe, które – niestety – do rocznicy tej podchodzą, jak pies do jeża. Jest tak dlatego, bo w żaden sposób nie da się ukryć tego, że największy militarny udział w pokonaniu Niemiec miała Armia Czerwona, czyli Związek Radziecki, którego setki tysięcy żołnierzy poległo na polskiej ziemi. Ale to dziś jest passe, czemu niejednokrotnie wyraz dawał Donald Tusk, Andrzej Duda, czy Mateusz Morawiecki, dla których II wojna światowa, w tym okupacja Polski, skończyła się 12 września 1989 roku. Czyli z dniem powołania na prezesa Rady Ministrów Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, której trwanie zakończyło się 29 grudnia 1989 roku ustawą o zmianie Konstytucji Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, przywracającej historyczną nazwę państwa – Rzeczpospolita Polska. Dla mnie jednak zawsze dzień 8 maja jest i będzie dniem szczególnym z powodów jak wyżej.

* * *

74 lata temu zakończyła się najkrwawsza w dziejach ludzkości wojna, czego jednym z efektów było powstanie Organizacji Narodów Zjednoczonych (24.10.1945 r.), czyli międzynarodowej organizacji mającej stać na straży światowego pokoju, przez utrzymywanie go za pomocą zbiorowych i pokojowych wysiłków, między innymi przez rozwijanie przyjaznych stosunków międzynarodowych na zasadach samostanowienia i suwerennej równości. Czyli wyrzeczeniu się stosowania siły pomiędzy państwami całego globu. Szczytny to cel, ale od samego początku nieprzestrzegany, w czym niezaprzeczalny prym wiodły i wiodą Stany Zjednoczone, uzurpujące rolę światowego żandarma, któremu jedynie przysługuje prawo stosowania siły militarnej w każdym zakątku kuli ziemskiej, kiedy tylko prezydent USA uzna to za stosowne. Ostatnio widać to na przykładzie Wenezueli, której demokratycznie wybrany prezydent szczególnie nie podoba się Donaldowi Trumpowi, przez co za prawowitego prezydenta tego kraju uznał on (a rząd polski potulnie za nim) jakiegoś uzurpatora i wichrzyciela. Żąda więc od prezydenta wolnego i suwerennego kraju ustąpienia pod groźbą zbrojnej interwencji US Army, co jest już – moim zdaniem – działaniem bandyckim. Przed podjęciem tej interwencji wstrzymuje go na szczęście stanowcze poparcie dla prezydenta Maduro ze strony Rosji i Chin, co wywołuje wściekłość waszyngtońskiej administracji. Dał temu wyraz sekretarz stanu Mike Pompeo, głosząc, że Wenezuela leży na „ich” – czyli USA – półkuli, a więc Rosja nie ma prawa ingerować w wenezuelskie sprawy, bo to prawo przysługuje jedynie USA. Słysząc to poczułem jak mi się w kieszeni otwiera przysłowiowy nóż, bo trudno znieść tak bezczelnie wyrażone przekonanie o szczególnych dla USA prawach. Niech więc Pompeo pójdzie dalej i przyzna Rosji szczególne uprawnienia w stosunku do tego, co się dzieje na „jej” półkuli, zarówno wschodniej jak i południowej. Jeżeli takie szczególne uprawnienia istnieją, to jakim więc prawem USA wtykają swój nos do tego co dzieje się np. na Ukrainie, w Azerbejdżanie, Turkmenii i innych byłych azjatyckich republikach byłego ZSRR? Co samoloty USA robiły nad Jugosławią pomiędzy 24.03 a 10.06.1999 roku, co robiły nad Libią od 15.02 do 23.10. 2011? Co amerykańscy żołnierze robili w Iraku i Afganistanie, a także w Syrii, do której ich nikt nie zaprosił, a zaproszona przez legalny rząd została właśnie Rosja? Dlaczego, wbrew wcześniejszej umowie, stacjonują w Polsce tuż przy rosyjskiej granicy? Nie jestem szczególnym fanem Putina, ale uczono mnie od dziecka, że każdy ma równe prawa i należy je szanować. To tyle i tylko tyle. Niech Jankesi wreszcie uświadomią sobie, że kolejnej wojny światowej nikt sobie nie życzy. Ta ostania była chyba dostateczną nauczką.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

Sorry, the comment form is closed at this time.

Tygodnik DB 2010 – Gazeta Aglomeracji Wałbrzyskiej