Tygodnik DB2010

Żołnierskim szlakiem z II Armią Wojska Polskiego do Wałbrzycha

Moje pierwsze spotkanie z Marcinem Zajączkowskim, frontowym żołnierzem – minerem II Armii Wojska Polskiego, również należącym dziś do grupy kombatantów polskich mieszkańców Wałbrzycha (od marca 1946 r. przy ul. Samosierry 3), a dziś 93 letnim mieszkańcem Dziećmorowic, nie dawało szans na opublikowania jego wspomnień wojennych i z późniejszych lat. Pan Zajączkowski, pomimo dostojnego wieku, jest bystrym obserwatorem rzeczywistości publicznej tej bliższej i dalszej.

– Z powodu publikacji moich frontowych wspomnień mogę mieć duży kłopot – i Pan też jako redaktor – dowodził weteran WP wschodniego frontu walki.

– Jeśli obaj będziemy milczeli – przekonywałem weterana – to godzimy się na dość powszechnie głoszone obecnie nieuczciwe oceny i prezentacje wojennych oraz życiowych losów tysięcy Polaków ze wschodnich rubieży dawnej Rzeczypospolitej. Zwłaszcza żołnierzy tułaczy I i II Armii WP. Panie Zajączkowski, Pan i ja wiemy, że w maju 1945 r. Berlin zdobyła Armia Czerwona (wówczas oficjalna nazwa – RB), czyli Rosjanie i Polacy (wydzielone jednostki z I Armii WP). 1 i 2 maja 1945 r. na ruinach gmachów, pomnikach buty pruskiej i nazistowskiej, Rosjanie i Polacy umieszczali swoje narodowe flagi. Żołnierze I Armii WP zawiesili biało-czerwone flagi na m.in. Siegessäule (pruskiej kolumnie zwycięstwa) i Bramie Brandenburskiej (ich nazwiska są zapisane w historii WP!).W aktualnej edukacji historycznej ten fakt, czyli udział żołnierzy polskich w finalnej operacji militarnej II wojny światowej – zdobyciu Berlina – jest wymazany ze świadomości młodego pokolenia. O udziale wojennym obu Armii WP na froncie wschodnim w oficjalnej przekazach nie wspomina się. Jeśli już coś się głosi publicznie, to najczęściej obraża się tych żołnierzy – sybiraków i wygnańców ze wschodu.

Obaj zaryzykowaliśmy dalszą rozmowę.

Pan M. Zajączkowski to świadek historii o bardzo bogatym doświadczeniu życia Polaków na wschodnich peryferiach II RP, a zwłaszcza tragicznego ich losu w okresie wojny od 17 września 1939 r. Rodzina Zajączkowskich od pokoleń mieszkała w Nowej Borowej i pobliżu. Z tej miejscowości do Żytomierza było 80 km, natomiast bliżej, bo 40 km, jechało się koleją do Korostynia. Na kategoryczne wezwanie wojskowych władz Armii Czerwonej, która ten obszar ponownie zajęła po ciężkich walkach na przełomie 1943/44 r., Marcin Zajączkowski z kilkudziesięcioma rówieśnikami z okolicznych wsi – w lutym 1944 r. – stawił się jako poborowy w Korostynie. Po kilku dniach uformowano duży transport kolejowy wypełniony poborowymi Polakami, Ukraińcami i Rosjanami, który po kilku dniach dojechał na ogromny poligon Iwanowo pod Moskwą. Tu trwała zima z 30 stopniowym mrozem. W takich warunkach Zajączkowski nabywał umiejętności żołnierza obsługującego działo przeciwpancerne. Po 3 miesiącach szkolenia, w składzie batalionu wyjechał na front jako żołnierze Armii Czerwonej. W maju 1944 r. ten batalion wyładował się na stacji niewielkiej miejscowości Krycze na Białorusi, w pewnej odległości od strefy frontowych walk.

– Czuło się powiew letniego powietrza – wspomina Marcin Zajaczkowski – ten szczególny dzień, w którym na zbiórkę batalionu przybyła grupa oficerów rosyjskich i zaczęli wyczytywać nazwiska żołnierzy, którym kazano wystąpić przed front batalionu. Wszyscy występujący przewidywali tragiczny dla siebie finał tego wydarzenia. Wybrano około 40 osób, ale nikt z żołnierzy nie orientował się o co chodzi, co dalej… Do naszej grupy zbliżył się jeden z oficerów i oznajmił: – Jeszcze dzisiaj pojedziecie do swojej narodowej armii! Natychmiast wyruszyliśmy w kierunku małej stacyjki kolejowej, zaopatrzeni w porcje sucharów i grupowy dokument wyjazdu do Żytomierza, gdzie zostaliśmy zakwaterowani w koszarach. To był luksus… Tu otrzymaliśmy polskie mundury, były polskie flagi, orzełek na czapce, polskie komendy. Po dwóch dniach pojawili się polscy oficerowie, podoficerowie i też Rosjanie polskiego pochodzenia – jedni w mundurach swoich, inni już w polskich – to byli tzw. „kupcy”, którzy werbowali żołnierzy i kadrę do „swoich” oddziałów, specjalności wojskowej, do dalszego szkolenia. Początkowo zostałem tłumaczem z języka rosyjskiego i zmieniłem specjalność na sapera. W końcu lipca 1944 r. przyjechaliśmy do Chełma Lubelskiego – wspomina M. Zajączkowski – byłem żołnierzem 15 batalionu saperów w składzie 1 Korpusu Pancernego II Armii WP. Wtedy, na Lubelszczyźnie, dowiedziałem się, a niektórzy z innych jednostek doświadczyli w starciu bojowym – zagrożenia ze strony oddziałów UPA. Wszyscy oczekiwaliśmy wyruszenia na front. Nastał ten dzień w styczniu 1945 r., jedziemy w transporcie kolejowym, mijamy Lublin, kierunek Warszawa, ale dowiadujemy się, że stolica Polski została wyzwolona. Nasz transport zostaje skierowany na Krzyż. Z tego rejonu postoju jedziemy transportem samochodowym w kierunku Oleśnicy. Mówiono o udziale naszej Brygady Pancernej w walce o Wrocław. Ale znowu zmieniły się decyzje dowództwa i po kilku dniach przejechaliśmy przez Legnicę, aby zająć pozycje nad Nysą z zadaniem jej sforsowania. Brałem udział w walce nad Nysą i po drugiej stronie, ale moją specjalnością było wykrywanie i niszczenie min, tworzenie bezpiecznego terenu dla uderzenia naszych czołgów (1 Korpusu Pancernego), czy piechoty na miejsca umocnione i bronione przez Niemców. W takich działaniach koło miejscowości Groß Dubrau z mojego plutonu zginęło 50% minerów. Te walki na kierunku Niesky- Budziszyn były bardzo intensywne i okrutne, my – minerzy – walczyliśmy też jako oddziały piechoty. Utkwił mi w pamięci taki epizod, gdy po walce z wycofującymi się Niemcami wyszliśmy na skraj lasu, to zobaczyliśmy ogromną przestrzeń łąk już zielonych, na której Rosjanie pilnowali z jednej strony zgromadzonych chyba z tysiąc jeńców SS- manów, a w oddali, może kilkaset metrów dalej, podobny tłum jeńców tzw. „własowców”. Nie chcę się domyślać jaki mógł być ich dalszy los…

 – Po zakończeniu tych walk, kapitulacji Niemiec, my minerzy – mówi M. Zajączkowski – przystąpiliśmy do oczyszczania terenu z tych śmiercionośnych urządzeń. Znalezione pociski, miny znosiliśmy do jednego z wielu dołów jako pozostałości po ostrzale artyleryjskim. W pewnym momencie nastąpił niekontrolowany wybuch, który zabił dowódcę plutonu chorążego Zudilina i 9 żołnierzy. 4 maja 1945 r. cała II Armia WP rozpoczęła działania wypierające resztki wojsk niemieckich z obszaru Zgorzelec- Wartha – Praga. W Melniku nad Łabą 9 maja 1945 r. usłyszeliśmy najwspanialszą wiadomość – wspomina M. Zajączkowski – koniec wojny! Niemcy skapitulowały! Na drugim brzegu Łaby cieszyli się też żołnierze amerykańscy. Widzieliśmy kursujące między brzegami statki wycieczkowe z oficerami rosyjskimi i amerykańskimi. My, żołnierze Rosjanie i Polacy, szybko -wyjaśnia Pan Zajączkowski – znaleźliśmy dość liczne w tym regionie obficie zaopatrzone winiarnie. Radość… przeżyliśmy okropności wojny. Ale co dalej ze mną, moją rodziną tam na wschodnich rubieżach? – wspomina.

II Armia WP w maju 1945 r. została przegrupowana w rejon Wrocławia i Poznania. Kilka większych jednostek II Armii WP już w maju rozlokowano nad Odrą i Nysą Łużycką dla ochrony zachodniej granicy powojennej Polski. We wrześniu 1945 r. rozformowano dowództwo II Armii WP. Stopniowo zwalniano frontowych żołnierzy zachęcając ich do pozostania i kontynuowania cywilnego życia na Ziemiach Zachodnich. Wiele tysięcy wojennych weteranów I i II Armii WP pozostało na tym obszarze. Ten wybór miejsca dalszego ich życia i pracy, tu nad Odrą i Nysą, w Wałbrzychu, Głuszycy czy Świdnicy, dla tysięcy niedawnych żołnierzy był też warunkowany faktem, że nie mogli wrócić do rodzin stron m.in. Tarnopola, Grodna, Wołkowyska, do swojej wsi na Polesiu. Tam już nie było państwa polskiego. Ludność polska (zwłaszcza w dużych miastach) już latem 1944 r. została poinformowana o przygotowywanym ich wysiedleniu poza rzekę Bug, czyli do powojennej Polski. To był efekt wspólnej decyzji politycznej przywódców USA, Związku Sowieckiego i Wielkiej Brytanii, podjętej w przyjaznej atmosferze już w Teheranie i potwierdzonej w Jałcie i Poczdamie (1945 r.).

M. Zajączkowski w marcu 1946 r. został zwolniony z czynnej służby wojskowej i w tym miesiącu przybył do Wałbrzycha. Rozpoczął pracę w kopalni „Mieszko” na Podgórzu, w straży przemysłowej, ale po trzech miesiącach, za namową kolegów, przeniósł się do kopalnianej straży pożarnej. W maju 1950 r. rozpoczął prace w kopalni rudy uranowej w Starym Julianowie i pracował tu przez 5 lat. Powrócił do kopalni „Mieszko” – ponownie do zakładowej straży pożarnej. W 1980 r. przeszedł w stan emerytalny. W 1959 r. M. Zajączkowski po raz pierwszy po wojnie pojechał do rodziny, która mieszkała w Nowej Borowej i Korostynie. Potem wielokrotnie ich odwiedzał. Ojciec z najstarszym synem, powołany w 1941 r. do wojska jako obywatel Związku Sowieckiego, zginął gdzieś na froncie. Syn ciężko ranny i okaleczony przeżył. Pan Marcin już w czasie pierwszych odwiedzin usilnie namawiał rodzinę czyli matkę, 5 braci i siostrę do repatriacji do Polski. Matka stawiała warunek, aby wszyscy, razem wyjechali z Republiki Ukraińskiej. Bracia i siostra mieli już własne rodziny i nie wszyscy chcieli opuścić dla nich tam rodzinne, ojczyste strony. Mijały kolejne lata… i tam pozostali, dziś z rodzeństwa żyje tylko siostra Ola, ur. 1937 r., którą dla nas była Adelą. Pan Zajączkowski dokumentacyjnie ma 93 lata (ale faktycznie jest o rok starszy!) i tą arytmetyką nie przejmuje się, cieszy się dobrym zdrowiem, a zwłaszcza 2 praprawnukami i 6 wnukami.

Ryszard Bełdzikowski

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

Marcin Zajączkowski (z lewej).

Sorry, the comment form is closed at this time.

Tygodnik DB 2010 – Gazeta Aglomeracji Wałbrzyskiej