Letnie obserwacje

Polecamy8 sierpnia, 2014

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Kilka dni temu miałem okazję do kolejnych przemyśleń w sprawie funkcjonowania na terenie naszego miasta tzw. służb porządkowych, czyli funkcjonariuszy policji i straży miejskiej. Bezpośrednią przyczyną sprawczą było zdarzenie, jakie miało miejsce na ciągu dla pieszych wzdłuż nowo otwartej ścieżki rowerowej przy ul. Wieniawskiego na wałbrzyskim Podzamczu.

Korzystam z tego chodnika praktycznie codziennie, albowiem od co najmniej 4 lat, każdego poranka uprawiam tam swoje marszobiegi. I tak też było 15 lipca br. Temperatura, jak na tę porę dnia bardzo wysoka. Tuż za terenem stacji paliw „Orlen” – idąc w kierunku Piaskowej Góry – widzę już z daleka siedzących na skraju ścieżki rowerowej dwóch młodzieńców. Zauważam również, że w poprzek chodnika i ścieżki rowerowej stoją dwa tzw. trójkołowce, na których znajdują się duże plansze reklamowe. Pojazdy te całkowicie blokują ruch pieszy i rowerowy, a panowie siedzą sobie spokojnie, popijają wodę z butelki i chyba coś sobie konsumują. Zwracam im uwagę, że w ten sposób blokują drogę, a ponadto chodnik i ścieżka rowerowa to nie miejsce reklamowe, na co reagują zwykłym, co tu mówić, chamskim zachowaniem. Ale nie o tym mam zamiar pisać, bo ponoć na chamstwo lekarstwa nie ma. Nie do końca jednak teza ta jest prawdziwa, bo chamstwo można też ukrócić poprzez natychmiastową i skuteczną reakcję właśnie m.in. służb porządkowych, na których funkcjonowanie, my obywatele, płacimy stosowne podatki. Dzwonię zatem na nr 112 i tak jak kilka miesięcy temu (w Świdnicy) zmuszony jestem opowiedzieć jakiemuś panu gdzieś tam w Polsce, co się dzieje i dlaczego koniecznie chcę, aby połączył mnie z policją. Po wysłuchaniu mojej relacji oświadcza mi, że to nie dla policji sprawa, bo to kompetencje straży miejskiej. Problem w tym, że z tą strażą połączyć mnie nie chce. Bo on tylko z policją, strażą pożarowa i pogotowiem ratunkowym. I to tylko, kiedy zagrożone jest życie ludzkie. W łaskawości swojej daje mi jednak nr telefonu do tej straży, więc dzwonię. Trójkołówki stoją dalej, młodzieńcy ironicznie się uśmiechają, ale zgłaszający się inspektor straży miejskiej zgłoszenie przyjmuje i oświadcza, że przekaże je właściwej miejscowo placówce na Podzamczu. Czekamy. Młodzieńcy ze śmiechem, ja poirytowany, bo widzę, że w ich oczach wychodzę na zwykłego durnia, który nie ma pojęcia, jak w Wałbrzychu funkcjonuje straż miejska. Od rozmowy z dyżurnym straży upływa ponad 15 minut i znudzeni młodzieńcy oświadczają mi, że jadą na plac przed „Tesco” i jak panowie strażnicy będą mieli ochotę się z nimi spotkać, to tam właśnie na nich będą oczekiwać. Powiedziawszy to odjechali nieśpiesznie na tych swoich trójkołowcach, blokując tym samym praktycznie całą szerokość ścieżki rowerowej. Nie pozostało mi nic innego, jak zadzwonić do miłego pana dyżurnego ze straży miejskiej z podziękowaniem za szybką reakcję i z propozycją, aby swych funkcjonariuszy jakąkolwiek interwencją już nie trudził, albowiem problem odjechał. Miły dyżurny inspektor SM poinformował mnie uprzejmie, że stało się, jak się stało, albowiem on na cały Wałbrzych ma jeden radiowóz, który akurat jakąś interwencję załatwia. Natomiast na Podzamczu jest jeden tylko strażnik miejski, który akurat – traf chce – też interweniuje. A poza tym i tak na Wieniawskiego musiałby iść na piechotę, co mu najmniej ok. 20 minut może zająć. Bo na Podzamczu radiowozu nie mają. Pan inspektor bardzo chciałby pomóc, ale przecież niemożliwe na możliwe, ot tak sobie, zamienić nie może. Zresztą – powiada – policja też ma jeden radiowóz na całe miasto i jak będzie akurat na interwencji, to mogę sobie czekać dozgonnie. Nie da rady i już. On na to nic nie poradzi. W sumie przyznałem mu rację, a pan inspektor, aby mnie jakoś pocieszyć, zaproponował, abym napisał do nich takie doniesienie, to oni – znaczy się strażnicy – podejmą stosowne działania. Ubawił mnie bardzo, bo – po pierwsze – przeciw komu, kiedy nie wiadomo z kim miałem do czynienia. Po drugie, straż miejska nie ma uprawnień, aby prowadzić dochodzenie, a więc wyśle to moje doniesienie do policji, a tam – jak zwykle – nic nie zrobią, jeno odmówią wszczęcia. Wiem, że tak to wygląda i nie mam zamiaru wygłupiać się i tracić czas.

Jedynym pozytywem tego zdarzenia jest to, że kolejny raz uzyskałem namacalny dowód na to, że wałbrzyska straż miejska winna zostać w trybie pilnym rozwiązana. Jeżeli nie jest ona w stanie podejmować w realnym czasie interwencji zgłaszanych przez obywateli, to jaki jest sens jej istnienia? Po kiego grzyba generować koszty jej utrzymania, które można by przerzucić na policję i wyposażyć ją w nowe wozy patrolowe, aby dyżurny miał więcej niż ten jeden, jaki podobno ma do dyspozycji. Zresztą, ostatnie zmiany w funkcjonowaniu wałbrzyskich stróżów prawa doprowadziły do tego, że możliwość ujrzenia w poszczególnych dzielnicach umundurowanego funkcjonariusza można przyrównać do cudu.

Kilka dni temu jakiś szaleniec wjechał na sopockie molo raniąc kilkudziesięciu spacerowiczów. Policja i straż miejska nie zareagowały natychmiast, bo akurat wykonywały ponoć inne interwencje. Szaleniec uderzył samochodem w słup i zaczął uciekać piechotą, ale z interwencją ruszyli spacerowicze. Dogonili go i zatrzymali, przy okazji wymierzając mu trochę sprawiedliwości. Już po tym fakcie przyjechali dzielni policjanci i strażnicy miejscy, którym przebycie odcinka kilkuset metrów zajęło kilkanaście minut. I teraz zastanawiam się: czy jest jakikolwiek sens dzwonienia na policję lub straż miejską, jeżeli w 120 tysięcznym mieście dysponują oni po jednym radiowozie interwencyjnym? Wygląda na to, że czas najwyższy zacząć brać przykład z interweniujących spacerowicz z sopockiego molo.

Janusz Bartkiewicz

http://www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,