Tygodnik DB2010

Świdnickie kartoflisko

Niedawno dowiedziałem się, że władze Świdnicy – z powodów dla mnie całkowicie niezrozumiałych – zamierzają szczególnie uczcić pewnego niemieckiego pilota myśliwskiego z czasów I wojny światowej. Ze zdziwienia złapałem się za głowę, bo jako Polak i były świdniczanin za nic nie mogę pojąć, z jakich to szczególnych powodów potomek pruskich junkrów, Manfred von Richthofen zwany Czerwonym Baronem, ma zajmować poczesne miejsce w panteonie osób ważnych dla mieszkańców tego, było nie było, piastowskiego niegdyś grodu? Przecież się nawet w Świdnicy nie urodził, bo do miasta tego przyjechał z rodziną kiedy miał już 9 lat. Czy tylko dlatego, że mieszkał w stojącej do dziś wilii przy obecnej ul. Gen. Sikorskiego? Czy to jednak nie za mało?

Niemcom się nie dziwię, kiedy uznają go – chociaż gwoli prawdy nie wszyscy – za wielkiego bohatera. Ale Polacy? Widać świdniczanie nie wiedzą, iż Manfred von Richthofen, wbrew romantycznej legendzie wyprodukowanej w przeważającej mierze przez propagandę III Rzeszy, szlachetnym rycerzem podniebnych bitew absolutnie nie był, ponieważ – z czym się zresztą wcale nie krył – jego celem nie były wrogie maszyny, lecz piloci je prowadzący. Jego znanym stylem walki było strzelanie do pilota, którego starał się trafić w głowę, a kiedy nie miał pewności, czy mu się to skutecznie udało zrobić, tak długo strzelał seriami w kadłub samolotu aż go postawił w ogniu. Często lądował, aby się swemu dziełu przyjrzeć dokładnie, a zdarzało się i tak, że kiedy pilot jednak cudem przeżył, to on już na ziemi kończył to, co w powietrzu zaczął. Był też – przynajmniej w moich oczach – zwykłym kabotynem, który po każdym zestrzeleniu alianckiego samolotu, zamawiał u berlińskiego jubilera srebrny puchar z wygrawerowaną datą i typem zestrzelonej maszyny. Chyba wzorem myśliwych, którzy z lubością na ścianach wieszają wypchane głowy swych zwierzęcych ofiar. W sumie uzbierał tego 80 sztuk. Jego kult rozwinął się po I wojnie, lecz szczególnie w czasach III Rzeszy, w której na potęgę fundowano poświęcone mu tablice i kamienie pamiątkowe. Ma zatem Świdnica na kim się wzorować, a wiem, że na jej terenie, w ogrodzie domu gdzie Manfred von Richthofen mieszkał, znajduje się już od pewnego czasu taka kamienna tablica, dzięki pewnemu świdnickiemu społecznikowi. Teraz jeszcze postawią mu replikę trójpłatowca Fokkera Dr. I, na której to maszynie tylko przez jakiś czas odprawiał swe krwawe łowy. I ma ona stanąć podobno na skwerze Lecha Kaczyńskiego, którego słynący z ciężkiego dowcipu niemieccy satyrycy, swego czasu nazwali kartoflem. Niedługo będą więc mogli dworować sobie do woli, że dzięki świdniczanom Czerwony Baron po 100 latach wylądował na świdnickim kartoflisku…

Zapoznałem się z historią rodu Czerwonego Barona i chociaż każdy odpowiada za siebie, to jednak warto wiedzieć, komu Świdnica chce za 130 tys. zł (albo i więcej) pomnik stawiać, tak jakby w tym mieście nie było innych pilnych potrzeb. Bo nie tylko Manfred Rchithofen był niemieckim wojskowym pilotem. Pilotem tej samej eskadry, dowodzonej przez Manfreda, był jego młodszy brat Lothar, który zginął w katastrofie lotniczej w 1922 i został pochowany w Świdnicy. Pilotem z dowodzonej przez Manfreda eskadry był też jego równolatek i bardzo bliski kuzyn urodzony w podstrzegomskim Bartoszówku, Wolfram Richthofen, który w 1933 roku zgłosił się do Luftwaffe, gdzie u swego byłego kolegi z dawnej eskadry, Hermana Göringa, dosłużył stopnia feldmarszałka. Warto wiedzieć, że marszałek Rzeszy Herman Göring, główny szef Luftwaffe, po śmierci Czerwonego Barona został dowódcą tej eskadry, a więc także bezpośrednim przełożonym Lothara i Wolframa. Ten ostatni uznawany był za jednego z najskuteczniejszych, ale i najbardziej brutalnych dowódców hitlerowskiego lotnictwa wojennego. W październiku 1936 roku wysłany z Legionem Condor do Hiszpanii, dowodził formacjami bojowymi Luftwaffe i to na nim spoczywa odpowiedzialność za zbrodnicze zbombardowanie 26.04.1937 roku małego hiszpańskiego miasteczka Guernica, które nie miało żadnego militarnego znaczenia. Tak samo zresztą jak „Polska Guernica”, czyli również niewielkie miasteczko Wieluń, zrównane z ziemią 1 września 1939 roku, zanim jeszcze rozpoczął się ostrzał polskiej placówki na Westerplatte. Przy okazji prawie całkowicie zniszczone zostały niektóre okoliczne wioski, a m.in. Parzymiechy, w których mieszkała 17 letnia wówczas moja teściowa, mieszkanka Świdnicy od 1946 roku. To od niej przed wielu laty dowiedziałem się, jak ten nalot wyglądał i jakie tragedie spowodował. A przecież w Wieluniu nie było nie tylko żadnego wojska, ale nawet obrony cywilnej, więc nie było tam chociażby jednego karabinu maszynowego. Samoloty bombardujące to spokojne miasteczko należały do 76. eskadry bombowców nurkujących, wchodzącej w skład IV Floty Powietrznej Luftwaffe, dowodzonej przez Wolframa von Richthofena. On też dowodził wydzieloną grupą lotniczą, której zadaniem było wspieranie natarcia na Warszawę 10 Armii niemieckiej. To „jego” bombowce z dużą skutecznością wspierały natarcie niemieckiej armii, niszcząc polskie umocnienia oraz atakując kolumny wojsk i bezbronnych uchodźców, przez co znacznie przyczyniły się do niemieckich sukcesów w bitwach pod Radomiem i nad Bzurą, gdzie załamała się jedyna początkowo skuteczna ofensywa polskiej armii. To dowodzona przez niego jednostka 25.09.1939 r. dokonała dywanowego nalotu na Warszawę, co przyczyniło się do podjęcia 27 września rozmów w sprawie kapitulacji Warszawy. Inny bliski kuzyn Czerwonego Barona, Bolko Richthofen, był wybitnie zdeklarowanym nazistą i aktywnym działaczem NSDAP. Kierował pseudonaukową organizacją Ahnenerbe, uznaną po 1945 roku za organizację zbrodniczą. Na polecenie władz niemieckich zajmował się rabunkiem mienia pożydowskiego (dzieła sztuki) oraz niszczeniem księgozbiorów naukowych z ZSRR. Po wojnie aktywny obrońca nazistowskich zbrodniarzy wojennych i działacz skrajnego Ziomkostwa Śląskiego. Inny Manfred von Richthofen oddał komnaty swego pałacu w Sichowie na przechowanie zrabowanych przez Hansa Franka skarbów kultury polskiej.

Oczywiście fakty te bezpośrednio nie obciążają Manfreda von Richthofena bezpośrednio, ale nikt chyba nie powinien mieć wątpliwości, pod jakim niebem latałby we wrześniu 1939 roku, gdyby nie zginął na Francją 21 lat wcześniej. No i na koniec. Nie każdy chyba wie, ale to właśnie na dobrach Richthofenów powstał obóz koncentracyjny Gross-Rosen, na co rodzina ta nie miała wprawdzie wpływu, ale procenty za uzyskiwane przez SS zyski z ochotą przyjmowała. Fakt ten w jakiś sposób stanowi klamrę tej mojej opowieści. Jak widać związki rodu Richthofenów z Polską (w tym i ze Świdnicą) są dosyć szczególnego rodzaju, ale czy naprawdę wystarczające do upamiętnia jednego z jego przedstawicieli tylko dlatego, że sprawnie zabijał (a niekiedy mordował) swoich przeciwników? Mam, co do tego, poważne wątpliwości. Myślę sobie, że jeżeli świdniczanie koniecznie chcą jakiegoś Niemca szczególnie uhonorować, to raczej powinni pamiętać o Helmucie von Moltke, niemieckim prawniku wojskowym z podświdnickej Krzyżowej, który w 1933 roku założył tajną antynazistowską organizację „Krąg z Krzyżowej”. W styczniu 1944 roku został internowany i po zamachu na Hitlera 20 lipca 1944 aresztowany, a następnie powieszony. Ale czy obecnie honorowanie antynazisty nie jest przypadkiem passe?

Janusz Bartkiewicz

www. janusz-bartkiewicz.eu

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

Sorry, the comment form is closed at this time.

Tygodnik DB 2010 – Gazeta Aglomeracji Wałbrzyskiej