Tygodnik DB2010

Pisocznica

PDzieją się okropne rzeczy, które pokazują nam wszystkim, co pod płaszczykiem działalności politycznej, mającej niby na celu dobro publiczne, tak naprawdę się wyprawia, aby tylko wyszarpać dla siebie (ewentualnie rodziny) jak najwięcej dobra. A mówiąc bardziej dosadnie – kasy. Bo to nie o żadne ideały chodzi, tylko właśnie o tę kasę, dla której zdobycia nie liczy się już nic innego. Jarosław Kaczyński powtarza, że do polityki nie idzie się po pieniądze, tylko po to, aby działać na rzecz kraju i jego obywateli. Widać jednak jak na dłoni, że nikt już do tego nie przywiązuje zbytniej wagi, bo słowa to jedno, a czyny to drugie. Przypomnę tylko ostatnie skandale z Komisją Nadzoru Finansowego, koncernem Lotos, czy Polską Grupą Zbrojeniową w tle. O innych nawet nie ma co już wspominać. Każdy chyba wie.

Nie ukrywam, że do 29 stycznia 2019 r. ja sam ulegałem mirażowi, jaki prezes wokół siebie roztoczył i przekonany byłem, że komu jak komu, ale jemu raczej nic przypiąć nie można. I oto nagle miraż ten pękł jak bańka mydlana, nadmuchiwana bez końca przez pisowską propagandę. Okazuje się, że prezes Jarosław wbrew temu, co zgłosił w oświadczeniu majątkowym, jednak prowadzi – i to bardzo aktywnie – działalność gospodarczą i to on faktycznie zarządza gospodarczymi przedsięwzięciami spółki Srebrna, która przez podstawioną niewielką firemkę, uzyskuje kredyt w wysokości 1,3 miliarda zł., aby w ścisłym centrum Warszawy wybudować dwa prawie dwustumetrowe biurowce. Miały one przynieść około 200 do 300 mln zł. rocznego dochodu, z którego samodzielnie mogłaby korzystać partia prezesa. Podanie nieprawdy w oświadczeniu majątkowym posła rodzi określone konsekwencje prawne, czego akurat w ogóle się nie spodziewam z uwagi na to, że wszelkimi sprawami z zakresu prawa karnego i cywilnego zarządza bezpośrednio i pośrednio strażnik prawa, nominowany przecież przez prezesa. Z tego powodu nie bardzo wierzę, aby organa kierowane przez owego nominanta interesowały się tym, czy zgodne z prawem jest osobiste negocjowanie polityka z zarządem państwowego banku, w sprawie udzielenia kredytu nie mającej zabezpieczenia majątkowego firmie, które rzeczone biurowce dla spółki Srebrna miała wybudować. Znamienne jest to, że na opublikowanych ostatnio taśmach słychać, jak prezes mówi (wprawdzie nie bezpośrednio, ale jednak), że Srebrna to ja, czyli Prawo i Sprawiedliwość. Kolejnego, jak się okazuje, kredytu dla tej spółki, miał udzielić państwowy bank, który nie tak dawno wykupił Państwowy Zakład Ubezpieczeń, czyli de facto wykupiło go państwo. A tak naprawdę to partia prezesa, bo to ona obsadziła swoimi zaufanymi ludźmi wszelkie możliwe stołki w zarządzie i radzie nadzorczej tego banku. Łatwo się domyśleć, że przecież po to, aby można było w dowolny sposób korzystać z kredytowania przeróżnych przedsięwzięć, których celem będzie pomnażania dobra partyjnego. Widać więc jak na dłoni cel, jaki przyświecał prezesowi, kiedy opowiadał o konieczności repolonizacji banków, które pod zagranicznymi flagami obsiadły swego czasu Polskę, jak kury grzędę przed zmrokiem.

I znów muszę powrócić do tego, co przed kilku laty pisałem w felietonie „Geniusz Jarosława”, za który (niesłusznie) mocno mi się oberwało od moich moich prywatnych i politycznych znajomych. Niepomny tych cięgów w dalszym ciągu twierdzę, że prezes Jarosław to chyba jedyny w Polsce polityk, który swe działania planuje w taki sposób, że ich skutki widzi nie w perspektywie kilku miesięcy, czy chociażby roku, ale w perspektywie kilku, co najmniej lat. Zaczął od obsadzenia najważniejszych w państwie stołków swoimi pretorianami, których być może nawet i osobiście nie lubi, ale na których coś tam w zanadrzu trzyma i w ten sposób dając im władzę, lejce dzierży mocno w garści. Chociaż ostatnio zdaje się, że ręka ta jest coraz słabsza i „polityczne rumaki” zaczynają coraz mocniej wierzgać, przez co do opinii publicznej dochodzą takie kwiatki, jak „taśmy Jarosława”. Mając na tych ważnych stołkach swoich gotowych na wszystko „żołnierzy”, rozprawił się prezes z Trybunałem Konstytucyjnym i faktycznie (chociaż z pewnymi kłopotami) z polskimi sądami i prokuraturą, co w zamyśle miało doprowadzić do zmian ustrojowych, gwarantujących mu taką pozycję, jaką zapewnił sobie na Węgrzech Orban. Jestem przekonany (zresztą nie tylko ja), że „numer z biurowcami”, obliczony był na uzyskanie takich dochodów, które przez dziesięciolecia zapewniłyby utrzymanie partii i jej wszystkich przybudówek, a tym samym utrzymanie całej politycznej armii wraz z jej rodzinami. Aby jednak plan ten można było realizować, niezbędnym było obsadzenie swojego kolejnego wiernego na stolcu prezydenta Warszawy, co się – na szczęście – nie udało, bo Patryk Jaki dał ciała całej na całej linii. Nie jest to jakiś mój wymysł, bo na „taśmach prezesa” słychać, że on dokładnie o takim planie mówi. Gdyby więc Jaki został prezydentem stolicy, to na pewno nie byłoby żadnych problemów z ominięciem przepisów zabraniających stawiania wieżowców w miejscu, w którym możliwa jest tylko zabudowa o wysokości góra 30 metrów. Później, mając już w kasie kasę za dzierżawę lub wynajem powierzchni biurowych (owe 200-300 mln rocznie), można by wprowadzić przepisy zabraniające finansowanie partii z budżetu państwa, uchwalając jednocześnie, że działalność partii może być finansowana tylko z ich przychodów własnych. I tym sposobem całą sejmową i pozostałą opozycję pozbawić możliwości politycznego istnienia. Bo – jak wiadomo – tylko partia prezesa dysponuje tak olbrzymim majątkiem, a na dodatek prowadzi poprzez spółkę Srebrna rozliczne przedsięwzięcia przynoszące niezły zysk. Na szczęście ten dalekosiężny plan prezesa zaczął pękać przez coś, czego prezes w swych planach nie uwzględnił, a konkretnie tego, że rzucone kiedyś w innym kontekście hasło „kasa misiu, kasa”, stało się głównym hasłem całej armii, której prezes przewodzi. Zachłanność na kasę stała się tak wielka, że pękły wszelkie hamulce i wielkie pieniądze stały się celem samym w sobie. Zjawisko to przybiera postać nowej choroby, wręcz epidemii, którą na własny użytek nazwałem pisocznicą, której widoczne efekty mocno zaczynają wszystkich denerwować. Bo nic tak nie denerwuje ludzi niż wiadomości o tym, że inni napychają sobie bezczelnie kabzę, mając jednocześnie na ustach wielkie hasła o prawości, równości i sprawiedliwości. Tama pękła, a przelewająca się przez nią fala coraz to nowych afer i skandali, powoduje, że prezes coraz bardziej nerwowo zaczyna się zachowywać. A wiadomo, jak się prezes denerwuje zbyt mocno, to nie tylko głupstwa opowiada ale też takowe czyni. Niech go więc denerwują. Najlepiej ci, których w różnych ważnych miejscach usadowił.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

Sorry, the comment form is closed at this time.

Tygodnik DB 2010 – Gazeta Aglomeracji Wałbrzyskiej