Nie będę walczył bronią nienawiści

Polecamy7 sierpnia, 2014

lukasz Apolenis

  

 

 

 

 

Uderzyłem w stół i zgodnie z porzekadłem nożyce się odezwały. Wcale mnie to jednak nie zaskoczyło. Takiej reakcji, ze strony pana Janusza Bartkiewicza, się spodziewałem.

Zgodnie z moimi oczekiwaniami, w 27 numerze „DB2010”, pojawił się kolejny- naturalnie pełen inwektyw i złośliwości – esej, w którym, tym razem, bardziej niż protestującym przeciwko odczytowi „Golgoty Picnic”, oberwało się właśnie mnie. Dlaczego? Bo jako uczestnik niedawnych wydarzeń z Teatru Dramatycznego, miałem czelność stanąć w obronie kilkudziesięciu osób, które pan Janusz Bartkiewicz, w imię „własnej interpretacji demokracji”, publicznie zwymyślał.

W sumie jestem zadowolony. Poziom agresji i dostrzegalna – choć z trudem ukrywana – nerwowość pióra jest najlepszym dowodem na to, że postawione przeze mnie tezy były celne i w pełni prawdziwe. Wygrałem!

Wracając do głównego wątku, choć wielu znajomych odradzało mi polemikę z panem Bartkiewiczem, postanowiłem spróbować. Czasami warto jest posłuchać rady przyjaciół – mieli rację, zderzyłem się ze ścianą. Zero debaty, zero zrozumienia, zero jakiejkolwiek kultury wypowiedzi (tego ostatniego i tak się nie spodziewałem). Nie wiem, może ten tekst był dla pana Bartkiewicza zbyt trudny? Biorąc pod uwagę, że zostałem, przez samego zainteresowanego, dokładnie zlustrowany, nic nie stało na przeszkodzie, aby „obrońca obscenicznej sztuki” zwrócił się do mnie o wyjaśnienie, czy też jakiekolwiek dopowiedzenie, rozwinięcie myśli. Jak się można domyśleć, nie doczekałem się żadnej wiadomości. Niestety z tego powodu czytelnicy po raz kolejny musieli się zmierzyć z jadowitymi epitetami, fantastycznymi teoriami i porównaniami. Współczuję i w swoim imieniu przepraszam!

Z pierwszej odsłony felietonu JB można było wywnioskować, że przeciwnicy obrazoburczego przedstawienia to zwyczajni bolszewicy. Teraz z kolei z gazety dowiedziałem się, że jestem hunwejbinem. Skądinąd to ciekawe! Jeśli my – mam tu na myśli uczestników protestu – jesteśmy bolszewikami, to kim jest pan Bartkiewicz? Nie musi pan odpowiadać – pańskie frazesy można wytłumaczyć ostatnimi, dającymi się we znaki, tropikalnymi upałami.

Nie zamierzam się pojedynkować na błyskotliwe epitety. To nie ma sensu. Po pierwsze do rozmowy potrzeba otwartego adwersarza. Oczywiście, podobnie jak czytelnicy „B2010”, znam wielu świetnych ludzi o różnych poglądach, ale… pana Bartkiewicza nie znam. Generalnie to nic dziwnego, że nie znam. Nie mam czego żałować. Po drugie nie zamierzam nikogo katować kolejną porcją jadowitego pamfletu, którego – mam nadzieję – za tydzień jednak nie otrzymam. Uwierzcie mi na Słowo – jest naprawdę wiele, dużo bardziej ciekawszych tematów niż bezowocna polemika z panem Bartkiewiczem.

Myślę, że dużo lepiej czytałoby się chociażby felieton o kolejnej, już 71. rocznicy Rzezi Wołyńskiej, którą nie tak dawno, obchodziliśmy. Było by to z pożytkiem, zarówno dla mnie, jako potencjalnego autora tekstu, jak i samych czytelników, biorąc pod uwagę wschodnie historie naszych rodzin – obecnie zamieszkujące na  Dolnym Śląsku.

Kończąc chciałbym podsumować, że moja odpowiedź z 10 lipca, jak sami Państwo mogliście się przekonać, nie była wymierzona w pana Janusza Bartkiewicza (choć sam zainteresowany uważa zgoła inaczej). Skierowałem ją przede wszystkim do Was. Zależało mi na sprostowaniu nieprawdziwego przekazu, który został sformułowany przez „obrońcę obscenicznej sztuki”. Mieszkańcy Wałbrzycha mają prawo wiedzieć, jak było naprawdę. Świadczą o tym bowiem suche fakty, a nie beletrystyka uprawiana przez pana Bartkiewicza.

Łukasz Apołenis

Tagi: ,