Poranne refleksje z lekka patriotyczne

Polecamy3 lipca, 2018

 

stanislaw michalik

 

 

 

 

 

 

 

Piszę to wczesnym rankiem, bo ta pora dnia w moim przypadku jest najlepsza do pisania. Czuję jasność umysłu nawet wtedy, gdy za oknem na niebie kłębią się chmury, a nocne mary jeszcze całkiem nie opuściły mego ego. Pozwala mi to żywić nadzieję, że to co dziś napiszę spotka się z zainteresowaniem moich znakomitych Czytelników.

Niewielu z nas zdaje sobie sprawę z prawidłowości, którą odkrywam coraz częściej i która zaczyna nabierać w mojej jaźni jakiegoś symbolicznego znaczenia. Próbuję odkryć co się kryje w jej konturach i czemu ma służyć. Wybitni znawcy, uczeni krytycy i historycy literatury zapewnie uknuliby przy tej okazji podnoszącą na duchu, patriotyczną teorię, że właśnie w Polsce, na naszych ziemiach, niezależnie od politycznego ich ukształtowania, rodziły się kariery najwybitniejszych luminarzy literatury polskiej i światowej. Cechą specyficzną tych karier było to, że twórcy ci emigrowali w pewnym momencie swego życia za granicę i tam dopiero otwierała się przed nimi szansa podboju świata. Wielu z nich było pochodzenia żydowskiego, ale byli też rdzenni Polacy. Niektórzy osiągnęli szczyty już jako pisarze francuscy, amerykańscy lub angielscy, ale są wśród nich pisarze i poeci posługujący się tylko językiem polskim. Dotyczy to też uczonych, czego najokazalszym przykładem jest Maria Skłodowska – Curie. Co było powodem, że karierę robili poza granicami swego miejsca urodzenia? Czy tylko sytuacja polityczna kraju pod zaborami, a po II wojnie światowej – pod wpływami sowieckimi? A może były też inne uwarunkowania wynikające z sytuacji materialnej lub rodzinnej, dla każdego z nich inne? To jest temat – rzeka, a wiele ciekawych wniosków znajdujemy w znakomitej książce „Zniewolony umysł” Czesława Miłosza. Z polskich klasyków literatury moglibyśmy posłużyć się przykładami chociażby najwybitniejszych romantyków: Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Zygmunta Krasińskiego, a także Cypriana Norwida, zaś w muzyce: Fryderyka Chopina. Podbił świat swoją twórczością przebywający przez większość swego życia w Wielkiej Brytanii, powieściopisarz Joseph Conrad, właściwie Józef Teodor Konrad Korzeniowski herbu Nałęcz – pisarz i publicysta angielski pochodzenia polskiego. Syn pisarza i działacza niepodległościowego Apollona Korzeniowskiego i Ewy z Bobrowskich w 1894 osiadł w Anglii i poświęcił się pracy pisarskiej. Jest autorem kilkunastu wybitnych powieści marynistycznych, takich jak „Szaleństwo Almayera”, „Nostromo”,  „Ocalenie” , „Lord Jim”, „Korsarz”. Mamy jeszcze wielu innych wybitnych pisarzy, takich chociażby jak Noblista, Czesław Miłosz, tworzący głównie poza granicami kraju, albo też literaci i publicyści skupieni wokół paryskiej „Kultury” Jerzego Giedrojcia. W moim felietonie w poprzednim numerze Tygodnika DB 2010 pisałem o żydowskim pisarzu I. B. Singerze, również Nobliście, którego korzenie wywodzą się z ziem polskich.

Dziś zaś chcę zainteresować Czytelników jeszcze jednym z wybitnych, ale – jak sądzę – niezbyt znanych w Polsce pisarzy. We wstępie do jednej ze swoich znakomitych powieści napisał:

„Niełatwo mi już pisać po polsku. A przecież kiedyś – nawet nie tak dawno: trzydzieści pięć lat temu – pisałem po polsku wiersze, kochałem się w polskiej poezji, chodziłem do szkoły Kreczmara na Wilczej… kto wie, może nawet po polsku myślałem. Ale w życiu bywa rozmaicie. Jak się to w moim życiu obróciło, czemu stało się tak, a nie inaczej, starałem się właśnie opowiedzieć w tej książce: może koleje mojego życia usprawiedliwią mnie przed polskim czytelnikiem, że nie stałem się Polakiem… Jakże się to wszystko zdarzyło, jak doszło do tego, że mały chłopiec z pracowni kapeluszy i uczeń, który deklamował kiedyś w szkole „Konrada Wallenroda”, taką drogą wraca do Polski?”

Tą drogą dla Romaina Gary była nowo wydana w 1960 roku książka pt.„Obietnica poranka”. Trzymam ją właśnie w ręku i zadaję sobie pytanie, dlaczego dopiero teraz przykuła moją uwagę, jak to się stało, że nie wcześniej. Jak to możliwe, że tak mało wiemy o autorze książki?

Romain Gary, a właściwie Roman Kacev, urodzony w Wilnie w 1914 roku, wychowany przez samotną matkę pochodzenia żydowskiego, z którą przeniósł się do Warszawy, gdzie spędził lata dzieciństwa i młodości. W wieku 14 lat znalazł się we Francji, bo tam właśnie widziała matka możliwość spełnienia jej marzeń, by syn ukończył studia i zrobił karierę artystyczną. I tak właśnie się stało. Romain Gary zdobył sławę jako pisarz (jest autorem 30 powieści), a ponadto scenarzysta, reżyser filmowy, dyplomata. Kiedy cała Francja czekała na jego nowe książki, po samobójczej śmierci jego byłej żony popadł w depresję i rok później – w wieku 66 lat – w 1980 roku strzelając z pistoletu w usta, poszedł w jej ślady. Życiorysem Romana Gary można by obdzielić kilka postaci i żadna z nich nie mogłaby narzekać na banalną biografię. Po osiedleniu się we Francji studiował i podjął pierwsze próby literackie. W czasie II wojny światowej służył w lotnictwie francuskim, bombardował niemieckie łodzie podwodne, patrolował niebo nad Afryką. Po wojnie został dyplomatą (był konsulem generalnym we Francji) i pisał nieustannie. Jego pierwsze książki miały znakomite recenzje. Za „Korzenie Nieba” otrzymał Nagrodę Goncourtów. Ożenił się ze znaną amerykańską aktorką Jean Seberg, brylował w salonach i pisał pod pseudonimami, by oszukać wrogo nastawionych do niego krytyków. Opublikował w ten sposób  powieść „Życie przed sobą” (1975 r.), która odniosła oszałamiający sukces i ponownie zdobyła nagrodę literacką Goncourtów, co zdarzyło się we Francji tylko jeden raz (w Polsce taką pisarką, dwukrotną laureatką nagrody literackiej Nike, jest Olga Tokarczuk). Swoją biografię utrwalił w „Obietnicy poranka”, książce, którą traktuję teraz jak talizman.

Pierwsze moje wzruszenie wywołał zacytowany na początku wstęp Romaina Gary, a w nim prośba o wybaczenie, że nie został Polakiem. Pisarz przypomniał mi zdarzenie z moich szkolnych lat. W liceum pedagogicznym w Brzegu nad Odrą polonistka obdarzyła mnie zaufaniem w szkolnym teatrzyku. Grałem główną rolę w inscenizacji „Konrada Wallenroda”. Niektóre fragmenty z powieści poetyckiej Adama Mickiewicza znam na pamięć do dziś. Mam jeszcze w oczach koleżankę z klasy, która partnerowała mi jako Aldona. I myślę sobie, że to były dobre, niezapomniane czasy. Przypomnę teraz zapamiętany przeze mnie króciutki fragment „Konrada Wallenroda” wciąż jeszcze aktualny, mimo upływu lat:

 

Gdybym był zdolny własne ognie przelać

W piersi słuchaczów i wskrzesić postaci

Zmarłej przeszłości; gdybym umiał strzelać

Brzmiącymi słowy do serca spółbraci,

Może by jeszcze w tej jedynej chwili,

Kiedy ich piosnka ojczysta poruszy,

Uczuli w sobie dawne serca bicie,

Uczuli w sobie dawną wielkość duszy

I chwilę jedną tak górnie przeżyli,

Jak ich przodkowie — niegdyś całe życie.

 

W ten sposób kształtowały się w mojej szkole patriotyczne postawy niekoniecznie poprzez nakazy: musisz być patriotą, kochać swoją ojczyznę i Boga, składać hołd żołnierzom wyklętym, jak nie to cię „prawdziwi-patrioci” wyklną z kościoła, a w swej parafii nazwą parszywym Żydem, albo muzułmanem.

Wróćmy jednak do „Obietnicy poranka” Romaina Gary. To książka nie tylko autobiograficzna. Gary wyświetlił w niej w sposób sugestywny i błyskotliwy obraz swoich czasów. A mógł to zrobić dobrze z uwagi na karierę oficerską jako lotnik uczestniczący we francuskim ruchu oporu przeciw Hitlerowi, a po wojnie wysoki w hierarchii dyplomata francuski. Dzięki temu poznał z autopsji czasy i ludzi. Jest to też książka będąca formą wdzięczności i hołdu dla matki, niespełnionej artystki, która całą swą tęsknotę za sztuką i sławą przelała na syna jedynaka. Przypomnę tylko, ta książka ukazała się w 1960 roku. Jej autor przeżył zaledwie część życia. Jeśli prześledzimy napisaną z niebywałą wnikliwością i pamięcią o drobnych szczegółach autobiografię Romaina Gary, to dopiero zrozumiemy jak obfita w rozmaitość wydarzeń, doświadczeń i doznań było ta droga życiowa, a przecież los pozwolił mu przedłużyć je o 20 lat. Pisarz zmarł śmiercią samobójczą w stanie głębokiej depresji. Jest to choroba, którą trudno sobie wyobrazić i jak się okazuje często nieuleczalna.

Nie piszę już więcej, bo tej książki nie da się streścić. Myślę, że warto ją przeczytać by się przekonać, że dążenie do wielkich sukcesów i sławy nie zawsze kończy się tak jak sobie to wyobrażamy i jakbyśmy sobie tego życzyli. A jest to prawda znajdująca potwierdzenie w życiorysach wielu wybitnych jednostek.

Stanisław Michalik

 

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

Tagi: ,