Tygodnik DB2010

Echa naszych publikacji: Umów należy dotrzymywać

Rzymska maksyma mówi: Pacta sunt servanda, to tytuł felietonu pana Janusza Bartkiewicza zamieszczony w numerze 6 Tygodnika DB 2010. Odnosi się do 30 rocznicy podpisania porozumień Okrągłego Stołu. Nie mam zamiaru polemizować z opinią autora o konsekwencjach niedotrzymywania zawartych umów w oderwaniu od okoliczności ich zawierania. Czytając jednak wspomniany felieton, poczułem się jednak, jak czytelnik „Trybuny Ludu” z okresu stanu wojennego. Argumentacja i wnioski przytoczone przez autora mogą trafić do osób, które ani wtedy, ani teraz nie rozumieją, co jest skutkiem, a co przyczyną otaczającej je rzeczywistości, mogą też trafić do młodzieży, której to po prostu nie obchodzi. Ponieważ ja te czasy doskonale pamiętam, zwracam panu Bartkiewiczowi uwagę na kilka ważnych aspektów, bynajmniej nie szczegółów.

1. W konstytucji Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej był zapis, że Polska Zjednoczona Partia Robotnicza jest przewodnią siłą narodu, którą dygnitarze partyjni traktowali tak, jak katolicy pierwsze przykazanie boże. W konsekwencji tego zapisu wszystko, co działo się w Polsce – jak na ironię nazywającą się państwem demokracji ludowej – zależało od decyzji władz jednej partii i jej pierwszego sekretarza, w oparciu o ideologię komunistyczną, a zapisy konstytucji dotyczące praw człowieka i wolności były tylko zapisem na papierze. Nie istniała w Polsce opozycja, która mogłaby w parlamencie, w legalny sposób, reprezentować tę część społeczeństwa, która miała inną wizję powojennej Polski. Sama wizja była przestępstwem. Każda inicjatywa społeczna niekontrolowana przez aparat partyjny, niezgodna z ideologią socjalizmu, była określana jako próba obalenia siłą ustroju, a jej inicjatorzy osadzani w więzieniu, zwalniani z pracy i relegowani z uczelni z tzw. „wilczym biletem”.

2. Represje władzy w większości dotykały aktywnych politycznie przedstawicieli społeczeństwa, czy wręcz osób tylko krytykujących poczynania władzy. Mało kogo wśród nieinteresujących się polityką obchodziły absurdy w sferze gospodarczej i polityki zagranicznej państwa, dopóki za zarobione pieniądze można było kupić potrzebne rzeczy, przede wszystkim żywność. Zdecydowana większość zakładów pracy i handlu było państwowych. Naturalnymi więc były żądania od państwa możliwości zakupu w państwowych sklepach przede wszystkim żywności, której od końca lat 70 brakowało w skali niespotykanej od zakończenia wojny. Czy to nie jest niewywiązanie się z zawartych umów? System mógł zabronić działalności politycznej i pozbawić wielu praw, w tym zapisanych w konstytucji, zakupu wielu dóbr materialnych jednak nie miał wpływu na potrzebę jedzenia.

3. Władze reagowały dotychczas na strajki nazywane eufemistycznie „przestojami w produkcji”, powodowane najczęściej podwyżkami cen jedzenia, rezygnując niejednokrotnie z tych podwyżek, co z kolei powodowało zwiększenie jego braków i wymuszało potrzebę importu w oparciu o kredyty zagraniczne lub ograniczenia eksportu. Nomenklatura partyjna otworzyła sobie sklepy „za żółtymi firankami” w myśl zasady, że „rząd sam się wyżywi”. To właśnie ci „doradcy z intelektualnych kręgów tak zwanej opozycji podziemnej” (jak ich nazwał pan Bartkiewicz) uzmysłowili strajkującym robotnikom, że bez zagwarantowania sobie niezależnej od władzy reprezentacji związkowej, która może stworzyć namiastkę opozycji, nie osiągną celów zawartych w 21 postulatach. Podniesienie świadomości robotników powodowało z kolei wzrost żądań innych, niż socjalne.

4. Przypisywanie strajkom wyniszczenia gospodarki polskiej jest jedynie powtórzeniem opinii Generała Jaruzelskiego, zawartej w słynnym przemówieniu nadanym w telewizji zamiast Teleranka, 13 grudnia 1981 r. Braki importowanych surowców do produkcji wobec braku dewiz, częste wyłączenia energii elektrycznej i braki materiałowe – w tym cementu i stali – niezbędne w procesach inwestycyjnych, same w sobie powodowały faktyczne przestoje w produkcji. Kiepska jakość nienowoczesnych wyrobów przemysłowych z powodu braku nowych technologii ograniczała eksport. Jakkolwiek można jeszcze zrozumieć uwarunkowania produkcji przemysłowej, nie sposób zrozumieć braków produktów spożywczych. Czy z powodu strajków świnie przestały się prosić, czy krowy przestały dawać mleko, a kury znosić jaja? Czy plantatorzy tytoniu przestali go uprawiać, producenci ziemniaków zaczęli sadzić kwiatki, uniemożliwiając produkcję spirytusu?

5. Autor ubolewa nad tym, że po wyborze Lecha Wałęsy na stanowisko prezydenta, funkcji premiera rządu, który sprawował realną władzę, nie objął nikt z grona robotniczych przywódców strajku. Po prostu wszyscy mieli świadomość, że do wyprowadzenia państwa z tragicznej sytuacji gospodarczej lat 80 i gigantycznego zadłużenia w bankach zagranicznych, spowodowanej przez „przewodnią siłę narodu”, potrzeba kogoś, kto potrafi uporać się z problemami większymi, niż brak mydła i papieru toaletowego, czy zmiany w zakładowym regulaminie premiowania, czy komisji przydziału mieszkań zakładowych. Tego nie uczono w szkołach zawodowych i technikach. Po to właśnie potrzebne były powszechne i wolne wybory, których efektem był wybór premiera, uniezależnionego od decyzji gospodarczych Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej podejmowanych w Moskwie, bez udziału selekcjonerów Frontu Jedności Narodu.

6. Pan Bartkiewicz uważa, że zamiast Okrągłego Stołu trzeba było „zafundować Polakom wolność wyjazdu za granicę”. Nie bierze pod uwagę tego, że w 1989 roku w Polsce była obowiązkowa służba wojskowa i należeliśmy jeszcze do Układu Warszawskiego, którego władze w Moskwie nie zgodziłyby się na ubytek kilkudziesięciu tysięcy poborowych sojuszniczej armii. Przecież realizując ten pomysł, z Polski wyjechaliby przede wszystkim ludzie młodzi, a nie emeryci. Swoją drogą, przyklasnąłbym temu pomysłowi, gdyby autor artykułu we właściwym czasie zaproponował ten wyjazd Wojskowej Radzie Ocalenia Narodowego. Pomimo tego, że przysyłanych do kraju pieniędzy byłoby mniej, korzyści byłyby większe.

7. A teraz sprawa najważniejsza. Podobnie jak pan Bartkiewicz uważam, że pozytywnie zweryfikowani funkcjonariusze policji, a dawniej milicji oraz uprawnione osoby pobierające po nich renty i emerytury, powinni zachować przywileje emerytalne, a iluzją jest możliwość odwołania się od decyzji zakładu rentowego do szefa MSW. Od paru lat wydaje mi się, że ktoś nieuprawniony znów – jak kiedyś – manipuluje „języczkiem u wagi” Temidy. Nie mogę jednak uwierzyć, że wśród osób objętych zmniejszeniem dotychczasowych świadczeń, o których mowa, są sami konserwatorzy urządzeń sanitarnych, łączności, sprzątaczki i sekretarki. Kto w takim razie pałował i okaleczał przesłuchiwanych, poniżał, kazał zwalniać z pracy i często, jako „nieznani sprawcy”, mordował opozycjonistów? Może w niektórych przypadkach decyzje zmniejszające dotychczasowe świadczenia są niesprawiedliwe, ale porozumienia okrągło-stołowe pisane były w atmosferze obawy – szczególnie przedstawicieli Kościoła Katolickiego (którego przedstawiciele pełnili funkcję mediatorów) – przed ślepą zemstą za lata prześladowań, mordów i krzywd wyrządzonych tysiącom rodzin przez Milicję Obywatelską i Służbę Bezpieczeństwa. Nie sposób dzisiaj niejednokrotnie udowodnić sprawcom i zleceniodawcom indywidualną odpowiedzialność za ich winy, tak jak mordercom księdza Popiełuszki, gdyż oni, jak i ich przełożeni, mieli świadomość bezprawnych nawet wtedy działań, których się dopuszczali, i w porę zniszczyli dokumenty. W ten sposób spowodowali rozmycie odpowiedzialności, uniemożliwiając osądzenie faktycznych zbrodniarzy. Właśnie tę pozorną krzywdę, która spotkała tych ludzi, mogą zawdzięczać przede wszystkim formacji, której kiedyś bezrefleksyjnie zaufali i przez lata korzystali z jej przywilejów. Przecież mogli znaleźć inną pracę. Po podpisaniu porozumień przy Okrągłym Stole żaden funkcjonariusz służb komunistycznych nie został skrycie zamordowany i to jest najważniejsze. Przykazanie : Pacta sunt servanda. Wykonano. Polskie przysłowie mówi: nie rób drugiemu, co Tobie niemiłe.

Jan Kołodziejczyk

***

Ad rem

Przywołany do tablicy przez Pana Jana Kołodziejczyka (Tygodnik DB 2010 z 28.02.2019 r.), zmuszony jestem – w ramach prawa do repliki – ustosunkować się do kilku „ważnych aspektów”, na które zwrócił mi uwagę, w reakcji na mój felieton pt. „Pacta sunt servanda”, zamieszczony w nr 6 Tygodnika DB 2010. Czynię to z wielką przyjemnością, albowiem rzadko ostatnimi czasy zdarza się, aby ktoś mający inne zdanie od autora publikacji, potrafił je wyrazić bez niepotrzebnego politycznego zadęcia. Nie mniej jednak, sprowokowany uwagą o tym, iż mój tekst przypominał panu Kołodziejczykowi treści zawarte w „Trybunie Ludu” z okresu stanu wojennego, pragnę zwrócić nie tylko Jego uwagę na fakt, że poziom i styl propagandy w dzisiejszych środkach masowego przekazu jest tego rodzaju, iż „Trybuna Ludu” jawić się może jako niedościgły wzór publicystyki. Mógłbym tu przeprowadzić głębszy wywód, ale przecież nie o to chodzi i miejsca też zabraknie. Swoje uwagi do mojego tekstu pan Jan Kołodziejczyk zawarł w 7 punktach i rzecz w tym, że tylko ten ostatni w jakiś sposób odnosił się do tego, co napisałem w felietonie sprzed dwóch tygodni. Miejsca mam mało, więc postaram się w miarę zwięźle odpowiedzieć na te „ważne aspekty”. A więc ad rem.

1. Razi mego interlokutora to, że w Konstytucji PRL zapisana była przewodnia rola PZPR, co partyjni dygnitarze traktowali jak „katolicy pierwsze przykazanie boże”. I chwała im za to, że tej konstytucji przestrzegali, bo taka postawa winna być czymś normalnym w każdej demokracji. Nawet tej socjalistycznej. W obecnej konstytucji władzy przewodniczącego lub prezesa rządzącej partii nie zapisano, a kto w III RP rządził i rządzi od pierwszych dni jej istnienia? Otóż rządzi szef partii mającej większość parlamentarną, bo posłowie nie mają prawa głosować, jak im w duszy gra, tylko tak jak im partia (czytaj przewodniczący lub prezes) nakazuje. Czy Pan Kołodziejczyk dostrzega jakieś różnice lub podobieństwa – nie wiem. Ale ja tak.

2. Ponoć w PRL w niespotykanej skali brakowało żywności, ale w PRL nikt głodny nie chodził, po śmietnikach jedzenia i pustych puszek po piwie nie szukał, a spożycie mięsa i wędlin było na głowę obywatela większe lub zbliżone do obecnego. Wystarczy sprawdzić w GUS: w 1980 – 74 kg, w 1999 – 66,7 kg, a w 2014 – 73,9 kg na osobę. Kartki wprowadzono na żądanie „Solidarności”, chociaż rząd się sprzeciwiał, a niezamierzonym efektem fali nieustających strajków paraliżujących gospodarkę, był czasowy jedynie okres pustych półek.

3. Strajki te mogły wybuchać, bo istniały potężne państwowe przedsiębiorstwa, które zatrudnionym tam ludziom dawały poczucie siły i bezpieczeństwa socjalnego oraz finansowego. Robotnicy strajkowali pod hasłem „Socjalizm tak, wypaczenia nie”, a 21 postulatów w zdecydowanej większości to postulaty socjalne. Podniesiona przez tzw. opozycję świadomość polityczna robotników doprowadziła w rezultacie do całkowitego upadku polskiego przemysłu i wielkotowarowego rolnictwa. Praktycznie wszystkie państwowe przedsiębiorstwa upadły, zamieniając się w ruinę lub sprzedano je za złotówkę, w wyniku czego ogołocone zostały ze wszystkiego, co tylko dało się wywieźć. A miliony tak niedawno strajkujących wylądowały na ulicy bez żadnego zabezpieczenia. Dzisiaj „Solidarność” strajki socjalne (płacowe) tłumi, skupiając swą aktywność na wspieraniu rządu, dyrektora Rydzyka i księży pedofilów.

4. Widać mój oponent – chociaż twierdzi, że dobrze tamte czasy pamięta – nie pamięta, że w czasach PRL-u powstało 1615 przemysłowych zakładów, w których pracowało 2 mln ludzi. Stanowiły one 24,6 % ogólnej liczby zakładów istniejących w 1988 r., czyli w ostatnim pełnym roku Polski Ludowej. Trzydzieści lat później z liczby tej zostało mniej niż tysiąc. A były to najnowocześniejsze przedsiębiorstwa w całym obozie socjalistycznym, w wielu przypadkach produkujące na przekazanych tylko Polsce najnowocześniejszych technologiach, jak np. Fabryka Kineskopów w Piasecznie. Prężnie działał i eksportował swe wyroby przemysł stoczniowy, hutniczy, elektroniczny, włókienniczy, maszynowy, samochodowy, energetyczny, budownictwo mieszkaniowe itp. Także wałbrzyskie fabryki porcelany, Huta Szkła i Huta Karol, DśPUG, Polsport, Kalkomania, Fabryka Domów, itp. Długo by wyliczać. Gdzie to wszystko jest teraz? No gdzie?

5. Długi spowodowane przez „przewodnią siłę narodu” zostały spożytkowane właśnie na wybudowanie i zmodernizowanie tego przemysłu, bo nikt ich nie przejadał lub marnotrawił. Dzięki czemu po 1990 roku rządzący mieli co (za grosze zresztą) sprzedawać, aby budżet państwa przez lata ratować. Jednakże pieniądze te przejedzono lub zmarnotrawiono, budując „Polskę montowni i marketów handlowych”. Tamte stare długi zostały dawno spłacone, a obecna („solidarnościowa” przecie) władza zafundowała nam dług, przy którym ten z PRL jawi się jak krasnoludek przy wieży Eiffla. Zadłużenie zagraniczne Polski w 2018 wynosiło 1 bln 321,5 mld (tj. 66,7 proc. PKB), a państwowy dług publiczny 961,8 mld zł. I dług ten dalej rośnie. Tak nowi „zarządcy Polski” rodem z „Solidarności” uporali się z problemami „większymi niż brak mydła lub papieru toaletowego”.

6. Za granicę wyjeżdżali z reguły ci, którzy tzw. wojsko już odsłużyli, więc nie było obawy, że Układ Warszawski się rozleci, gdy zabraknie polskiego rekruta. Zresztą w latach1987-1989 ZSRR odpuścił i w nasze sprawy się już nie wtrącał, a Gorbaczow zezwolił na obalenie berlińskiego muru i połączenie Niemiec. Pan J. Kołodziejczyk chyba jednak mojego tekstu do końca nie zrozumiał, bo ja pisałem o tym, że błędem władzy PRL było, że z powodów ideologicznych bała się wypuszczać Polaków za granicę, bo bała się opinii, iż ludzie z socjalistycznego kraju dobrobytu wyjeżdżają na „zgniły zachód” w poszukiwaniu lepszych warunków życia. A przecież wszyscy by nie wyjechali, tak jak nie wszyscy wyjechali (również z powodu biedy) po 1990 roku.

7. Wystarczyło spojrzeć do statystyk i zobaczyć ilu funkcjonariuszy SB było w służbie, a ilu zostało zweryfikowanych. A ja o tych właśnie pisałem. Tych, którym państwo zaproponowało dalszą służbę i oni się jej podjęli, za co zostali tak, a nie inaczej przez to państwo potraktowani. Byłbym bardzo wdzięczny (jak i rzesze represjonowanych przez III RP mundurowych emerytów), gdyby J. Kołodziejczyk wskazał tych zweryfikowanych, którzy przed 1990 rokiem mordowali i katowali ludzi z opozycji lub niewygodnych władzy księży. Jestem przekonany, że takich nie znajdzie. Oni się weryfikacji nie poddawali, a jeżeli popełnili czyny przestępcze, to zostali (jak np. w Wałbrzychu) osądzeni i skazani. Na tym polega konstytucyjny zakaz stosowania odpowiedzialności zbiorowej, że nie wolno pojedynczych przypadków przypisywać całej formacji. Niech każdy osądzi sam, czy ja, mając na uwadze wywód pana Kołodziejczyka, mam prawo twierdzić, że wszyscy księża to pedofile, dla których miejsce jest w zakładach karnych, a nie w kościołach i szkołach gdzie masowo seksualnie wykorzystują dzieci płci obojga? Myślę, że nikt się z takim rozumowaniem nie zgodzi. No właśnie.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

Sorry, the comment form is closed at this time.

Tygodnik DB 2010 – Gazeta Aglomeracji Wałbrzyskiej