Skały na horyzoncie

Polecamy15 sierpnia, 2018

 

 

 

 

PiS zawył z oburzenia, bo oto Sąd Najwyższy wydał postanowienie o zwieszeniu trzech konkretnie wskazanych przepisów ustawy dotyczącej wyrzucania z sądów sędziów kończących 65 rok życia. Zawył, ponieważ został trafiony bardzo boleśnie i w zasadzie nie bardzo wie, co ma teraz uczynić. Z tego zapewne powodu w tej sprawie bezpośrednio nie wypowiada się prezydent (doktor nauk prawnych), milczy magister prawa Ziobro, jak również prawnik z wykształcenia dr Jarosław Kaczyński, który prawo ukończył i uzyskał tytuł doktorski, mimo że nie ma matury (pisałem o tym kiedyś w Tygodniku DB 2010). Zamiast nich wypowiada, a w zasadzie pohukuje, cała sfora różnych dziwnych ludzi pełniących ważne funkcje w ministerstwie sprawiedliwości i kancelarii prezydenta, których styl mówienia i sposób argumentacji już nie trwoży, a jedynie zaczyna śmieszyć, co jest wiadomą oznaką, że jako społeczeństwo stanęliśmy pod murem i już tylko kpina może być naszą bronią, w związku z czym przypominają mi się prześmiewcze piosenki o niemieckim wodzu i okupantach, śpiewane w czasie II wojny.

Niedawno (3 sierpnia) w programie „Fakty po faktach” TVN 24 wystąpił wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, wyrzucony ze stowarzyszenia sędziów „Iustitia” po tym, kiedy w lipcu 2017 roku poparł uchwalenie nowej ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych. Wyrzucono go, bo sprzeniewierzył się zasadom tego stowarzyszenia, a uczynił to prawdopodobnie dlatego, że 25.11.2015 r. został powołany przez Beatę Szydło na podsekretarza stanu u magistra Ziobro. W pierwszym odruchu chciałem w wiadomym celu użyć pilota, ale ciekawość przemogła, tym bardziej, iż w drugiej części tego programu miał – niejako w kontrze – pojawić się Stanisław Biernat, nauczyciel akademicki, profesor nauk prawnych, sędzia, a od 2010 do 2017 także wiceprezes Trybunału Konstytucyjnego, autor ponad stu prac naukowych, w tym kilku pozycji książkowych. Postanowiłem pilota nie odkładać i nie żałuję. W rozmowie z red. Kolendą-Zalewską Łukasz Piebiak plótł bez sensu, że strona rządowa nie będzie respektować pozorów rozstrzygnięć prawnych, bo Sąd Najwyższy postawił się ponad konstytucją, bo tego czego się dopuścił w konstytucji nie ma. Te i podobne słowa tak zniesmaczyły red. Kolendę-Zalewską, że postanowiła przyprzeć go do muru, a w zasadzie wdeptać w ziemię, co się resztą jej znakomicie udało. Pan Piebiak wił się jak piskorz, albowiem nie był w stanie wyjaśnić, na jakiej konkretnej podstawie prawnej przedstawiciele władzy wykonawczej (rząd i prezydent) mają prawo kwestionowania ostatecznych orzeczeń Sądu Najwyższego, jako odrębnego od władzy państwowej, niezależnego organu władzy sądowniczej. Nie był w stanie wydukać chociażby jednego mądrego słowa, bo takiego prawa, zgodnie z Konstytucją RP, rząd ani prezydent nie mają. Tak samo jak rząd nie miał prawa wstrzymać publikacji niewygodnych dla niego wyroków Trybunału Konstytucyjnego i tak samo, jak prezydent nie miał prawa odmówić przyjęcia ślubowania od wybranych zgodnie z konstytucją nowych sędziów tego Trybunału.

Ponieważ jako skromny prawnik z wykształcenia nie mam zamiaru kreować się na wielkiego znawcę prawa unijnego, pozwolę sobie streścić to, co w tym programie powiedział prof. S. Biernat, który już na samym wstępie podkreślił, że nie ulega wątpliwości, iż Sąd Najwyższy, jak każdy sąd państwa członkowskiego Unii Europejskiej, może skierować pytanie prejudycjalne do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS) ponieważ tak stanowią przepisy Unii, której jesteśmy członkiem. Jednocześnie ze swadą wskazującą na znakomitą znajomość prawa (polskiego i unijnego) wyjaśnił to, czego pan Piebiak nie był w stanie wcześniej zrozumieć, a mianowicie to, że działania Sądu Najwyższego było jak najbardziej zgodne z konstytucją, albowiem w art. 90 stanowi ona, że państwo polskie w niektórych sprawach ma prawo przekazać Unii kompetencje organów władzy państwowej, co też Polska uczyniła, przystępując do UE i podpisując z nią stosowny traktat akcesyjny. Nota bene potwierdzony w 2007 roku przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego (Traktat Lizboński), co w obecnych czasach zdaje się już jako żałosny chichot historii. Ponadto z art. 91 naszej ustawy zasadniczej wynika wprost konstytucyjna zasada pierwszeństwa prawa unijnego nad polskimi ustawami. Dodam od siebie, że o takich rzeczach panowie z ministerstwa sprawiedliwości i kancelarii prezydenta, biorący („bo im się należą”) ciężkie pieniądze z kieszeni podatników, powinni wiedzieć. A jak nie wiedzą, to niech idą ziemniaki kopać i pomidory z krzaków zbierać.

Również głupawe facecje opowiada inny wiceminister od magistra Ziobry, niejaki Michał Wójcik (nota bene specjalista w zakresie prawa dotyczącego rzemiosła), który publicznie (z ciągle niemądrym uśmiechem na twarzy) twierdzi, że Sąd Najwyższy nie miał podstaw, aby zastosować procedurę prejudycjalną, bo procedura ta nie ma zastosowania w sprawie, do jakiej odnosi się postanowienie Sądu Najwyższego. No cóż, zdecydowanie wierzę prof. Biernatowi, który mówi, że procedura prejudycjalna z obecnego art. 263 z Traktatu o funkcjonowaniu UE jest zgodna z polską konstytucją i z tego punktu widzenia panowie ministrowie i prezydenccy kanceliści nie mają absolutnie racji, co jest zapewne wynikiem słabej znajomości prawa unijnego. Europejski Trybunał Sprawiedliwości w wydanych ostatnio orzeczeniach niezależność sędziów w państwach członkowskich mocno akcentuje, stojąc na stanowisku, że sądy państw członkowskich razem z Trybunałem Sprawiedliwości tworzą jedną całość sądownictwa unijnego i jeżeli jakiś sąd nie jest niezależny, a sędziowie nie są niezawiśli, to organ ten de facto nie jest sądem w rozumieniu prawa unijnego. Trybunał stoi na stanowisku, że sądy są zobowiązane zapewnić efektywność stosowania prawa unijnego, a więc mają obowiązek stosować – w ramach potrzeby – zarządzenia tymczasowe takie, jakie są mu potrzebne. ETS przyjmuje, że jeżeli w systemie prawnym danego państwa nie ma środka umożliwiającego zastosowanie zarządzenia tymczasowego, to trzeba go wprowadzić i to musi w razie potrzeby zrobić sąd krajowy. W jednym z wyroków ETS (zacytowany przez SN w swym uzasadnieniu) orzekł, że w razie sprzeczności przepisu krajowego i unijnego, sąd krajowy jest zobowiązany odmówić zastosowania prawa własnego państwa, co w tym przypadku odnosi się do prawa zastosowania wspomnianego wcześniej art. 263 z Traktatu o funkcjonowaniu Unii.

Myślę, że wyjaśnienia prof. Biernata są na tyle przejrzyste, że powinny być zrozumiałe nawet dla uczniów szkół ponadpodstawowych, a on sam mówi to wszystko dlatego, aby pokazać, że postanowienie Sądu Najwyższego nie jest jakąś fanaberią, ekscesem, czy rokoszem, tylko bardzo odważną i rzeczywiście trudną decyzją, jednakowoż w pełni mieszczącą się w orzecznictwie europejskim, będącym przecież i naszym orzecznictwem. Niestety, dążenie do wprowadzenia rządów jednej partii i władzy jej prezesa, czyli ustanowienia rządów autorytarnych, powoduje, że Polska (i wszyscy jej obywatele), znalazła się niespodziewanie na kolizyjnym z zasadami i prawami obowiązującymi w Unii kursie. Nie chcę nawet myśleć do czego zmierza poseł Jarosław i do czego to doprowadzi, ale skały o które się rozbije na horyzoncie już widać.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

 

***
Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

Tagi: ,